Z archiwum X muzy

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: plakat


Klasyczny ufoludek ma wielkie, czarne oczy. Oczy jak – nie przymierzając – spodki. Zgadza się więc, iż Steven Spielberg w nowym filmie wraca do tematu bliskich spotkań trzeciego stopnia: ufoludek to nie tylko wdzięczny obiekt do bycia obserwowanym, to również wdzięczna figura obserwatora. Innymi słowy: widz. Wpatrując się w niebo i zastanawiając, czy nie jesteśmy sami w kosmosie, w istocie zadajemy przecież pytanie, czy ktoś tam z góry aby nie patrzy też na nas: może UFO, może Bóg. W "Dniu objawienia" mowa zresztą o jednym i o drugim.

  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment

W filmach Spielberga powraca obraz osoby wpatrującej się z zachwytem lub przestrachem w coś niesamowitego poza kadrem – na tyle często, iż ujęcie nazwano "Spielberg face", "spielbergowską twarzą". W "Dniu objawienia" takich momentów jest co nie miara, i są tu być może bardziej na miejscu niż zwykle. Spielberg bowiem buduje pomost między wiarą w kosmitów a Wiarą, ale robi to na modłę Niewiernego Tomasza: potrzebując naocznego dowodu. I to też się zgadza – w końcu jest reżyserem filmowym. Tym razem nakręcił film pytający, ile jesteśmy gotowi zobaczyć i co powinniśmy dostrzec: film o prawach oraz obowiązkach patrzącego.

Późny etap filmografii Spielberga to twórczość w dużej części "obywatelska": ot, pełnometrażowe czytanki z amerykańskiej konstytucji. Taki był "Lincoln" (2012), taka była "Czwarta władza" (2017). W "Dniu objawienia" reżyser przykłada tę dojrzałą perspektywę do tematyki science-fiction z wcześniejszego etapu swojej kariery. W efekcie proponuje coś w stylu "bliskiego spotkania trzeciego stopnia z czwartą władzą". Scenarzysta David Koepp bierze bowiem motyw wariackiego pędu ku kosmicznemu objawieniu rodem z "Bliskich spotkań…" (1977), ale osadza go w konwencji szpiegowsko-dziennikarskiego kina w typie "Wszystkich ludzi prezydenta" (1976) czy "Trzech dni Kondora" (1975).

Josh O'Connor
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment

Wszystko się klei, bo afera Watergate (o której opowiadał film Alana J. Pakuli) była momentem symbolicznego rozdziewiczenia Ameryki. W "Dniu objawienia" zresztą choćby przemazuje się prezydent Nixon, bo to postać-symbol. USA po Nixonie to już inny kraj – kraj paranoicznego strachu przed rządowymi agencjami pełnymi konspirujących facetów w czarnych garniturach. Czyli kraj "Z archiwum X".

Jednak "Dzień objawienia" absolutnie zaskakująco zaczyna się od… pojedynku między dwoma wrestlerami. Pierwsze ujęcie filmu przedstawia punkt widzenia bitego po głowie zapaśnika. Spielberg i jego operator Janusz Kamiński z premedytacją próbują tu obudzić nas z drzemki. Znacząco: zahipnotyzowany tłum obserwuje dwóch bijących się mięśniaków, tymczasem na tyłach sportowej hali toczą się szemrane interesy, sprawy są tuszowane, a obywatele szantażowani – i nikt nie patrzy.

Reżyser pokazuje wprost, jak w świecie toczy się walka o nasze gałki oczne oraz jak wygrywa ją to, co Guy Debord nazwałby "spektaklem". Naszą uwagę odwracają zainscenizowane walki jakichś chochołów, podczas gdy na zapleczu podejmowane są decyzje, które zaważą na naszej codzienności. Oczywiście Spielberg nie jest totalnie przeciwko spektaklowi – to w końcu reżyser filmów o rekinie ludojadzie, polujących na ludzi dinozaurach i Indianie Jonesie. Ale w "Dniu objawienia" serwuje nam spektakl treściwy i wysokokaloryczny: chce naraz zabawić i pouczyć.

Tyler Maxwell Renaud
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment

Akcja filmu toczy się dwutorowo, tropem pary bohaterów. Daniel Kellner (Josh O’Connor) wykradł wrażliwe dane tajemniczej firmy, dla której pracuje, i ucieka przed pościgiem w towarzystwie ukochanej ekszakonnicy, Jane (Eve Hewson). Tymczasem telewizyjna prezenterka pogody Margaret Fairchild (Emily Blunt) nagle zaczyna mówić na wizji w dziwacznym, nieludzkim języku i w poszukiwaniu odpowiedzi rusza tropem Daniela.

