Yoshi and the Mysterious Book – recenzja gry. Ładne, ale czy coś wiecej?

moviesroom.pl 1 miesiąc temu

Yoshi and the Mysterious Book to tytuł, który na zapowiedziach i zwiastunach zapowiadał się na absolutny hit i prawdziwy powiew świeżości, jakiego ta nieco skostniała seria potrzebowała od lat. Jak wyszło?

Zielony pomocnik Mario nigdy nie miał łatwego życia z recenzentami – Nintendo od dekad traktuje te gry jako poligon doświadczalny dla najbardziej zakręconych pomysłów plastycznych. Przerabialiśmy już przecież Yoshiego w całości wyszytego z wełny w genialnym Yoshi’s Woolly World, a także poziomy zbudowane z pudełek po butach i taśmy klejącej w Yoshi’s Crafted World. Każda kolejna odsłona celowała w maksymalny urok osobisty, często zapominając o dorosłych graczach szukających wyzwania. Mysterious Book miało to zmienić, łącząc unikalny design z rewolucją w gameplayu. I wiecie co? Przez pierwsze dwie, może trzy godziny byłem autentycznie zachwycony, ale nie wszystko tutaj zagrało.

Materiały prasowe / Yoshi and the Mysterious Book

Akwarelowy zawrót głowy i nowa generacja

Styl graficzny w tej grze to jest po prostu wizualna uczta, obok której nie da się przejść obojętnie. Nintendo zaserwowało nam żywy, akwarelowy szkicownik połączony z genialną animacją poklatkową w stylu stop-motion. Na krawędziach ekranu wyraźnie widać fakturę prawdziwego papieru, delikatne zagniecenia kartonu i subtelne kreski naniesione wirtualnym ołówkiem. Silnik Unreal Engine na nowym Switchu robi tu robotę i dla samej tylko estetyki, dla samego zawieszenia oka na tych tłach, warto w tym tytule utonąć choćby na jedno popołudnie. Wizualnie to absolutny majstersztyk, który zwyczajnie nie może się nie podobać.

Plecak pełen stworków

Pomysł na samą rozgrywkę też kupiłem od pierwszych minut, bo zapowiadał rewolucję w skostniałym gatunku. Zapomnijcie na chwilę o nudnym, klasycznym bieganiu w prawą stronę ekranu i bezmyślnym skakaniu po głowach przeciwników. Tutaj Yoshi spotyka gadającą encyklopedię o imieniu Mr. E i zaczyna eksplorować jego strony, zdobywając tym samym wiedzę. Zamiast po prostu pożerać napotkane stworki i zamieniać je w jajka, nasz bohater uczy się ich unikalnych zachowań, bada wzajemne interakcje, eksperymentuje w locie i skrupulatnie kompletuje swój własny, interaktywny atlas przyrodniczy.

Materiały prasowe / Yoshi and the Mysterious Book

Dorzućmy do tego świetną mechanikę wrzucania napotkanych stworzeń na plecy. Każdy potworek niesiony przez Yoshiego kompletnie zmienia adekwatności fizyczne bohatera i zasady poruszania się po świecie. Jeden stworek działa jak ekologiczny jetpack, pozwalający dolecieć w niedostępne wcześniej miejsca, inny służy za mobilną trampolinę, a jeszcze inny swoją obecnością potrafi zmodyfikować strukturę otoczenia i otworzyć ukryte przejścia. Brzmi to jak gotowy przepis na grę idealną, która wciągnie na długie godziny i nie pozwoli oderwać się od ekranu, prawda? No, niestety nie do końca, bo nie wszystko tutaj zagrało.

Wielka encyklopedia przewidywalności

Niestety, czar świeżości pryska zdecydowanie szybciej, niż bym sobie tego życzył. Nintendo zaserwowało nam strukturę, która jest do bólu przewidywalna. Gra działa jak szwajcarski zegarek, ale w tym najgorszym, rzemieślniczym sensie: wchodzisz do nowego rozdziału, gra prezentuje Ci nową mechanikę związaną ze stworkami, Ty przez chwilę się nią bawisz, po czym etap się kończy, a gra bez żalu wyrzuca ten pomysł do kosza i w kolejnym świecie zaczyna całą procedurę od nowa.

Materiały prasowe / Yoshi and the Mysterious Book

Mimo ogromnego zróżnicowania lokacji, po kilku godzinach doskonale wiesz, jaki będzie kolejny krok twórców. Ta powtarzalność schematu sprawia, iż do rozgrywki gwałtownie wkrada się monotonia. Zamiast płynnego rozwoju pomysłów i zaskakiwania gracza, dostajemy fabryczną taśmę z genialnymi, ale natychmiast porzucanymi konceptami.

