Demaskowanie tzw. „manosfery” już nie jest hobby tylko internetowych twórców, widoeseistów z youtube’a i instagramowych reporterów, a stało się tematem śmiało podejmowanym przez mainstreamowe media. W ostatnim czasie premiery miały głośne seriale Netflixa – fabularne Dojrzewanie i dokumentalne W głębi manosfery Louisa Theroux – które przedstawiały ten fenomen widzowi kanapowemu, zachęcając go do refleksji wokół kondycji męskości i nowych jej archetypów. To chodliwy temat – łatwy do przedstawienia w przejaskrawiony sposób, przypisania konkretnym politycznym ruchom, szczególnie, iż często dotyczy też nieletnich, co czyni go skutecznym we wzbudzaniu moralnej paniki. Jednocześnie jest on na tyle niejednorodny, iż bardzo trudno traktować go jako całość, w czego pułapkę wpada wielu komentatorów, próbujących objąć manosferowym parasolem zróżnicowane grupy ludzi, łączące to, iż szukają w internecie innych zagubionych mężczyzn.
Kolejną osobą, która postanowiła zmierzyć się z tym tematem jest czterdziestokilkuletni Szwed Hampus Linder. W pokazywanym na tegorocznej edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity dokumencie Wyznania szwedzkiego mężczyzny bierze on udział w organizowanym przez inicjatywę „Maniphesto” obozie mężczyzn na północy Danii. Uczęszczając na wykłady o męskości, rytuały polegające na smarowaniu się fałszywą krwią po gołej klacie, sesje bro-yogi i terapii grupowej, powoli przekonuje się do idei tego obozu. Stawia tezę, iż większość mężczyzn biorących udział w tych zjazdach próbuje odbudować w sobie męskość ze względu na niełatwą relację z najważniejszym jej wzorem – własnymi ojcami. Dlatego też on sam decyduje się zabrać swojego tatę na kolejne wydarzenie organizowane przez Maniphesto, żeby zobaczyć, czy sprawi to, iż spojrzą na siebie w inny sposób.
Film Lindera wyróżnia podporządkowanie narracji subiektywnej perspektywie reżysera-protagonisty. Ci, którzy wybrali ten tytuł licząc na pogłębioną analizę zjawiska manosfery i szukając refleksji na temat radykalizacji młodych mężczyzn, niczego takiego tu nie znajdą. Przestrzeń, którą infiltruje Linder wydaje się też znacznie łagodniejsza, mniej zaangażowana politycznie niż faszyzujące, rasistowskie odłamy podobnych ruchów. Na nagraniach w filmie nie padają żadne ksenofobiczne hasła, kilka jest też otwarcie mizoginistycznych deklaracji. Wygląda to bardziej tak, jakby faceci spotykali się na tych obozach, bo brzmi to bardziej męsko niż sesja terapeutyczna lub coaching – w efekcie dostając namiastkę obu tych rzeczy oraz poczucie przynależności do społeczności innych mężczyzn z podobnymi problemami. Sukcesem Lindera jest na pewno ukazanie istotności takiej wspólnoty. Wielu widzów (raczej nie widzek) pewnie kończąc ten seans pomyśli, iż udział w takich obozach mógłby być ciekawym, a choćby pouczającym doświadczeniem. To dosyć wyjątkowe podejście do zagadnienia manosfery – reżyser unika prostej stereotypizacji, można choćby zaryzykować stwierdzenie, iż Wyznania szwedzkiego mężczyzny pokazują obozy organizowane przez Maniphesto w pozytywnym świetle.