Na drugim planie toczy się zaś pojedynek o dusze tego duetu. Rozgrywają go figury "biurokraty" i "reżysera". Pierwszy z nich, Noah Scanlon (Colin Firth), to złowieszczy urzędas, który kusi i zastrasza, żeby zachować władzę, jaką daje utajniona wiedza. Drugi, Hugo Wakefield (Colman Domingo), stara się natomiast – dosłownie – zainscenizować okoliczności, które pozwolą na ujawnienie rządowych sekretów. Innymi słowy: chce zachwycić świat, pokazując mu ukrywanych przez władze kosmitów. Zgadnijcie, po której stronie stoi Spielberg.

Colman Domingo, Tommy Martinez, Emily Blunt, Josh O'Connor, Priyanka Kedia
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment

Sam film opowiadany jest w dwóch trybach: bohaterowie albo pędzą przed siebie na złamanie karku, albo robią przerwę, żeby porozmawiać o etyce oraz pocytować Biblię. I wypada to tak, jak brzmi. Niestety: kolejne konwersacyjne postoje drenują film z kinetycznej energii nagromadzonej w scenach akcji. Problem nie leży jednak w scenariuszowym rozgadaniu – bo w zasadzie pościgom też brakuje nieco paliwa. Sedno intrygi owiane jest przecież tajemnicą, ale w sumie od razu wiadomo, o co chodzi. Dlatego trudno się zaangażować: bohaterowie lecą bowiem do celu, który jest zarazem zbyt mętny i zbyt oczywisty. Mający rozluźnić atmosferę gag z niesamowitymi empatyczno-lingwistycznymi zdolnościami Margaret, powtarzany w kółko, gwałtownie się zaś wyczerpuje. Spielberg stara się oczywiście nadrabiać reżyserią to, czego nie dopisał Koepp. Tylko iż klucząca wirtuozersko (miejscami choćby za bardzo) kamera Kamińskiego nie pomoże na wszystko.

Dopiero kiedy docieramy do końca, wszystko staje się jasne: film ma nierównomiernie rozłożony ciężar, bo cała adekwatna historia jest zaledwie pretekstem do puenty. Spielbergowi ewidentnie zależało na podprowadzeniu finału, ale w pędzie do tytułowego objawienia zgubił gdzieś po drodze człowieka. Nie pomogły choćby heroiczne wysiłki prestiżowej obsady (najlepiej wypada Firth, bo może pobawić się w przełamywanie emploi "miłego gościa", grając negatyw sympatycznej postaci François Truffauta z "Bliskich spotkań…"). O ironio, w filmie potępiającym władzę traktującą ludzi jak marionetki postacie są zaledwie marionetkami na sznurkach intrygi. Bohaterowie stanowią jedynie funkcję fabuły – są, bo jacyś musieli być. Po prostu niosą znicz w sztafecie do mety. Na szczęście finał rzeczywiście jest po spielbergowsku elektryczny.

Emily Blunt, Josh O'Connor
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment

Tytuł mówi wprost: chodzi o objawienie. W otoczeniu zgromadzonych przez Koeppa biblijnych cytatów łatwo zresztą przypomnieć sobie, iż "objawienie" to inne słowo na Apokalipsę. I faktycznie: w tle filmu świat staje na krawędzi zagłady. Mocarstwa zbroją się i szykują do wciśnięcia czerwonych guzików, jakby chciały odegrać na powrót kryzys kubański z lat 60. czy fabułę "Doktora Strangelove’a" Kubricka. Spielberg piętnuje tu niedostatek wyobraźni, pokazuje, na jakie manowce prowadzi niewiara, nie tyle w Boga, co w człowieka. Rządy i ich pachoły w typie Scanlona potrafią znaleźć tylko jeden użytek dla pożyczonej od obcych niesamowitej technologii: inwigilują za jej pośrednictwem obywateli. Władza nie ufa bowiem, iż ludzie udźwigną ciężar prawdy o świecie. Dlatego właśnie zataja, zaciemnia, zabrania i ostrzegawczo grozi pięścią. Spielberg stara się natomiast zrobić coś przeciwnego. W jego rękach spektakl, zamiast propagandą czy opium dla mas, ma stać się antidotum. Nie ma zasłonić, tylko odsłonić.

Hettienne Park, Colin Firth
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment
  • Niko Tavernise

Krytyk Roger Ebert nazwał kiedyś kino "maszyną empatii" i Spielberg nakręcił film jakby na potwierdzenie jego słów. Daniel wykradł przecież dane kierowany empatią do ofiar swoich pracodawców. I chociaż reżyser nie przywołuje tego kontekstu wprost, jego film silnie rymuje się również z najnowszą historią Ameryki (oraz świata). Daniel jest w końcu figurą ewidentnie snowdenowską: jego krucjata to akt obywatelskiego nieposłuszeństwa, sprzeciw wobec wyrządzanej za kulisami krzywdy. Wyraz wiary w to, iż prawda o grzechach władzy musi zostać ujawniona.

