Wiosną 1992 roku, w małym miasteczku na zachodzie Polski, codziennie można było spotkać mężczyznę siedzącego na ławce przed dworcem kolejowym. Nie żebrał. Nie rozmawiał z nikim. Po prostu siedział, z plastikową siatką u stóp i wzrokiem wbitym gdzieś pomiędzy tory.
Nazywał się Stanisław Nowak. Do 1989 roku był maszynistą. Po przemianach ustrojowych zamknęli miejscową parowozownię, pociągów było coraz mniej, a tacy ludzie jak on zostali na marginesie. Miał wtedy 54 lata i nosił w sobie ciężkie milczenie, takie, które już nigdy nie odchodzi.
Każdego ranka przychodził na dworzec punktualnie o ósmej, jakby dalej szedł na swoją zmianę. Siedział do południa i wracał do domu. Ludzie znali go z widzenia. Ten z kolei. Nikt go nie zaczepiał, nikt o nic nie pytał.
Pewnego ranka na ławce obok usiadł chłopak, może 19-letni. Stary plecak, pognieciona kartka w dłoni, nerwowo spoglądał na zegarek. Drżał czy z głodu, czy z emocji, trudno powiedzieć.
Jest może pociąg do Poznania? zapytał chłopak, nie patrząc na Stanisława.
O czwartej za piętnaście odpowiedział niemal odruchowo.
Chłopak westchnął. Powiedział, iż dostał się na studia, ale nie starczyło mu na bilet. Przywiózł do miasta wszystkie swoje oszczędności ze wsi, ale to było za mało. Wstydził się wracać do domu. Obiecałem rodzicom, iż mi się uda dodał cicho, bardziej do siebie.
Stanisław milczał. Wstał nagle, chwycił siatkę i odszedł. Chłopak spuścił głowę, przekonany, iż powiedział to wszystko na darmo.
Po około dziesięciu minutach Stanisław wrócił. Położył na ławce starą legitymację kolejową i kilka banknotów.
Nie są mi już potrzebne powiedział cicho. Ja już dojechałem tam, gdzie miałem. Ty jeszcze nie.
Chłopak pośpieszył protestować, zaczął tłumaczyć, iż nie może przyjąć, iż to niesprawiedliwe. Stanisław powstrzymał go jednym gestem.
Jak już odnajdziesz swoje miejsce w życiu, pomóż komuś innemu. Tylko tyle.
Wsiadł do pociągu. Chłopak ruszył razem z nim. Następnego dnia Stanisław znów zjawił się na ławce, jak zwykle, ale nie został długo.
Kilka miesięcy później, pewnego ranka, ktoś znowu przysiadł się do niego. To był ten sam chłopak. Chudszy, zmęczony, ale z uśmiechem na twarzy.
Zdałem sesję, mam pracę powiedział. Chciałem oddać.
Stanisław tylko pokręcił głową i po raz pierwszy od długiego czasu szczerze się uśmiechnął.
Zatrzymaj je. Nie przerywaj łańcucha.
Lata mijały. Stanisław przestał pojawiać się na dworcu.
Po dziesięciu latach ten chłopak, już jako dorosły mężczyzna z własną rodziną, powrócił na parę dni do rodzinnego miasta bardziej z tęsknoty niż z obowiązku. Dworzec wyglądał jak dawniej, te same ławki, tylko ludzie inni.
Po południu zatrzymał się przed budynkiem i nie wiedząc do końca dlaczego zapytał o mężczyznę, który niegdyś siedział codziennie na ławce.
Stanisław? zapytał ktoś. Miał wypadek samochodowy dwa lata temu. Stracił nogę, leży. Żona się nim opiekuje.
Poczułem wtedy, jak coś ściska mi serce. Nie pytałem o nic więcej. Dowiedziałem się, gdzie mieszka, i od razu tam poszedłem.
Stanisław leżał w małym pokoiku na drugim piętrze starego bloku. Łóżko ustawione przy oknie. Jego żona, cicha, powściągliwa kobieta, którą czasem widywałem przy dworcu, spojrzała na mnie długo, potem lekko się uśmiechnęła i wyszła.
Wróciłeś powiedział po chwili Stanisław. Poznałem cię od razu. Człowiekiem się stajesz.
Był wyraźnie schorowany, włosy całkowicie białe, ale spojrzenie to samo pogodne, czyste.
Długo rozmawialiśmy. O pociągach, o życiu, o drobiazgach. Nagle Stanisław wzruszył ramionami i się uśmiechnął.
Po tylu latach koleją, zobacz, samochód na czterech kołach mnie pokonał. Taki los człowieka.
Zaśmiał się. Krótko, szczerze. Jakby także temu losowi nie pozwolił się złamać.
Wróciłem do domu z bolącym sercem, ale z jasnym postanowieniem. Spędziłem następne dni, załatwiając formalności, rozmawiając z ludźmi, ale nie powiedziałem o tym nikomu.
Kiedy znów przekroczyłem próg jego mieszkania, był sam w pokoju. Wjechałem z nowym wózkiem inwalidzkim i kopertą z pieniędzmi schowaną w kieszeni.
Co to ma być? zdziwił się.
Tak jak pan kiedyś pomógł mi ruszyć w drogę na studia ja teraz panu w odchodzenie. To wszystko, co mogę zrobić.
Stanisław chciał zaprotestować, ale pokręciłem głową:
Żeby nie zerwać łańcucha, pamięta pan? Teraz moja kolej.
Nic już nie powiedział. Jedynie skinął głową i ścisnął moją dłoń mocno.
W tym świecie tracimy wiele rzeczy ludzi, pociągi, lata. Ale czasem wracają do nas gesty. Nie z obowiązku, ale jako ciągłość. Dopóki nie zerwiemy łańcucha dobroci, to, co dajemy, wraca może nie do nas, ale właśnie tam, gdzie potrzeba.
Jeśli byłeś świadkiem gestu, który nie przerwał łańcucha dobroci, przekaż tę historię dalej. Potrzebujemy więcej takich, które zbliżają ludzi do siebie. Polubienie, komentarz lub podzielenie się może sprawić, iż łańcuch będzie trwał dalej.
Dziś wiem jedno: dobro zawsze ma dokąd wrócić, jeżeli tylko nie pozwolimy, by się przerwało.










