Zupełnie niespodziewanie jesteśmy świadkami narodzenia się nowej fazy twórczości Stevena Spielberga. Można już było pomyśleć, iż utonie w Mostach Szpiegów, przeplatając je Bardzo Fajnymi Gigantami. Czasem to zdobędzie jakiegoś Oscara. Innym razem trafi się jakiś film, który uznamy za nieco lepszy od sąsiednich. Finalnie jednak niczym już nie zaskoczy. Wszystko zmieniło się niespełna 4 lata temu, kiedy to reżyser wypuścił mocno autobiograficznych i jeszcze mocniej rozliczających się z całym żyćkiem Fabelmanów. I wow, ile w nich było szczerości i swoistego otwarcia się przed widzami. Dzień objawienia pokazuje, iż Fabelmanowie nie byli wspomnianym lepszym filmem środka. Byli początkiem nowego trendu.
Istoty ponad i obok gatunku ludzkiego od zawsze zajmowały w twórczości Spielberga szczególne miejsce. Opowiadanie o nich stanowiło jeden z jej najważniejszych, choć jednocześnie najbardziej niedopowiedzianych wątków. choćby chwilę przed Dniem Objawienia, na potrzeby materiałów promocyjnych potwierdził, iż ma przekonanie, iż sami w tym wszechświecie nie jesteśmy, a co więcej dowiemy się o tym jeszcze za naszego życia. Nie wiem, czy miał na myśli siebie, wszak dobiega osiemdziesiątki, czy jednak trochę młodszych, bo może to mocno rozszerzyć horyzont czasowy. Właśnie teraz jednak uznał, iż na filmowej półce podpisanej Directed by Steven Spielberg warto zamknąć ten temat. A jeżeli zdrowie pozwoli na to, żeby w tego typu kinie mógł powiedzieć coś jeszcze, to chociaż daje odpowiedzi na pytania zadane prawie pół wieku temu.
fot. materiały prasowe
Spielbergowi bardzo zależało na tym filmie. Świadczy o tym fakt, iż scenarzysta i etatowy współpracownik reżysera, David Koepp napisał aż 42 drafty scenariusza. Może dlatego, iż ostatnio zaliczył spadek formy, bo udany tekst do Szpiegów Soderbergha przeplótł kiepskim powrotem serii Jurassic World czy dopisaniem się do również średnio udanego rebootu Indiany Jonesa. Tutaj jednak stanął na wysokości zadania. Nie napisał tekstu perfekcyjnego, ale sprawił, iż emocjonalnie wybrzmiał tak, jak powinien.
Disclosure day to dla mnie taki film, jaki chciałby zrobić Christopher Nolan, ale nigdy mu się nie udało. Siedząc na seansie częściej niż Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia myślałem o Incepcji. W mniejszym stopniu pojawiał się również Interstellar i Tenet. W pierwszym ze wspomnianych, najbardziej udanym z całej trójki, Nolan sprzedawał nam wizje grzebania w snach na kilku poziomach i tym próbował uwiarygodnić, a jednocześnie pogłębić te wszystkie absurdalne sceny, jakie działy się w jego historii. Mieliśmy dzięki temu piekielnie długie spadanie samochodu z mostu, słynne sekwencje w hotelu bez grawitacji i z jakiegoś powodu segment zimowy. Wszystko to miało sprawić, iż uwierzymy w całe wielkie myślowe włamanie, które stanowiło istotę filmu. Uwierzyliśmy, choć najlepiej działał jako po prostu wypełniony akcją blockbuster ze znakomitymi pomysłami inscenizacyjnymi. Gorzej było w dwóch pozostałych. Również były przepełnione scenami, które wymagały zawieszenia niewiary, a jednocześnie finalnie nie dawały wybrzmieć historii.
