Początek to prawdziwa bomba. Kilka ujęć i już odmalowaną mamy problematykę oraz nastrój filmu – można by go pokazywać w szkołach filmowych jako wzór sprawnego opowiadania obrazem. Typowy amerykański diner, całkiem jeszcze gwarny po dziesiątej wieczór, obsługa uwija się, roznosząc zamówienia między stolikami, klienci zaś… gorliwie skrolują telefony. Nagle wpada tu jakiś świr (Sam Rockwell) – owinięty w foliowy płaszcz, pod którym kłębią się kable, baterie, wszystko bardzo retro futuro. Wygląda jak kloszard i opowiada niestworzone rzeczy: coś o tym, iż przybył z przyszłości, która nie jest różowa, iż czas się przebudzić, odłożyć telefony i ratować świat… Nikt jednak choćby nie zwraca na niego uwagi (wiadomo: Tinder, lajkowanie kotków, odpisywanie na wiadomości) do momentu, kiedy wykrzykuje, iż ma bombę, a co więcej – na każdego jakiś hak. Okazuje się, iż zna imiona wszystkich zgromadzonych i o każdym wie coś, czego wiedzieć nie powinien.
Bohater tłumaczy, iż spotykają się po raz sto siedemnasty i jak do tej pory świata uratować się nie udało. Dopóki do tego nie dojdzie, on skazany będzie na wieczny powrót – trochę jak w "Dniu świstaka", którego tytuł zresztą tu pada (niby foliarz, a wie, który z klientów uwielbia ten film). Za każdym razem kompletuje inną ekipę śmiałków mających pomóc mu powstrzymać niechybną zagładę ludzkości spowodowaną rozwojem sztucznej inteligencji. Tym razem wybór pada na kierowcę Ubera, drużynowego skautów i kobietę, o której wiemy tylko, iż przyszła do lokalu zjeść ciastko. Rekrutuje też małżeństwo nauczycieli (Michael Peña i Zazie Beetz) aż za dobrze znające problemy wywoływane w klasach przez telefony oraz smętną Susan (Juno Temple), która, jak się okaże, straciła niedawno syna w szkolnej strzelaninie. Jako ostatnia do dziwacznej ekipy dołącza przebrana za księżniczkę Ingrid (Haley Lu Richardson). Każde z nich ma dość osobliwą historię, z których część ukazana nam będzie w retrospekcjach. Czy okażą się adekwatną kombinacją, by uratować świat?
Jak sugeruje już sam tytuł filmu, nie wszystkim uda się o tym przekonać, a eliminacja kolejnych postaci przeprowadzana będzie pomysłowo i na wesoło. Epitety te przecież określają jakoś kino Gore'a Verbinskiego, który od czasu "The Ring" nie cacka się ze swoimi bohaterami, a fantazji nie odmówią mu na pewno fani sagi o Piratach z Karaibów, której wyreżyserował pierwsze trzy części (do przygodowej serii mruga zresztą okiem w scenie, w której przywołana będzie Keira Knightley). Scenariusz Matthew Robinsona w ogóle jest bardzo zmyślny i przepełniony pasją kinofila – najważniejszą referencją jest tu oczywiście "Terminator" Jamesa Camerona, przy czym przybysz z przyszłości z "Baw się dobrze i przeżyj" kilka ma w sobie z elektronicznego mordercy w wersji Arnolda Schwarzeneggera. Energia Rockwella jest zgoła inna; aktor wykorzystuje ją, by po raz kolejny stworzyć ulubiony przez siebie typ postaci: głośnej, narwanej, balansującej na cienkiej granicy pomiędzy normalsem a szaleńcem. Dostrajają się do niego, także krocząc po tej linii, pozostali członkowie koncertowo dobranej obsady.
Nie od dziś wiadomo, iż Verbinski potrafi tworzyć mozaiki postaci i napełniać film humorem – zjadł przecież na tym zęby. choćby jeżeli nie wszystkie żarty siadają, "Baw się dobrze i przeżyj" ogląda się z dużą przyjemnością. Pod tą lekkością kryje się jednak całkiem poważne zaniepokojenie realnymi problemami społecznymi, takimi chociażby jak strzelaniny w amerykańskich szkołach związane z łatwym dostępem do broni w Stanach, zdrowiem psychicznym i dobrostanem młodzieży. Ten związany jest zaś nie tylko z amerykańskim stylem życia, ale i globalnymi przemianami technologicznymi: atomizacją społeczną, którą przyniosły media społecznościowe, czy doomscrollingiem, popychającym dalej w odmęty samotności i odrętwienia. To problemy znane, w wielu krajach stara się im zapobiegać, choć z "Baw się dobrze i przeżyj" wynika raczej, iż przyszłość (w każdym z jej wariantów AI zmieni oblicze świata) i tak została już zapisana. W kodzie stworzonym przed dziewięciolatka, a może przez samą, uczącą się szybko, sztuczną inteligencję.
Bijąca z filmu technofobia wydać się może niektórym okrutnie boomerska, na pewno jest też mocno wybiórcza. Ingrid ma uczulenie na telefony i wifi, ale prąd już jest OK. Od którego momentu więc technologia staje się niebezpieczna? Mniejsza zresztą o to. Większym problemem jest to, iż pod koniec energia dość długiego filmu wyraźnie się wytraca i to na sposób paradoksalny. Będący ostrzeżeniem przed technologią "Baw się dobrze i przeżyj", bardzo starając się o spektakularny finał, władował jej w zakończenie za dużo. Oglądając nagromadzenie końcowych (i niechcących się skończyć) atrakcji, trudno nie poczuć, iż punkt wyjścia był zdecydowanie ciekawszy niż meta. CGI – przynajmniej na razie – nie może równać się z dobrym aktorstwem, a skoro mamy je w filmie, po co nam to finałowe wszystko wszędzie naraz?
Bohater tłumaczy, iż spotykają się po raz sto siedemnasty i jak do tej pory świata uratować się nie udało. Dopóki do tego nie dojdzie, on skazany będzie na wieczny powrót – trochę jak w "Dniu świstaka", którego tytuł zresztą tu pada (niby foliarz, a wie, który z klientów uwielbia ten film). Za każdym razem kompletuje inną ekipę śmiałków mających pomóc mu powstrzymać niechybną zagładę ludzkości spowodowaną rozwojem sztucznej inteligencji. Tym razem wybór pada na kierowcę Ubera, drużynowego skautów i kobietę, o której wiemy tylko, iż przyszła do lokalu zjeść ciastko. Rekrutuje też małżeństwo nauczycieli (Michael Peña i Zazie Beetz) aż za dobrze znające problemy wywoływane w klasach przez telefony oraz smętną Susan (Juno Temple), która, jak się okaże, straciła niedawno syna w szkolnej strzelaninie. Jako ostatnia do dziwacznej ekipy dołącza przebrana za księżniczkę Ingrid (Haley Lu Richardson). Każde z nich ma dość osobliwą historię, z których część ukazana nam będzie w retrospekcjach. Czy okażą się adekwatną kombinacją, by uratować świat?
Jak sugeruje już sam tytuł filmu, nie wszystkim uda się o tym przekonać, a eliminacja kolejnych postaci przeprowadzana będzie pomysłowo i na wesoło. Epitety te przecież określają jakoś kino Gore'a Verbinskiego, który od czasu "The Ring" nie cacka się ze swoimi bohaterami, a fantazji nie odmówią mu na pewno fani sagi o Piratach z Karaibów, której wyreżyserował pierwsze trzy części (do przygodowej serii mruga zresztą okiem w scenie, w której przywołana będzie Keira Knightley). Scenariusz Matthew Robinsona w ogóle jest bardzo zmyślny i przepełniony pasją kinofila – najważniejszą referencją jest tu oczywiście "Terminator" Jamesa Camerona, przy czym przybysz z przyszłości z "Baw się dobrze i przeżyj" kilka ma w sobie z elektronicznego mordercy w wersji Arnolda Schwarzeneggera. Energia Rockwella jest zgoła inna; aktor wykorzystuje ją, by po raz kolejny stworzyć ulubiony przez siebie typ postaci: głośnej, narwanej, balansującej na cienkiej granicy pomiędzy normalsem a szaleńcem. Dostrajają się do niego, także krocząc po tej linii, pozostali członkowie koncertowo dobranej obsady.
Nie od dziś wiadomo, iż Verbinski potrafi tworzyć mozaiki postaci i napełniać film humorem – zjadł przecież na tym zęby. choćby jeżeli nie wszystkie żarty siadają, "Baw się dobrze i przeżyj" ogląda się z dużą przyjemnością. Pod tą lekkością kryje się jednak całkiem poważne zaniepokojenie realnymi problemami społecznymi, takimi chociażby jak strzelaniny w amerykańskich szkołach związane z łatwym dostępem do broni w Stanach, zdrowiem psychicznym i dobrostanem młodzieży. Ten związany jest zaś nie tylko z amerykańskim stylem życia, ale i globalnymi przemianami technologicznymi: atomizacją społeczną, którą przyniosły media społecznościowe, czy doomscrollingiem, popychającym dalej w odmęty samotności i odrętwienia. To problemy znane, w wielu krajach stara się im zapobiegać, choć z "Baw się dobrze i przeżyj" wynika raczej, iż przyszłość (w każdym z jej wariantów AI zmieni oblicze świata) i tak została już zapisana. W kodzie stworzonym przed dziewięciolatka, a może przez samą, uczącą się szybko, sztuczną inteligencję.
Bijąca z filmu technofobia wydać się może niektórym okrutnie boomerska, na pewno jest też mocno wybiórcza. Ingrid ma uczulenie na telefony i wifi, ale prąd już jest OK. Od którego momentu więc technologia staje się niebezpieczna? Mniejsza zresztą o to. Większym problemem jest to, iż pod koniec energia dość długiego filmu wyraźnie się wytraca i to na sposób paradoksalny. Będący ostrzeżeniem przed technologią "Baw się dobrze i przeżyj", bardzo starając się o spektakularny finał, władował jej w zakończenie za dużo. Oglądając nagromadzenie końcowych (i niechcących się skończyć) atrakcji, trudno nie poczuć, iż punkt wyjścia był zdecydowanie ciekawszy niż meta. CGI – przynajmniej na razie – nie może równać się z dobrym aktorstwem, a skoro mamy je w filmie, po co nam to finałowe wszystko wszędzie naraz?






![Wystawa Zofii Stryjeńskiej już otwarta [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/02/stryjenska-fot.-Artur-Gawle0001.jpg)









