Najpierw widywałam ludzi, dopiero potem książki. Ich sylwetki, twarze, skupienie albo całkowite odłączenie od tego, co wokół. Byli młodzi i nie, różnej płci, sami i w tłumie. W metropolii, która gestykuluje, przemieszcza się i domaga uwagi, oni nagle zastygali jak porażeni. Stali nieruchomo jak kolumny na Forum, siedzieli zgięci nad stronami jak widzowie w Koloseum, obojętni na klaksony i rozmowy dookoła. Nie zawsze dało się zobaczyć tytuł. Niekiedy tylko fragment okładki, kolor grzbietu, charakterystyczny układ stron. Bywało, iż książka znikała nagle w torbie, zanim wzrok zdążył ją rozpoznać. Zdarzało się też, iż z bliska widoczna była jedynie jedna, konkretna strona, akurat czytana w tej chwili – pojedyncza scena wyrwana z większej całości. Do dziś pozostaje to zagadką, która domaga się rozwiązania: kim byli bohaterowie, co wydarzyło się wcześniej, dokąd zmierzała opowieść. Jaki ogród opisywał narrator, jakie miejsce nazwał „moim małym Angkorem”?
Tym bardziej zapadła mi w pamięć scena przed Biblioteką Europejską, gdzie wszystko było widoczne aż nazbyt wyraźnie: Opowiadania filmowe Jarosława Iwaszkiewicza, otwarte na wykazie ekranizacji, dokładnie na Rysiu – filmie zrealizowanym na podstawie Kościoła w Skaryszewie –czytane w czasie, gdy Grzegorz Ryś, metropolita z Łodzi, od niedawna był już kardynałem. Zbieg tytułu, nazwiska i chwili wystarczył, żeby przejść obok z dreszczykiem.
Wśród uchwyconych lektur trafiały się bardzo różne dzieła. Klasyka czytana w autobusie, jakby bez dystansu i nabożności – Dublińczycy Jamesa Joyce’a – towarzyszyła pasażerom między kolejnymi przystankami, pozbawiona ciężaru kanonu. Fantastyka otwierana w tramwaju, w drodze przez miasto, które samo jest labiryntem: Hobbit Tolkiena czytany tak, jakby Śródziemie było tylko kolejną dzielnicą Rzymu. Były też kryminały zanurzone w codzienności, typu Non si uccide il primo che passa Christiana Frascelli (po polsku: Nie zabija się pierwszego lepszego) z serii o prywatnym detektywie Contrerze.
Pewnego razu natknęłam się na zekranizowaną opowieść o stracie i pamięci, Strasznie głośno, niesamowicie blisko Jonathana Safrana Foera, czytaną w Rzymie, a niosącą w tle historię matki autora, urodzonej w Łodzi, córki Żydów ocalałych z Zagłady. Innym razem wypatrzyłam Kitchen Confidential Anthony’ego Bourdaina – opowieść o drodze od zmywaka do ważniaka: szefa kuchni. Wychodząc z metra, wyłowiłam okładkę japońskiego pisarza Toshikazu Kawaguchiego Zanim wystygnie kawa – historię o przemianie i drugim początku. Mrugnęła do mnie także literatura europejska – dostojny Corrado Augias i jego Sekrety Stambułu, czytane po albańsku, a obok niej młoda amerykańska fantasy – Królowa Cieni Sarah J. Maas.
W tym miejskim przekroju naturalnie nasuwa się pytanie o preferencje czytelnicze. Co o nich decyduje? Na pewno nie wygląd. Nie da się odgadnąć książki po człowieku. Młody chłopak czyta Joyce’a. Klasycznie wystrojona kobieta zagłębia się w fantastykę. Ktoś zupełnie zwyczajny ściska grube wydanie o czarach. Profil osoby nie przesądza o profilu lektury. Ludzie stoją na jednej nodze w miejskim transporcie, uczepieni niby poręczy, a w rzeczywistości innych światów. Siedzą na plastikowych siedziskach, czytają w gwarze i tłoku, często jednym okiem, z palcem wsuniętym między kartki na wypadek nagłego hamowania. Łączy ich kawałek wspólnej trasy i książka – azyl na czas jej pokonywania. Czasem to brewiarz albo powieść, tom o magii i ezoteryce, a czasem gruby wolumin z kolorowymi brzegami. Na tym chyba polega dolce vita. Na komforcie zatrzymania się choćby w samym jądrze chaosu, poświęcenie czasu czemuś, z czego nie trzeba się rozliczać. Rzym, podpatrywany przez te spotkane książki, okazał się miastem ludzi, którzy w biegu próbują odzyskać sens tego, po co w ogóle są w drodze.







