Wychowywała mnie moja babcia — jestem jej wdzięczny, ale jej uczucia nie były bezinteresowne: jak wybór miłości nad majątkiem odmienił moje życie w polskiej rodzinie

newsempire24.com 1 dzień temu

Wychowała mnie moja babcia. Oczywiście jestem jej wdzięczny, ale ta jej miłość miała wyraźnie “oprocentowanie”, jakby brało się kredyt w PKO.

Miałem raptem pięć lat, kiedy mój cudowny tata stwierdził, iż życie rodzinne to jednak nie jest to i odszedł do kochanki młodszej od mamy o dekadę. Ponieważ na początku mieszkaliśmy u niego, po rozwodzie zażądał, żebyśmy razem z mamą jak najszybciej opuścili jego kawalerkę gdzieś na Ursynowie.

No i tak znalazłem się u babci Marii, mamy mojej mamy. Ojciec był takim dzielnym facetem, iż zawsze miał pomysł, jak nie płacić alimentów. Efekt był taki, iż zostałem z mamą bez grosza przy duszy, kątem u babci, a życie w trzypokojowym bloku na Białołęce to była nieustanna szkoła przetrwania. Babcia dostawała emeryturę, która starczała na trzy kilo ziemniaków, śmietanę i Na Żywo. Mama zasuwała do jakiejś pracy w sklepie na zmiany, a ja ledwo wracałem ze szkoły, musiałem jeszcze wszystko w domu ogarniać i czasem obiad ugotować.

Gdy byłem starszy, zamiast studniówki, to ja się pojawiałem na budowie, bo wiadomo: harówka, a nie nauka o mitozie. Szkoda mi było mamy i babci, bo ledwo wiązały koniec z końcem. Wtedy wpadłem na genialny pomysł, iż po ósmej klasie rzucę szkołę i pójdę do jakiejś stałej roboty. Ale wtedy pojawiła się siostra babci babcia Zofia. Zaproponowała, iż zabierze mnie do siebie do Torunia, pomoże z nauką i będziemy żyć jak ludzi.

Babcia Zofia nie miała własnych dzieci, więc traktowała mnie jak córkę. Mama i babcia Maria się zgodziły, bo wiedziały, iż to szansa. Tak wylądowałem u babci Zofii. Mama i babcia Maria odwiedzały nas czasem, ale ogólnie żyło mi się tam dużo lepiej. Babcia Zofia miała porządną emeryturę po pracy w urzędzie miasta mogłem się uczyć, nie musząc zmywać garów po nocach. Nauczyła mnie gotować schabowego i cerować skarpetki. Dzięki niej skończyłam podstawówkę z czerwonym paskiem i choćby dostałam się na prawo na UMK.

Babcia Zofia ciągle powtarzała, iż jak tylko skończę studia, przepisze mi swoje mieszkanie w testamencie. Twierdziła, iż mnie kocha jak własną córkę i chce mi pomóc. No ale wiadomo, życie zawsze lubi zaserwować zwroty akcji. Na trzecim roku studiów wpadła mi w oko Jagoda dziewczyna jak z polskiego filmu: piękna, błyskotliwa i nieźle ogarniająca życie.

No i się zakochałem po uszy. Uczucie było wzajemne, więc postanowiłem, iż czas brać ślub. Gdy babcia Zofia o tym usłyszała, dostała ataku detektywistycznej czujności: Jagoda chce tylko twojego mieszkania! Ona cię nie kocha!. I jak nie przestanę się z nią spotykać, to mieszkanie zapisze komu innemu.

Wszystko opowiedziałem Jagodzie. Moja dziewczyna machnęła ręką i zasugerowała, iż spokojnie możemy mieszkać choćby w kawalerce na Pradze, byle razem takie było jej oddanie. Wybrałem więc miłość. Babcia Zofia się obraziła i zerwała kontakt. Zostałam bez mieszkania, ale z żoną, której nie zamieniłabym na żaden lokal użytkowy w centrum.

Dziś świętujemy dziesiątą rocznicę ślubu. Mamy dwójkę dzieci, a z każdym rokiem coraz bardziej jestem pewien, iż dokonałam najlepszego wyboru w całej mojej karierze życiowej.

Idź do oryginalnego materiału