Wiem o twoich eskapadach powiedziała żona. Wiktorowi zrobiło się zimno jak po łyku lodowatej wody.
Nie zadrżał, nie pobladł chociaż w środku skurczył się w małą, zmiętą kulkę jak bilet tramwajowy, który ktoś zaraz wrzuci do kosza. Ot, znieruchomiał.
Helena stała przy kuchence, mieszała coś w garnku. Zwyczajna scena: plecami do niego, fartuch w drobne groszki, zapach smażonej cebuli. Domowo, przytulnie. ale jej głos głos był jak lektor z “Wiadomości”.
Wiktor przez moment pomyślał: może się przesłyszał? Może powiedziała coś o ogórkach iż wie, gdzie dobre kiszone sprzedają? Albo iż sąsiad z czwartego piętra samochód wystawia na sprzedaż?
Nie.
O wszystkich eskapadach powtórzyła Helena, nie odwracając się.
W tym momencie ogarnął go autentyczny chłód. W jej tonie nie było histerii ani żalu. Ani tego, czego najbardziej się obawiał: łez, wyrzutów, tłuczonego szkła. Tylko sucha relacja. Jakby właśnie mówiła, iż mleko wyszło.
Pięćdziesiąt dwa lata przeżył Wiktor. Z Heleną dwadzieścia osiem. Znał ją jak własną dłoń: gdzie pieprzyk na lewym barku, jak marszczy nos, gdy próbuje rosół, jak rano wzdycha. Ale tego tonu nie słyszał nigdy.
Hela… zaczął, ale głos mu się załamał.
Odchrząknął. Spróbował jeszcze raz.
Helenko, o czym mówisz?
Odwróciła się. Spojrzała długo, spokojnie, jakby widziała go pierwszy raz. A raczej jakby przeglądała stare zdjęcie wyblakłe od lat.
O Marcie, na przykład powiedziała. Z twojego księgowego działu. Rok dwa tysiące osiemnaście, jeżeli pamięć mnie nie myli.
Poczuł, jak ziemia pod nim znika. I to nie tylko przenośnia naprawdę dryfował we śnie, ziemia ulatywała w dół, a on zostawał w powietrzu.
Boże. Marta?
Twarzy choćby już nie pamiętał. Coś się przydarzyło raz na firmowym spotkaniu, czy potem? Krótko, błaho. Przysiągł sobie: nigdy więcej.
A Sylwia? ciągnęła Helena lodowato. Ta z siłowni. To było dwa lata temu.
Otwarł usta. Zamknął.
A o Sylwii skąd wiedziała?!
Helena wyłączyła gaz. Zdjęła fartuch spokojnie, składnie na pół. Usiadła do stołu.
Chcesz wiedzieć jak się dowiedziałam? zapytała. Czy ważniejsze, czemu nic nie mówiłam?
Wiktor milczał. Nie z braku woli z niemożliwości.
Pierwszy raz zaczęła wyczułam coś dziesięć lat temu. Zaczęły się twoje nadgodziny. Piątki szczególnie. Wracałeś roześmiany, z iskrą w oczach. Czymś pachniało…
Uśmiechnęła się krzywo, smutno.
Wmawiałam sobie: przewiduję. Może jakaś nowa perfuma w biurze? Oszukiwałam się miesiąc. A potem w płaszczu znalazłam paragon z restauracji. Kolacja dla dwóch. Wino. Deser. Nigdy tam razem nie byliśmy.
Wiktor chciał się tłumaczyć, okłamać, jak dotychczas. Ale słowa ugrzęzły.
Wiesz, co zrobiłam? spojrzała na niego. Popłakałam w łazience. Obmyłam twarz. Ugotowałam obiad. Przywitałam cię uśmiechem. Córeczce nic, bo miała piętnaście lat. Egzaminy. Pierwsza miłość. Po co jej wiedzieć, iż tata…
Urwała. Przesunęła dłonią po stole, jakby ścierała niewidzialny kurz.
Myślałam: przetrwam. Samo minie. Kryzys wieku średniego. Facetom odbija. Wróci, byle rodzina cała.
Hela… wyszeptał Wiktor.
Daj mi skończyć przerwała krótko.
Zamilkł.
Potem była druga, trzecia, czwarta. Przestałam liczyć. Twój telefon nigdy nie był na hasło. Myślałeś, iż nie zaglądam? Czytałam SMSy: Tęsknię, króliczku, Jesteś najlepszy. Zdjęcia jak się przytulasz. Uśmiechasz. Jej głos zadrżał pierwszy raz. Ale zebrała się, wzięła oddech.
Wciąż pytałam siebie: po co mi to? Dlaczego żyję z kimś, kto mnie nie kocha?
Kocham cię! wyrwało się Wiktorowi Heleno, ja…
Nie powiedziała stanowczo. Kochasz wygodę. Czyste mieszkanie. Gorący obiad. Wyprasowane koszule. Żonę bez pytań.
Wstała. Podeszła do okna. Wpatrzyła się w nocność za szybą.
Wiesz, kiedy się zdecydowałam? zapytała bez odwracania się. Miesiąc temu. Córka tu była na weekendzie. Siedziałyśmy przy herbacie w kuchni. Mówi mi: Mamo, dziwna jesteś. Milczysz, jakby cię nie było. Zrozumiałam: ma rację. Już dawno nie jestem sobą. Od dekady żyję nie dla siebie.
