Wielkie kłamstewka

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: plakat


Film otwarcia tegorocznego festiwalu w Cannes zaczyna się od sceny w paryskim cyrku na otwartym powietrzu. Ktoś pewnie powie, iż to oczko puszczone do kinofilów pamiętających "Dziwolągów” Toda Browninga – no bo jakżeby inaczej, mamy cyrk i kino w dialogu. Nic bardziej mylnego. Paryż i cyrk z 1928 roku – bo to właśnie wtedy toczy się akcja filmu – przypomina nam o zapomnianym klasyku "Zu-Zu" z 1934 roku z Josephine Baker w roli głównej.

Tam także mieliśmy cyrk z prawdziwego zdarzenia, pełen krzykliwych facetów nagabujących przechodniów, a także sztukę idącą w parze z wszechobecnym podstępem (jak i talentem!). Do tego "The Electric Kiss” Pierre’a Salvadoriego bezpośrednio wraca do Paryża z początku poprzedniego stulecia. Do eleganckich uliczek, które prowadzą do świątyń kultury (muzeów i galerii sztuki); do wykwintnych knajpek, w której spotyka się paryska śmietanka; do zakurzonych, podziemnych barów, gdzie przesiaduje cała reszta społeczeństwa. Dostajemy Paryż znany dziś widzom z pocztówek i filmów z Josephine Baker. Utracony Paryż, do którego swego czasu zapragnął wrócić Woody Allen.

Fakt, iż pierwszy tytułu festiwalu zaczyna się w cyrku jest wymowny, choćby jeżeli nie taki był zamiar twórców. Skojarzenia z festiwalem nasuwają się same – już od pierwszego dnia Lazurowe Wybrzeże przypomina cyrkową krainę, pełną atrakcji, tanich sztuczek i glamouru, którzy przykrywa wszelkie niedociągnięcia i pozwala zapomnieć, iż ta impreza to jedna wielka ściema. Cyrk na wielkim ekranie, cyrk tuż za rogiem, jak tylko wyjdziesz z mieszkania – taka to kolej rzeczy.

Pio Marmaï
  • Guy Ferrandis

Jeden z cyrkowych konferansjerów w filmie wykrzykuje, iż tutaj nie liczą się "magia i iluzja", a właśnie "emocje oraz sensacje". Pragniemy wierzyć, iż Cannes wzbudza jeszcze to samo poruszenie – nadzieja matką głupich? Całe szczęście komedia Salvadoriego, tonacją przypominająca kino klasycznego Hollywoodu, potrafi coś w widzu poruszyć. Warto zaznaczyć, iż idea cyrku w "The Electric Kiss" to tylko fabularna przybudówka do znacznie większych sensacji. Właśnie z tej złotej klatki stara się uciec Suzanne (Anaïs Demoustier o urodzie i spojrzeniu naszej rodzimej Sanah), którą męczy już rola tytułowej Venus – kobiety-anioła odgrywającej pewną cyrkową rolę.

Kiedy wydaje jej się, iż już nic lepszego nie czeka jej w tym wcieleniu, przez przypadek poznaje Antoine’a (Pio Marmaï), rozgoryczonego malarza twierdzącego, iż to właśnie przez niego jego partnerka postanowiła przedwcześnie zakończyć swoje życie. W wyniku (nie)fortunnych zdarzeń, Suzanne staje się jego personalnym medium i na chwilę przywraca jego ukochaną Irène (Vimala Pons) do życia. W jaki sposób? Po prostu ją udaje.

Ta krótka – udawana – sesja motywuje Antoine’a. Mężczyzna postanawia wrócić do malarstwa i wziąć się w garść. Chce też kolejnych spotkań, Suzanne się jednak nie zgadza. Kusi ją perspektywa intratnego zarobku, ale sumienie nie pozwala na dalsze działania – do czasu, aż na swojej drodze spotka Armanda (reżyser Gilles Lellouche kradnący każdą scenę), bliskiego przyjaciela Antoine’a. Armand chce pomóc Antoine’owi, a przy tym coś na tym zarobić – z zawodu jest marszandem. „150 franków za każdy obraz, 200 za większe płótno – motywuj go, żeby malował więcej i więcej. Jakoś się dogadamy”.

W tym momencie Salvadori przypomina nam o starej jak świat zasadzie: każdy ma swoją cenę. Od zawarcia umowy rozpoczyna się komedia pomyłek, której konsekwencji nikt nie będzie w stanie zatrzymać. Przeszłość zacznie mieszać się z teraźniejszością, kiedy Suzanne odkryje pamiętniki tragicznie zmarłej Irène. Nagle sama Irène dołączy do tego tria, jeszcze bardziej zmieniając nam dynamikę filmu, a do tego udowadniając, iż miłość ma różne oblicza – każde inne w zależności od przyjętej perspektywy.

Nasza bohaterka będzie coraz bardziej zagłębiać się w życie swojej "poprzedniczki”, stopniowo odkrywając prawdę o niej, a przy okazji zmieniając swoją pierwotną opinię o nowopoznanym malarzu. Granica między prawdziwymi uczuciami a manipulacją zaczyna być coraz cieńsza. Wolność za kłamstwo, szczęście za kłamstwo, życie za kłamstwo. Wokół (nie)wielkich kłamstewek operuje ten film – i słusznie, w końcu życie nie różni się jakoś bardzo.

Łatwo spłycić "The Electric Kiss" uznając go za tani, kontrolowany kicz, w którym płytki romans zgrabnie łączy się ze współczesnym francuskim humorem, w ostatnich latach rozpowszechnionym przez filmy z Christianem Clavierem. Ale pod fasadą "kina dla twoich rodziców”, wychowanych jeszcze na Louisie de Funèsie, kryje się traktat o wielu twarzach miłości. Przy okazji Salvadori zadaje pytanie, czy kłamstwo – tutaj coś w rodzaju "białego kłamstwa" – może zostać wybaczone w imieniu wyższego dobra.

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale sam film, niezależnie od swoich wszystkich wad oraz zalet, przypominał mi o dziecięcej euforii z kina; pozwolił zachwycić się niewymuszoną prostotą, w której reżyser (wraz z ufającą mu obsadą) pragnie zrobić coś swojego, na własnych zasadach. Wszakże Irène mówi w filmie, iż "ceni artystów, którzy nie chcą być (w swojej sztuce) ostrożni". Trudno się z nią nie zgodzić.

Dlatego przyjmuję ten film z całym jego dobrodziejstwem inwentarza. Czy jest prosty? Tak. Kliszowy, pełen banałów? Zgadza się. Ale sprawia, iż się uśmiechamy, czy tego chcemy czy nie – często przecież wstydzimy się, iż tego typu kino może nam sprawić jakąkolwiek przyjemność. Cytując Pauline Kael, w trakcie seansu "I lost it at the movies”: na dwie godziny zatraciłem się w tej francuskiej bajeczce. "Vive le simple cinéma!”, czy jakoś tak.
Idź do oryginalnego materiału