Dżem z mniszka lekarskiego
Skończyła się łagodna, śnieżna zima, mrozów w tym roku prawie nie było taka zimowa, ciut rozleniwiona aura. No ale ile można chodzić w czapce i walonkach? Człowiek już marzy o zieleni, kwiatach i o tym, żeby zrzucić z siebie puchową kurtkę.
W małym, podwarszawskim miasteczku przyszła wiosna. Teresa uwielbia wiosnę, zawsze na nią czeka i w końcu się doczekała. Patrząc przez okno swojego trzeciego piętra, rozmyślała:
Jak tylko słońce zaczęło przygrzewać, to całe miasto jakby się przebudziło po zimowym śnie. choćby autobusy brzmią inaczej, a targ aż huczy od ludzi. Każdy w kolorowej kurtce, idzie gdzieś zamaszyście, ptaki rano wrzeszczą głośniej niż budzik. Ach, wiosna jest super, a lato to już w ogóle bajka
Teresa mieszka w tym blokowisku już od dawna, teraz dzieli mieszkanie z wnuczką Zuzanną, uczennicą czwartej klasy. Rok temu Zuzi rodzice pojechali na kontrakt do Kenii oboje lekarze, córkę zostawili pod opieką babci.
Mamo, oddajemy ci naszą Zuzię na przechowanie, no przecież nie będziemy jej targać do Afryki, wiemy, iż zaopiekujesz się swoim ukochanym skarbem zapewniała Teresa jej córka.
No jasne, co by nie! Z nią mi weselej, na emeryturze i tak mi się nudzi. Jedźcie, a my tu z Zuzanką damy sobie radę machała ręką babcia.
Hurra, babciu, wreszcie się razem zabawimy! Będziemy chodzić do parku, rodzice nigdy nie mają czasu… cieszyła się wnuczka.
Po śniadaniu Teresa odprowadziła Zuzię do szkoły, potem zebrała się do swoich zwyczajowych obowiązków czas zleciał, choćby nie zauważyła kiedy.
Wskoczę do sklepu, a później Zuzia już będzie w domu pomyślała, zakładając płaszcz.
Przed blokiem już siedziały dwie sąsiadki pod tyłek podłożyły poduszki, bo ławka jeszcze zimna. Pani Stefa kobieta bez wieku, to chyba siedemdziesiąt? Może więcej? Swojej daty urodzenia strzeże jak PINu do konta. Mieszka na parterze, kawalerka, totalny minimalizm. Pani Walentyna, też samotna, siedemdziesiąt pięć lat, oczytana, zna milion opowieści ze świata i kraju, śmieje się głośno, pogoda ducha ją nie opuszcza całkowite przeciwieństwo wiecznie naburmuszonej Stefy.
Jak tylko śnieg stopnieje, a słońce wyjrzy, ta ławka jest ich. Stefa i Walentyna mogą spędzać na niej całe godziny przerwa tylko na obiad. Wszystko im się nie ukryje, muchę by z okna wyśledziły.
Teresa też czasem siada z nimi, rozmawiają o plotkach, nowościach w „Poradniku Domowym”, kto co widział w TV, a Stefa swój sagę o ciśnieniu zaczyna.
Witam panie ślicznie! rzuciła Teresa z uśmiechem. W dyżurze już?
Witaj, Tereska, a jakże, dzień bez ławki to dzień stracony. Do sklepu idziesz, nie? orzekła Stefa, widząc siatkę w Teresy ręce.
Dokładnie, na słodkie dla Zuzi za dobre stopnie rzuciła Teresa i pobiegła dalej.
Reszta dnia minęła jak zwykle. Odbiór wnuczki ze szkoły, lekcje, domowe sprawy, potem chwila na serial.
Babciu, lecę na tańce! zawołała Zuzia.
Już stała gotowa, plecak na ramieniu, telefon w dłoni. Tańce to jej pasja, szaleje na scenie od sześciu lat, występuje, zawsze z błyskiem w oczach a babcia pęka z dumy.
Biegnij, Zuzanko rzuciła Teresa czule i odprowadziła ją do drzwi.
Wieczorem Teresa siedziała sama na ławkce, czekając na wnuczkę.
Nudno ci? zagadnął sąsiad z drugiego piętra, pan Edward.
Czy ja wiem, w taki dzień nudzić się? Przecież wiosna, pogoda bajka odpowiedziała Teresa.
Ano, ptaki śpiewają, słońce świeci, a wszędzie żółto od mlecza, jakby małe słoneczka rozsypały się po trawie uśmiechnął się Edward, a Teresa tylko przytakiwała.
Nagle Zuzia podskoczyła od tyłu, omal nie powaliła babci na ziemię z okrzykiem:
Hau, hau!
Ty, rozrabiako, mało mi serce nie wyskoczyło! roześmiała się Teresa.
Oj tam, jeszcze nie czas na zawał! dołączył Edward, szturchając ją rozbawiony.
Chodź, kochanie, marchewkę ci starłam, cukrem posypałam. Musiałaś się wytańczyć kotleciki też twoje ulubione usmażyłam powiedziała Teresa.
Edward też ruszył z ławki.
O, tak nawijasz o kotletach, iż zgłodniałem. Idę do siebie zjeść coś porządnego. A potem może jeszcze wyjdziemy na spacer? rzucił z uśmiechem.
Zobaczymy, roboty dużo, ale kto wie
Jednak wieczorem Teresa znów wyszła na ławkę. Żegnała się z sąsiadem, uśmiechając się pod nosem, coś dla siebie notując w głowie. Teresa z Zuzią weszły do klatki, Edward za nimi.
