Wracamy do Hawkins, tylko czy warto? Nowy serial nie jest wolny od wad

swiatseriali.interia.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Serial animowany osadzony między drugim a trzecim sezonem kultowej serii to esencja tego, za co pokochaliśmy Hawkins. Zachwyca stylem i nowymi postaciami, ale jednocześnie cierpi przez scenariuszowe ograniczenia. Czy warto dać mu szansę, skoro zakończenie znamy już od dawna?


Po wielkim finale oryginalnej serii "Stranger Things" doczekaliśmy się powrotu do tego uwielbianego świata - tym razem w wersji animowanej. I trzeba szczerze przyznać: to jedna z lepszych rzeczy, która mogła przytrafić się temu uniwersum, ale nie jest to serial wolny od wad.
Jest zima 1985 roku. Nastka jakiś czas temu zamknęła przejście na Drugą Stronę, więc nasi bohaterowie spędzają czas na wspólnych wieczorach z D&D i bitwach na śnieżki. Jednak Hawkins nie jest symbolem spokojnego życia - pod powierzchnią sennego miasteczka znów zaczęła budzić się groza. Grupa przyjaciół ponownie musi stanąć do wyścigu z czasem, by uratować świat.Reklama


"Stranger Things": przyjemna dla oka zabawa w fabularnej próżni


Serial animowany zachowuje to, co było największym atutem pierwszych odsłon oryginału. "Stranger Things" najlepiej sprawdzało się wtedy, gdy główni bohaterowie byli dziećmi - ich niewinne spojrzenie na świat i próby rozwiązywania dorosłych problemów bez udziału opiekunów tworzyły niepowtarzalną atmosferę.
Animacja jest esencją tego, za co pokochaliśmy tę historię. Bohaterowie zachowują się dokładnie tak, jak ich zapamiętaliśmy, a fabuła pozostaje mocno osadzona w kontekście popkulturowym, oferując m.in. liczne nawiązania do filmów, na przykład uwielbianej produkcji "Obcy".


Nowej perspektywy dodaje nowa bohaterka - Nikki. Ma bardzo charakterystyczny wygląd i zaskakujące zainteresowania: uwielbia tworzyć gadżety, które okazują się najważniejsze w wielkim finale. Nikki staje się idealną ostoją dla Willa, który wciąż czuje się przytłoczony traumatycznymi przeżyciami. Podczas gdy koledzy odkrywają pierwsze nastoletnie związki, on wciąż pozostaje na uboczu, mierząc się z łatką "Zombiaczka". Nowa koleżanka, mimo początkowych oporów, staje się dla niego ogromnym wsparciem.
Nie można też przejść obojętnie obok stylu animacji. Choć dla wielu wybór twórców może być dyskusyjny, uważam, iż mieszanka animacji 2D i 3D to interesujące rozwiązanie, które przyciąga wzrok i nie czułam się przytłoczona tym, co działo się na ekranie. Design potworów zachwyca tutaj choćby bardziej niż w oryginalnym serialu, a muzyka błyskawicznie przenosi nas prosto w lata 80.


Finał, który angażuje, ale nie zmienia nic


Sam finał, czyli ostateczna walka - wyglądał znacznie lepiej i był bardziej angażujący niż to, co otrzymaliśmy w długo wyczekiwanym finale piątego sezonu głównej serii. Czuć było wagę wydarzeń, a emocje zostały odpowiednio zaakcentowane.
Niestety, sporym problemem jest osadzenie historii między drugim a trzecim sezonem oryginału. Przez ten zabieg żadna z postaci nie mogła ponieść ostatecznych konsekwencji - nikt nie mógł zginąć, a wydarzenia nie mają absolutnie żadnego wpływu na odbiór głównej osi czasu. Choć wprowadzenie Nikki było udanym ruchem, bolesny jest fakt, iż w późniejszych sezonach nikt o niej choćby nie wspomina.
Serial sam w sobie jest wart obejrzenia - to niezwykle przyjemna, nostalgiczna podróż i okazja do ponownego spotkania z ulubieńcami. Niestety, nie wnosi do uniwersum niczego nowego, ponieważ twórcy sami nałożyli na siebie ogromne ograniczenia chronologiczne. Pozostaje mieć nadzieję, iż kolejna produkcja ze świata "Stranger Things" zaoferuje coś świeżego i odważniejszego.
Idź do oryginalnego materiału