Przesłuchania, inwigilacja, bombardowania – zbrodnie polityków można by długo wyliczać, wystarczy rozejrzeć się dziś po świecie. Spielberg staje tu jasno po stronie ofiar, a przeciwko tym, którzy dociskają but. Jego argumentem jest obraz: zarejestrowana kamerą naoczność cudzego cierpienia. Reżyser reinscenizował już Holocaust w "Liście Schindlera" (1993), pokazywał D-Day w "Szeregowcu Ryanie" (1998). Teraz manifestacyjnie walczy o powstrzymanie Dooms-Day i stawia na Disclosure-Day. A iż apokalipsę atomową ma odwołać ujawnienie prawdy o życiu pozaziemskim? A to już czysty spielbergizm – choćby jeżeli trąci trochę Alanem Moore’em (choć oczywiście bez moore’owskiego sceptycyzmu).

Josh O'Connor
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment
  • Niko Tavernise

Ten optymizm często Spielbergowi wypominano. Oskarżano go o infantylizację, o dawanie pierwszeństwa perspektywie dziecka, o zmianę Hollywood w wytwórnię filmowych zabawek. Faktycznie: azylem jest dla niego dzieciństwo, fundamentalną traumą – rozwód rodziców, a ulubionym tematem – rozpad rodziny nuklearnej. Co jednak ciekawe, w "Dniu objawienia" nie ma choćby rodziny, która mogłaby się rozpaść. Dwoje głównych bohaterów to ludzie w relatywnie luźnych związkach, nie do końca ufający swoim partnerom. Wolne elektrony cierpiące samotność-w-świecie. I w tym sensie "Dzień objawienia" jest uberspielbergowski: bo klucz do tajemnicy – na pohybel niedolom dorosłości – znajduje się tu w czyimś wspomnieniu z dziecięcego pokoju.

Reżyser pokazuje, iż dziecięce doświadczenie niesamowitości jest cenne, iż płynie z niego lekcja dla dorosłych. To lekcja nazywania wprost tego, co się widzi i czuje: prawdy prawdą, kłamstwa kłamstwem, dobra dobrem, zła złem. Pytanie filmu brzmi jednak, czy rozpoznamy tę różnicę dziś, zagapieni w telefony? Albo inaczej: czy twarz wpatrzona w niesamowity ekran iPhone’a to wciąż "Spielberg face"? Niby tak: w "Dniu objawienia" nieraz widzimy, jak zahipnotyzowani ludzie śledzą rozwój wydarzeń w telefonach. Ale jest też w filmie niemal slapstickowa, prześmiewcza scena, w której bohaterowie próbują zniszczyć telefona – narzędzie, które przecież dyskretnie ich inwigiluje.

Dlatego choćby jeżeli Spielberg nie nakręcił filmu antysmartfonowego, to nakręcił kolejny po "Czwartej władzy" film o potrzebie dobrych (także w sensie moralnym) mediów. Nie zdradzę wiele, jeżeli podpowiem, iż nie okazują się nimi social media. Dobrą nowinę niesie światu przecież dziennikarka telewizyjna – i nieważne, iż to "zwykła" pogodynka.

Emily Blunt
  • Universal Pictures
  • Amblin Entertainment
  • Niko Tavernise

Ta spielbergowska pochwała telewizji – a nie kina! – nie powinna dziwić. Tradycja "Strefy mroku", na której wychowywał się reżyser, tradycja, którą kontynuowało potem "Z archiwum X", tradycja, z której poniekąd wyrasta ufologiczny "Dzień objawienia", to przecież tradycja jak najbardziej telewizyjna. Spielberg sam zresztą zaczynał karierę na szklanym ekranie: jego debiutancki pełny metraż, "Pojedynek na szosie" (1971), był de facto filmem TV.

Zatem jeżeli w trakcie finału "Dnia objawienia" udziela się Wam wiara w telewizję, to bardzo dobrze. Wiara w kino – i w ogóle w człowieka – jest zaraz za rogiem i rozumie się tu sama przez się. Oglądając finał filmu, czuję, iż – jak głosił slogan na plakacie w biurze agenta Foxa Muldera – "chcę wierzyć". Ale muszę też zapytać: optymizm jest uzasadniony czy zwyczajnie dałem się porwać spektaklowi?
Idź do oryginalnego materiału