Wynika to z istotnej roli osobistej historii reżysera. Udział w obozie staje się dla niego jednym z impulsów do zaangażowania ojca zarówno w manosferyczne spotkania, jak i w sam film. Bohaterowie otwarcie rozmawiają o chorobie nowotworowej, na którą cierpi ojciec reżysera, niełatwej przeszłości, dojrzewaniu, i jak bardzo brakowało w ich relacji werbalizowania miłości. Linder w kilku miejscach zastanawia się również, czy sam jest dobrym tatą dla własnego syna – czy udało mu się uniknąć popełnienia tych samych błędów, które popełnił jego rodzic. Wyznania szwedzkiego mężczyzny to jeden z tych dokumentów-terapii dla samych reżyserów, pozwalających im przepracować własne przeżycia i wypowiedzieć obawy w nadziei, iż widzowie również się z nimi zidentyfikują. Wyzwaniem przy wybraniu tej formy jest sprawienie, iż widz wyjdzie z seansu z poczuciem poszerzenia wiedzy i wydaje się, iż tę rolę pełni w filmie wątek eksploracji manosfery. Stanowi on jednak uzupełnienie osobistej historii reżysera, skupionego na opowiedzeniu o sobie i własnej rodzinie. W efekcie nie zostaje pogłębiony w sposób odpowiadający istotności tego tematu.
Samo użycie narodowości reżysera w tytule jest dość zastanawiające. Film nie robi bowiem żadnych aluzji do sytuacji politycznej czy społecznej w Szwecji, tak naprawdę stara się kompletnie unikać podejmowania tematu manosfery w polityczny sposób. Dla Lindera jego narodowość służy pewnej progresywnej identyfikacji – kilkukrotnie nazywa się w filmie feministą, tłumacząc, iż wierzy w równe możliwości dla mężczyzn i kobiet. Nigdy jednak nie próbuje wejść w głębszą dyskusję z poglądami przedstawionych w filmie mężczyzn organizujących owe, rzekomo antyfeministyczne, wydarzenia. I tak jak owa zdystansowana, obserwatorska konwencja byłaby do przełknięcia w reportażu, tak tutaj film wprost w swoim tytule zapowiada, iż widz będzie obcował z czyjąś perspektywą, a przemyśleń twórcy często po prostu brakuje. Linder używa owej feministycznej identyfikacji raczej próbując wzbudzić u widza poczucie absurdu lub kogoś rozbawić, mówiąc, iż oto feminista ze Szwecji bierze udział w manosferycznych wydarzeniach. Gdy w jednej ze scen odwiedza on lidera Maniphesto – Paula Robsona – w jego ultrakonserwatywnym rodzinnym domu, rozmawia z jego żoną i słyszy, iż każdą decyzję ostatecznie podejmuje za nią mąż, zamiast zakwestionować ten jakże patriarchalny układ, podrążyć głębiej czy chociaż okazać refleksję na temat dynamiki władzy w takim domostwie, Linder przeobraża sytuację w dowcip.
W pewnym momencie filmu obiektywność reżysera zostaje zakwestionowana przez Robsona, który nie jest przekonany, czy Linder jest w stanie przedstawić Maniphesto w sposób bezstronny sposób. Obcując jednak z ostatecznym materiałem, widząc, iż poza kilkoma montażami krzyczących facetów topless nie widać tu niczego szczególnie obrazoburczego lub kontrowersyjnego, sam zastanawiam się nad rzetelnością Wyznań szwedzkiego mężczyzny. choćby zakładając, iż ukazane przez niego męskie obozy zostały zobrazowane w obiektywny sposób – to czy pokazując je jako trochę dziwne, ale raczej nieszkodliwe, a choćby pomocne dla niektórych facetów, jednocześnie używając konwencji „wejścia w świat manosfery”, Linder nie zniekształca wizerunku tego zjawiska? Skupia się bowiem tylko na jego lżejszym przejawie, dodatkowo unikając polemiki z organizatorami. Nie przygląda się lub analizuje hipermaskulinistycznych tonów, nie zastanawia się nad ich głębszym znaczeniem i konotacjami społecznymi. Nie odmówię Wyznaniom szwedzkiego mężczyzny wartości w osobistej historii reżysera – obawiam się jednak, iż nie wchodząc w głębszą dyskusję z przedstawionym zjawiskiem, film może w najgorszym przypadku przyczynić się do jego normalizacji, a w najlepszym – być niezbyt wnikliwym dokumentem.
Korekta: Michalina Nowak
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Festiwalem Filmowym Millennium Docs Against Gravity.