Największym grzechem Yoshi and the Mysterious Book pozostaje jednak poziom trudności, który został skrojony chyba z myślą o sprawnym trzylatku. W tej grze praktycznie nie da się zginąć, margines błędu jest gigantyczny, a jakiekolwiek wyzwanie intelektualne przy zagadkach czy zręcznościowe przy sekcjach platformowych po prostu nie istnieje. Doskonale rozumiem i szanuję fakt, iż Yoshi to marka z założenia przyjazna młodszym i niedzielnym graczom, ale tutaj dorosły, szukający choć odrobiny zaangażowania odbiorca po prostu zaczyna po czasie bezwiednie klikać jeden przycisk. Gra nie oferuje żadnego trybu „Hard” czy dodatkowych wyzwań dla weteranów, przez co ten schematyczny spacer po parku gwałtownie nuży.

Materiały prasowe / Yoshi and the Mysterious Book

Festiwal różnorodności i katorga dla czyścicieli poziomów

Żeby jednak być w pełni uczciwym: projektantom poziomów nie można odmówić jednego – rozmachu i niesamowitej różnorodności światów. Zwiedzamy tu absolutnie wszystko: od podwodnych, malowanych akwarelą głębin, przez papierowe lasy bambusowe, aż po spektakularne, japońskie zamki narysowane grubą kreską mangowego artysty. Każda kraina to kompletnie inne środowisko i unikalne mechaniki, co na papierze brzmi dumnie.

Schody zaczynają się jednak w momencie, kiedy obudzi się w Was wewnętrzny perfekcjonista. O ile samo przejście gry to banalny i nudnawy spacerek, o tyle wyciskanie z niej 100% i robienie przysłowiowego „calaka” to już totalna, uciążliwa katorga. Twórcy poukrywali na planszach tak absurdalną liczbę pierdół, znajdziek i sekretów, iż czyszczenie lokacji na maksa gwałtownie zamienia się w męczący obowiązek. Zamiast dobrej zabawy, dostajemy żmudne i frustrujące przeczesywanie każdego centymetra papierowego tła. jeżeli macie ambicję zdobyć tu wszystko, przygotujcie się na potężne zgrzytanie zębów.

Materiały prasowe / Yoshi and the Mysterious Book

Dźwiękowa nijakość

Oliwy do ognia dolewa absolutnie fatalna warstwa dźwiękowa, która kompletnie nie pasuje do geniuszu grafików. Muzyka przygrywająca w tle jest tak bezpłciowa, nijaka i powtarzalna, iż wietrzeje z głowy zaledwie pięć minut po wyłączeniu konsoli. Zamiast zapadających w pamięć, radosnych motywów, dostajemy zapętlone w nieskończoność, irytujące melodyjki, które po dwóch godzinach ma się ochotę po prostu wyciszyć w opcjach systemowych.

Pograsz tylko sam i to jeszcze nie po polsku

Na sam koniec dostajemy jeszcze od twórców klasycznego „plaskacza” w twarz w postaci całkowitego braku jakiegokolwiek trybu kooperacji. Ta gra aż ryczała o możliwość wspólnej zabawy przed jednym ekranem, gdzie rodzic mógłby pomagać dziecku i wspólnie z nim studiować tajemniczą księgę. Japończycy uznali jednak inaczej i zostawili nas z zabawą wyłącznie dla jednego gracza. Wisienką na tym niezbyt smacznym torcie jest tradycyjny już brak polskiej wersji językowej. O ile w Mario nie ma to znaczenia, o tyle przy tytule tak mocno opartym na czytaniu i studiowaniu tekstowych zapisków w dzienniku przyrodnika, zignorowanie naszego rynku jest po prostu grubym i bolesnym nieporozumieniem.

Przepiękna, ale pusta wydmuszka?

Jeśli szukacie na weekend absolutnie przepięknej, bezstresowej i maksymalnie relaksującej odskoczni na jeden lub dwa wieczory, a Waszym głównym celem jest podziwianie niesamowitego kunsztu grafików i animatorów – dajcie temu Yoshiemu szansę. W tej roli gra sprawdzi się poprawnie, a unikalny styl i początkowa pomysłowość z pewnością Was urzekną.

Jeśli jednak od zakupu za ciężkie pieniądze oczekujecie angażującej, satysfakcjonującej i dynamicznej przygody z krwi i kości, która rzuci Wam chociaż minimalne wyzwanie i nie pozwoli zasnąć przed ekranem konsoli – możecie poczuć spore, bolesne rozczarowanie. Dla mnie nowa produkcja z zielonym dinozaurem to po prostu solidny średniak. Wizualny majstersztyk, który pod piękną oprawą skrywa sporo nudy i niewykorzystanego potencjału. Gra mogła walczyć o najwyższe laury, a tak dostajemy jedynie przeuroczą, rzemieślniczą robotę, która gwałtownie wietrzeje z pamięci.

Inne gamingowe recenzje na Movies Room:

  • Super Mario Bros. Wonder Nintendo Switch 2 Edition + Meetup in Bellabel Park – recenzja gry. Mario wraca na plac zabaw

  • Tides of Tomorrow – recenzja gry. Inni gracze nie sortowali plastiku!

  • Saros – recenzja gry. Taniec śmierci i czysta adrenalina

Ilustracja wprowadzająca: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału