Sto lat!!! Tato!
Do siedemdziesięciu lat już dotarł, wychowując troje dzieci. Jedyną żonę, Marię, stracił trzydzieści lat temu i od tej pory nie ponownie się ożenił. Nie udało mu się, nie znalazł, po prostu nie miał szczęścia można by wymienić setki powodów, ale czy to ma sens? Nie miał wtedy czasu. Dwaj synowie Piotr i Andrzej byli niespokojni i nieustannie się kłócili. Przenosił ich z jednej szkoły do drugiej, aż w końcu trafił na znakomitego nauczyciela fizyki, który odkrył, iż chłopcy mają wyraźny talent. I to wystarczyło wszystkie bójki, sprzeczki i problemy nagle zniknęły.
Córka, Jadwiga, również borykała się z trudnościami w kontaktach z rówieśnikami. Szkolny psycholog już namawiał Jana, by zabrał ją do psychiatry. Jednakże do szkoły przyszedł nowy nauczyciel literatury, który założył warsztat dla początkujących pisarzy. I tak Jadwiga zaczęła pisać od rana do nocy. Jej opowiadania najpierw pojawiły się w szkolnej gazetce, później w lokalnych klubach literackich.
W skrócie, synowie po szkole dostali stypendia na prestiżowy wydział matematyki i fizyki jednego z najlepszych uniwersytetów, a Jadwiga poszła na kierunek literacki.
Wtedy Jan został sam. Zauważył to i poczuł ciszę wokół, choć w oddali słychać było wycie wilka. Zajął się wędkarstwem, ogrodnictwem i hodowlą świń. Miał pod ręką duży dom i rozległy ogród nad Wisłą. Zaczął zarabiać przyzwoicie, choć inżynier w pobliskim zakładzie zarabiał mniej.
Zrozumiał, iż wciąż może pomóc dzieciom kupić im tanie, ale przyzwoite samochody, dorzucić na drobne wydatki i zapewnić porządną odzież. Okazało się jednak, iż czasu ma jeszcze mniej niż dawniej. Cały dzień pochłaniało gospodarstwo i handel, ale Janowi to odpowiadało. Minęło kolejne dziesięć lat, zbliżał się jubileusz siedemdziesiątka. Planował świętować sam.
Synowie od lat mieli własne rodziny, ale pracowali przy tajnym projekcie Ministerstwa Obrony i nie mogli wyrwać się na weekend. Jadwiga ciągle jeździła na sympozja literackie i konferencje dziennikarskie. Jan nie chciał ich niepokoić zaproszeniem.
Sam kiedyś, myślał. Nie ma co tutaj świętować. Sam, sam Przejdę się po gospodarstwie, a wieczorem wypiję kieliszek whisky, wspomnę Marię i opowiem jej, jakimi ich wychowałem.
Nadszedł ten dzień. Rankiem wstał wcześnie, by dopilnować świń specjalny wypas wymagał troski. Gdy wyszedł przed dom, na rozświetloną jeszcze gwiazdami polanę natknął się na coś dziwnego, położonego pośrodku. Długi, prostokątny przedmiot był owinięty w plandekę.
Co to jest?! zdziwił się, gdy nagle rozbłysły reflektory! Światło objęło polanę i ludzi, którzy wyłonili się zza domu. To byli jego synowie z żonami i wnukami, oraz kilku krewnych. Obok stała Jadwiga z wysokim mężczyzną w okularach z grubymi szkłami. Wszyscy trzymali balony, dmuchali w rurki i przyciskali przyciski hałaśliwych pistoletów na sprężone powietrze. Jednocześnie krzyczeli, machali rękami i przytulali go:
Sto lat!!! Tato!
Jan zupełnie zapomniał o tajemniczym przedmiocie. Nie wiedział, co mogą przynieść złośliwi kanciapy, ale nie pozwolili mu wrócić do domu, gdzie żony już rozkładały stół.
Stań, tato, stań, powiedziała Jadwiga. Pozwolisz, iż założę ci opaskę na oczy?
Dobrze, zgodził się.
Zawiązała mu mocną tkaninę na potylicy, obróciła kilkakrotnie wokół własnej osi i poprowadziła go dalej.
Co wymyśliliście? pytał.
Prezent dla ciebie, odpowiedział jeden z synów.
Mam nadzieję, iż tani? zaniepokoił się Jan. Nie potrzebuję niczego.
Nie martw się, tato, dodał drugi. To tylko mała upominkowa rzeczka, znak wdzięczności.
Doprowadzili go do miejsca, a Jadwiga zdjąła opaskę. Z głośników popłynęła muzyka, uderzenia bębnów. Stał przed nim przedmiot owinięty w plandekę. Dzieci podeszły z trzech stron i pociągnęły materiał.
W jasnym świetle reflektorów ukazał się Polskim Fiat 126p! Jan prawie stracił przytomność ze zdumienia i przewrócił się, ale ktoś podniósł go i usiadł na krześle. Powtarzał jedno słowo:
O Boże, Boże, Boże
Spokojnie, tato, spryszczała go wodą Jadwiga. Całe życie marzyłeś o tym samochodzie.
Ale to przecież ogromny wydatek, protestował ojciec.
Nie droższy niż złoto, odparł syn.
Chodźmy, kontynuowała córka. Wejdź do środka, usiądź. Chcemy zrobić zdjęcia.
Otwartą drzwią zobaczył karton.
Co to? zapytał.
Otwórz, zachęciła Jadwiga.
W środku leżała mała, pluszowa kulka. Jan wyciągnął ją i zobaczył dwa oczy patrzące z dołu. To był mały, puszysty kociak. Przytulił go do siebie:
Prawdziwy tajski kotek! Ten, co był u nas z twoją żoną. Pamiętasz? Bomba. Gdy byliście mali, kochaliście go…
Oczywiście, tato, odpowiedzieli dzieci.
Nie usiadł w samochodzie. Poszedł na górę, na drugi piętro, do swojego pokoju, i pokazał zdjęcie Marii, przytrzymując kociaka. Łzy spłynęły po policzkach:
Widzisz, Mario, widzisz? szeptał do fotografii. Udało mi się. Nic nie zapomniały Widzisz?
Dzieci nie pozwoliły mu długo pozostawać samemu. Stół w dole był już nakryty, a toast po toście się zaczynał. Jadwiga szepnęła mu na ucho, iż jest w czwartym miesiącu ciąży i przyjechali z narzeczonym, by go odwiedzić. Zamierza zamieszkać w gospodarstwie, bo praca nad nową książką może odbywać się wszędzie, a jej narzeczony pojeździ do rodziców w Nowej Anglii, by po dwóch tygodniach zorganizować ślub w miejskim kościele.
Nie masz nic przeciwko, tato? spytała.
To jakiś czarodziejski sen, odpowiedział Jan i pocałował ją w czoło.
Dzień upłynął przy rozmowach, przekąskach, kieliszkach i wspomnieniach. Wszyscy czuli się znakomicie. Wieczorem Jan udał się na grób Marii, usiadł długo i rozmawiał z nią. Życie zaczęło nabierać nowego sensu, zwłaszcza iż ten samochód mógł wreszcie wyruszyć w podróż do pobliskiego dużego miasta.
Na łóżku spał mały, tajski kociak.
Tomuś, powiedział mężczyzna, powtarzając: Tomuś.
Kotek mruczał i rozciągał się na swój jeszcze mały wzrost. Jan położył się, głaszcząc ciepły, puszysty brzuszek, i zasnął.
Rano wstał wcześnie, by karmić świnie, dbać o ogród i nie rezygnować z wędkowania. W dole sypiali Jadwiga i jej narzeczony. Po wyjeździe synów i ich rodzin nastąpiła cisza. Tomuś podążał za swoim panem, wpadł do podajnika dla świń i zaplątał się w sieci przy łodzi. Potem próbował zjeść przynętę dla ryb. Jan się roześmiał i rozmawiał z małym łobuzem:
Jakby młodość wróciła, rzekł, głaszcząc go po grzbiecie.
Kotek zamiauknął i chwycił się ręki drobnymi ząbkami.
Łobuziaku! wykrzyknął Jan i rozbawił się.
Ta opowieść nie ma wielkiego celu. To po prostu przypomnienie dla tych, którzy jeszcze mogą przyjechać do swoich rodziców: nie odkładaj na jutro. Jedź już dziś.
Życie jest krótkie, ale pełne niespodzianek, które warto przeżywać razem z bliskimi.
— (Morał: prawdziwe szczęście rodzi się z dzielenia się miłością i pamięcią o tych, których kochamy.)