Wiktor patrzył na jej plecy sztywne, proste i doznał objawienia: właśnie ją traci. Nie “może stracić” już traci. Tu i teraz.
Nie chcę rozwodu zaskrzeczał Heleno, proszę.
Ja chcę odpowiedziała prosto. Wniosłam papiery. Za miesiąc sprawa.
Ale dlaczego?! Dlaczego teraz?
Helena spojrzała długo, głęboko. Uśmiechnęła się, smutno.
Bo zrozumiałam, Witek: ty mnie nigdy nie zdradzałeś. Bo zdradzić można tylko kogoś ważnego. A ja dla ciebie byłam, po prostu byłam. Tak jak powietrze.
I to była prawda.
Wiktor garbił się na kanapie, natychmiast postarzały o dekadę. Helena przy drzwiach na korytarz. Między nimi dwadzieścia osiem lat małżeństwa, wspólna córka, mieszkanie, gdzie ich cienie zostały w każdym kącie. I rów głęboki, nie do przeskoczenia.
Przecież wiesz wyszeptał iż bez ciebie sobie nie poradzę.
Poradzisz sobie ucięła. Jakoś.
Nie! Zerwał się, podbiegł. Heleno, zmienię się! Przysięgam! Nigdy więcej…
Witek uniosła dłoń, żeby go powstrzymać. Tu nie o nie chodzi. Zupełnie nie o nie.
To o co?
Zamilkła. Szukała tych słów dawnych, nie wypowiedzianych, takich, których się bała, albo których nie uważała, iż zasługuje na usłyszenie.
Wiesz, jak się czułam? Zawsze, gdy wracałeś po kolejnej Marcie czy Sylwii, leżałam obok i byłam nikim. choćby nie starałeś się ukryć. Telefon na wierzchu. Koszula do prania z cudzą szminką. Byłeś pewien, iż jestem idiotką? Że nie widzę?
Wiktor się zachwiał. Jakby dostał w twarz.
Nie chciałem…
Nie chciałeś? Zbliżyła się. W oczach nie łzy gniew, zbuntowany po latach, wybuchający. Po prostu nigdy nie myślałeś o mnie. Co miałeś w głowie całując inną? Żona się nie dowie? A co za różnica?
Milczał.
Bo prawda była straszniejsza.
Nigdy, przez chwilę, o niej nie myślał. Helena była dla niego stałą niewzruszoną. Zawsze będzie.
Wracałeś po swoich wyskokach i byłeś zadowolony. W twoim świecie nic się nie zmieniało. Żona na posterunku. Rodzina w komplecie. Wszystko grało.
Odwróciła się plecami.
Ale mnie tam nie było. W twoim świecie. Nigdy.
Zrobił krok. Wyciągnął rękę chciał ją zatrzymać, przytulić, zatrzymać.
Helena odsunęła się.
Nie trzeba powiedziała cicho. Za późno.
Złapał ją za dłonie.
Heleno, błagam! Daj szansę! Zmienię się! Będę inny!
Spojrzała na ich splecione palce. Na jego twarz wykrzywioną, przestraszoną. Do-tarła do niej jedna rzecz: on naprawdę się boi. Ale nie jej straty.
Boi się samotności.
Wiesz powiedziała cicho, wyplątując dłonie ja też się bałam. Być samej. Bez ciebie, bez rodziny. I wiesz, co zrozumiałam?
Wzięła torebkę ze stołu. Klucze.
Jestem już sama. Od dawna. Przez ciebie.
Odeszła do drzwi.
Minęły trzy tygodnie.
Wiktor siedział w pustym mieszkaniu Helena wyjechała tego samego dnia do córki i przeglądał telefon. Marta z księgowości. Sylwia z siłowni. Jeszcze dwa, może trzy imiona, których znaczenia odparowały.
Zadzwonił do Sylwii.
Odrzuciła.
Napisał do Marty przeczytała, nie odpisała.
Reszta choćby nie otworzyła.
Osobliwe: kiedy był żonaty, wszyscy się nim interesowali. Teraz, gdy wolny… nikomu nie potrzebny.
On, kanapa, mieszkanie. Tak duże, iż dźwięk stóp się odbija: pusty, nie swój.
Ponownie wyciągnął telefon. Odszukał “Helena”. Długo wpatrywał się w ekran. Palce się trzęsły.
Napisał wiadomość. Skasował. Jeszcze raz. Usunął. W końcu napisał:
Chciałbym się zobaczyć?
Odpowiedź przyszła po godzinie: Po co?
Zastanowił się. Przepraszam? Za późno. Wróć? Niedorzeczność. Zmieniam się? Kłamstwo.
Odpisał najkrócej, jak umiał:
Chcę zacząć wszystko od nowa. Daj mi spróbować?
Pojawiły się trzy migające kropki. Zniknęły. Powróciły.
Przyszła wiadomość:
Przyjdź w sobotę. Do córki, na czternastą. Pogadamy.
Wiktor odetchnął.
Nie wiedział, co będzie. Czy wybaczy. Czy wróci. Czy w ogóle zasługuje na kolejną szansę.
Spojrzał na obrączkę na palcu.
I pierwszy raz od lat poczuł gotowość zacząć całkiem od nowa.
Jeśli pozwoli.
Czy Helena powinna była od razu zareagować na zdradę męża? Może lepiej, by wybuchła, postawiła sprawę jasno, już przy pierwszym razie? Co o tym sądzicie?