Babciu, pan Edward to się w tobie podkochuje zaśmiała się Zuzia, jak tylko weszły do mieszkania.
Ty to masz pomysły, dziecko machnęła babcia ręką.
No co, on tak na ciebie patrzy, już nie raz zauważyłam! śmiała się dalej Zuzia i dodała z westchnieniem, szkoda, iż Marcin z równoległej tak na mnie nie patrzy, wszystkie laski by się pozazdrościły
Jedz, Sherlocku. Marcin jeszcze się odwróci babcia puściła oczko.
Jednak wieczorem Teresa rzeczywiście pojawiła się na ławce a Edward już czekał. Co dziwne, ławkowe wyjadaczki zniknęły.
Stefa i Walentyna poszły jeść, niedawno, teraz mamy spokój powiedział Edward, dosyć rozradowany.
Od tego wieczoru Teresa i Edward spotykali się coraz częściej. Czasem szli razem do parku, tuż za ulicą, razem czytali gazety, przeglądali przepisy, debatowali nad celebrytami i dzielili się opowieściami.
Edwarda los nie rozpieszczał. Miał kiedyś żonę, córkę i wnuka, ale został wdowcem dość wcześnie, wychował córkę samotnie. Pracował na dwa etaty, by Weronika miała wszystko, czego trzeba, ale czasu dla niej niewiele. Zaczynał pracę, gdy ona jeszcze spała, kończył, gdy już spała.
Weronika dorosła, wyszła za mąż, wyjechała do Wrocławia, urodziła syna. Później kilka razy przyjeżdżała, ale te wizyty były coraz rzadsze. Z mężem się rozeszła po piętnastu latach, syna wychowywała sama.
Teresa, moja córka zapowiedziała wizytę, będzie za dwa dni. Dzisiaj dzwoniła, wyobrażasz sobie? Tyle lat nic, a tu taka akcja mówił Edward oni już od dawna byli na „ty”, wszystko wiedzieli o sobie nawzajem.
Może zatęskniła, koło czterdziestki człowiek szuka bliskości zasugerowała Teresa.
Szczerze mówiąc nie wierzę wzruszył ramionami.
Weronika przyjechała. przez cały czas surowa i nieuśmiechnięta, jakby od lat kiszona w occie. Edward czekał na poważny dialog i nie musiał długo czekać.
Tata, sprawa jest, sprzedamy twoje mieszkanie, przeprowadzisz się do nas, będziesz żył z wnukiem, przecież nudno ci tu samemu rzuciła z impetem, jakby decyzja już zapadła.
Edwardowi zrobiło się nieswojo, nie chciał być pod kuratelą oschłej córki gdzieś na obczyźnie. Odmówił, mówiąc, iż przyzwyczaił się do samotności.
Weronika nie dała za wygraną. Zorientowała się, iż tata się zadomawia z sąsiadką Teresą, więc pójdzie z nią pogadać. Wpadła do kuchni jak burza, Teresa zrobiła herbatę, postawiła cukierki i dżem z mniszka.
Słucham cię, Weroniko uśmiechnęła się Teresa.
Jesteście z ojcem bardzo blisko, może dasz radę namówić go na pewną rzecz.
O co chodzi?
Sprzedaż mieszkania. Przecież on się tam kisi sam, tyle metrów. Nie można pomyśleć o innych? rzuciła Weronika bez ogródek.
Teresa była w szoku wyrachowanie i cynizm córy nieźle ją zszokowały. Odmówiła stanowczo. Weronika jakby ją kto podmienił czerwona, gotuje się, zaczęła krzyczeć:
Już wiem! Sama chcesz zagarnąć to mieszkanie, dla wnuczki na wyprawkę. Że niby gody na ławce, spacery wieczorami, dżem z mniszka Dwa stare mlecze, a tu Być może zawnioskowaliście już do ślubu cywilnego?! Uprzedzam cię, nic ci się nie uda, stara babo z wrzaskiem trzasnęła drzwiami i wyszła.
Teresa była skrępowana, bała się, żeby sąsiedzi nie słyszeli jej krzyku. Niedługo potem Weronika wyjechała. Teresa zaczęła unikać Edwarda, jak go zobaczyła, pruła gwałtownie do domu.
Herbatka z dżemem z mniszka
Ale cóż życie swoje ścieżki zna najlepiej. Pewnego dnia wracała Teresa ze sklepu, a pod klatką siedział Edward wyraźnie na nią czekał, w ręku miał bukiet mniszków, coś tam już próbował z nich pleść.
Teresa, nie uciekaj, posiedzimy chwilę. Przepraszam cię za moją córkę. Wiem, iż była u ciebie i wygadywała. Porozmawiałem z nią poważnie. Wnuka wspierać będę, ale ona… No, sama wiesz. Wyjechała, oznajmiła, iż nie ma już ojca. Zamilkł na moment, po czym podał jej niedokończony wianek z mniszków. Weź, proszę. Ugotowałem dżem z mniszka, spróbuj koniecznie, mega zdrowy! Do sałatki też pasuje zażartował.
Po tej rozmowie o mniszku lekarskim zrobili razem sałatkę, a Teresa piła herbatę z dżemem. Dżem smakował jej wybornie. Wieczorem znów poszli do parku.
Mam świeży numer Przyjaciółki, poczytamy na ławce pod lipą zaproponował Edward.
Usiedli razem, śmiech, rozmowy, czas płynął, zapomnieli o smutkach. Było im dobrze bo we dwoje zawsze raźniej.
Dziękuję, iż czytacie, komentujecie i wspieracie. Powodzenia i pogody ducha dla Was!