fot. materiały prasowe
Przechodząc do nowego Spielberga i puentując poprzedni akapit, muszę powiedzieć jedno – tu się udało. Zanim wybrzmi to, co w tytule, dostajemy bowiem blockbuster z przemielonym motywem uciekiniera, który ma jakąś bardzo istotną wiadomość do przekazania adekwatnie całemu światu. Najpierw zabiera urządzenie, które choćby nie ma specjalnej nazwy, ale za to ogromną moc. Trzyma ten kamień, co pozwala mu wyzwalać niezwykłe pokłady energii. Z tego całego chaosu ma urodzić się duża historia, która zada egzystencjalne pytania i otrze się w wielu momentach o biblijne tropy. Momentem, który pokazuje, jak dobrze to się udało jest finał. Dajcie znać, czy wasza sala, tak jak ta na moim pokazie wstrzyma oddech w końcówce.
Dzień objawienia jako zwyczajny blockbuster jest po prostu interesujący. Ma sporo efektownych scen, nieźle napisanych bohaterów i tempo, które sprawia, iż od samego początku dobrze się to ogląda. Ocieka też klimatem, który w przeciwieństwie do samej opowieści przywodzi nam na myśl te filmy science-fiction, które Spielberg kręcił na przełomie wieków. I dobrze, bo przy całej mojej miłości do E.T. i Bliskich spotkań trzeciego stopnia, to jednak tym późniejszym lepiej wychodziło interesowanie widza na warstwie czystej historii. Teraz dostajemy seans, który pod tym względem jest chyba najbardziej pośrodku. Świetnie wyczuwa zarówno współczesną filmową dynamikę, jak i pozwala wciągnąć się na poziomie emocjonalnym. Najpierw gdy poznajemy bohatera Josha O’Connora, potem gdy dochodzi znana z trailera, mówiąca raczej nieziemskim językiem pogodynka w interpretacji Emily Blunt. Nie są to role, które wymagają szczególnych aktorskich fajerwerków, ale spełniają się w tym filmie znakomicie.
fot. materiały prasowe
Zdarza mu się jednak czasem pójść o kilka kroków zbyt daleko. Musimy przez to oglądać tandetną scenę z pociągiem, a kamień, którym operują główni bohaterowie, ma moc tak wielką, iż czasami doprowadza do efektu niepożądanego, kierując historię w stronę scenariuszowego lenistwa, bo przecież jakaś moc i tak zadziała. Na plus trzeba oddać to, iż w filmie nie brak momentów lżejszych, które umieją rozładować atmosferę. Cały komizm płynący z sytuacji, w których pogodynka Margaret nagle wie wszystko o wszystkich jest wykorzystany znakomicie. Dynamicznie buduje relacje zarówno z partnerem, którego zna na wylot, jak i z Kellnerem, głównym bohaterem, którego wcześniej choćby nie widziała. Na szczęście jednak ani na moment nie idzie to w karykaturę, a postać dostaje kulminację.
Najlepszą recenzją tego filmu mogą być emocje, które wywołane zostaną na salach kinowych finałową sekwencją. Mój pokaz specjalny zamarł i czuć było ogromne napięcie. Może jednak pozostać ono dowodem anegdotycznym, który nie pokaże jak odbierze nowy film Spielberga szeroka publika. Dla mnie to jednak dzieło, na które czekałem od dawna. Jedno z najbardziej zrównoważonych treściowo w filmografii reżysera, działające zarówno jako blockbuster, jak i rozprawa o tym, jakie uniwersalne wartości (bądź ich brak) kierują całym gatunkiem ludzkim. Najlepsze jest jednak to, jak ostatnie dwa filmy zmieniły postrzeganie Stevena Spielberga. Z gościa, który najlepsze lata ma już za sobą, stał się tym, który spośród żyjących wciąż legend Hollywood wydaje się mieć najwięcej twórczej werwy. Oby nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Zobacz również inne recenzje Movies Room:
Projekt Hail Mary – recenzja filmu! Uwaga naukowy bełkot
Michael – recenzja filmu! Gdzieś to już słyszałem
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu – recenzja filmu. Wesoły słodziak i freak fighty

















