Wiosna 1992 roku. W małym polskim miasteczku mężczyzna codziennie przesiaduje na ławce przed dworcem kolejowym. Nie żebra. Nie rozmawia z nikim. Po prostu siedzi, u jego nóg leży stara torba z materiału, a wzrok ma utkwiony gdzieś w torach.
Nazywa się Zbigniew Nowak. Był maszynistą w czasach PRL-u. Po transformacji zakład został zamknięty, pociągi kursowały coraz rzadziej, a tacy ludzie jak on zostali bez pracy. Ma 54 lata i milczenie, które przylgnęło do niego na stałe.
Każdego ranka, punkt ósma, przychodzi na dworzec, dokładnie tak jak kiedyś, gdy zaczynał zmianę. Siedzi do południa, po czym odchodzi. Ludzie go rozpoznają. Ten z kolei, mówią. Nikt nie pyta o nic więcej.
Pewnego dnia na ławce obok siada chłopak, może dziewiętnastoletni. Ma stary plecak i pomiętą kartkę w ręce. Nerwowo patrzy na zegarek. Lekko się trzęsie przez stres albo głód, trudno powiedzieć.
Odjeżdża dziś jakiś pociąg do Poznania? pyta, nie patrząc na Zbigniewa.
Za piętnaście czwarta odpowiada odruchowo Zbigniew.
Chłopak wzdycha. Mówi, iż został przyjęty na studia, ale nie ma pieniędzy na bilet. Z tym, co zebrał na wsi, nie starczyło mu. Nie chce wracać do domu. Obiecałem rodzicom, iż mi się uda dodaje cicho bardziej do siebie.
Zbigniew nie odzywa się. Wstaje, zabiera torbę i odchodzi. Chłopak spuszcza głowę, pewien, iż niepotrzebnie się otworzył.
Po dziesięciu minutach Zbigniew wraca. Kładzie coś obok na ławce starą legitymację kolejarską i parę banknotów.
Mnie już niepotrzebne mówi. Ja dotarłem, gdzie miałem dotrzeć. Ty jeszcze nie.
Chłopak próbuje odmówić. Mówi, iż nie może przyjąć, iż to niesprawiedliwe. Zbigniew ucisza go gestem.
Jak ci się uda, pomóż kiedyś komuś innemu. Tyle.
Pociąg odjechał tego dnia z chłopakiem na pokładzie. Zbigniew wrócił następnego ranka, o tej samej porze, ale nie siedział już tak długo.
Minęło kilka miesięcy. Pewnego poranka ktoś siada obok. To ten sam chłopak wychudzony, zmęczony, ale uśmiechnięty.
Zdałem pierwszy rok mówi. Znalazłem pracę. Przyszedłem oddać panu pieniądze.
Zbigniew kiwnął głową i po raz pierwszy od dawna się uśmiechnął.
Zatrzymaj powiedział. Nie przerywaj łańcucha.
Mijały lata. Zbigniew już więcej nie wrócił na dworzec.
Dziesięć lat później chłopak przestaje być chłopakiem. Ma stałą pracę, młodą rodzinę i życie, które może nie jest łatwe, ale stoi na własnych nogach. Na kilka dni wraca do rodzinnego miasta raczej z tęsknoty, nie z obowiązku. Dworzec jest ten sam. Ławki te same. Tylko ludzie się zmienili.
Pewnego popołudnia zatrzymuje się przed budynkiem i z ciekawości pyta o starszego mężczyznę, który kiedyś siadał na ławce.
Zbigniew? ktoś odpowiada. Miał wypadek samochodowy. Ze dwa lata temu. Nogę stracił. Leży w domu, żona się nim opiekuje.
Chłopak czuje, jak ściska mu się pierś. Nie pyta o nic więcej. Dowiaduje się adresu i idzie prosto tam.
Zbigniew mieszka w małym bloku, na drugim piętrze, w niewielkim pokoju. Łóżko stoi przy oknie. Żona cicha kobieta, którą czasem widywał na dworcu patrzy długo, gdy wchodzi, a potem uśmiecha się lekko i wychodzi.
Wróciłeś mówi Zbigniew po chwili. Poznałem cię. Przypatrz, robi się z ciebie człowiek.
Jest chudszy, włosy ma już zupełnie białe, ale w oczach ten sam spokój. Długo rozmawiają o pociągach, o życiu, o drobiazgach. W pewnej chwili Zbigniew tylko wzrusza ramionami i uśmiecha się.
Przepracowałem całe życie na kolei wśród pociągów, a tu proszę samochód na czterech kołach posłał mnie do łóżka. Takie ludzkie szczęście.
Zaśmiał się krótko i szczerze. Jakby choćby to nie mogło go złamać.
Mężczyzna wychodzi z duszą na ramieniu i jasnym postanowieniem. W kolejnych dniach pyta, załatwia, rozmawia z ludźmi. Nikomu nie mówi, po co.
Kiedy wraca, Zbigniew jest sam w pokoju. Wchodzi, delikatnie prowadząc nowy wózek inwalidzki. W tylną kieszeń siedziska wkłada kopertę z pieniędzmi.
A to co za cud? dziwi się starszy pan.
Tak jak pan pomógł mi pojechać wtedy na studia, tak ja teraz mogę pomóc panu Na tyle mnie stać.
Zbigniew chce zaprotestować, ale młody człowiek tylko kiwa głową.
Żeby nie przerwać łańcucha pamięta pan? Teraz moja kolej.
Zbigniew nie odzywa się, tylko ściska dłoń młodego mężczyzny mocno.
W tym świecie tyle rzeczy się gubi. Ludzie, pociągi, lata. Czasem jednak dobry gest wraca. Nie jako dług, ale jako ciągłość. Dopóki nie przerywamy łańcucha dobra, to co damy dalej, wróci może nie do nas, ale właśnie tam, gdzie trzeba.
Jeśli przeżyłeś lub widziałeś gest, który nie przerywa łańcucha dobroci, opowiedz o nim dalej. Potrzebujemy takich historii, które nas zbliżają. Polub, skomentuj lub udostępnij, by łańcuch mógł trwać dalej.







