Po trzynastu latach milczenia na ekrany dość nieoczekiwanie trafia nowy "Straszny film". Twórcy obiecywali, iż dzięki nim humor znów będzie legalny – podobnie jak zapowiadał to pewien imigrant z Afryki, przejmując Twittera – a kampania promocyjna co rusz atakowała kolejnymi przeróbkami "gorących" marek i tytułów. Rezurekcja ta jest równie zaskakująca i pozornie niepotrzebna, co logicznie wynikająca z sukcesu (przynajmniej dwóch pierwszych) nowych "Krzyków" oraz absolutnej klęski próby wskrzeszenia "Koszmaru minionego lata". Ba, brak parodii w filmowym mainstreamie zaczął być tak odczuwalny, iż choćby dzieła duetu Jason Friedberg & Aaron Seltzer zaczęła pokrywać patyna nostalgii.
Rodzeństwo Wayansów, pomysłodawcy i ojcowie serii, którzy pożegnali się z nią po drugiej części, powracają zarówno jako aktorzy, jak i scenarzyści oraz producenci projektu, a wraz z nimi duch i idee pierwszej odsłony. Oryginalny film brał strukturę, ikonografię oraz fabularne rozwiązania dwóch pierwszych "Krzyków" i zalewał ich pastiszowość powodzią kabaretowej parodii, doprawionej seksualnym niewyżyciem będącego wtedy na topie "American Pie". Ćwierć wieku później dokładnie ta konwencja zostaje powtórzona, tyle iż zamiast dzieła Wesa Cravena za kanwę posłużyła dylogia requeli duetu Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett. Upewnia nas w tym już prolog, stanowiący rekreację otwarcia z szóstej części "Krzyku", a zaraz za nim – dla pewności – otrzymujemy jeszcze odtworzenie początku "piątki". Największą siłą filmu jest właśnie wszechobecna miłość i zrozumienie dla tej franczyzy, ewidentne i porażające zwłaszcza w porównaniu do pozbawionej owych cech jej tegorocznej iteracji. Zaiste dziwnych czasów dożyliśmy, gdy parodia Ghostface’a jest lepiej napisana i sensowniejsza od swojego oryginału.
Poza tym porównaniem z obrazem Kevina Williamsona szósty "Straszny film" jest dokładnie taki jak pierwszy – tylko nieco gorszy, odrobinę zdziadziały i zagubiony. Brak mu iskry pozwalającej uchwycić i zrozumieć Zeitgeist, a niektóre kotlety odgrzane po ćwierć wieku trącą już szlachetnym posmakiem pleśni. Najgorsze momenty tegorocznej produkcji to właśnie odtworzenia kultowych scen z pierwszej części. Przykładem jest wciąż genialny zwiastun "Amistad 2", który teraz zmienia się w pokracznego "Jermaine’a" – parodię "Michaela" całkowicie sprowadzającą się do tego, iż brat artysty jest mniej utalentowanym showmanem. Albo Idy Marcowe – moment, gdy jedna z bohaterek tak denerwuje tłum, iż ten wyręcza Ghostface’a i zaczyna ją sztyletować. Oryginalnie stanowiło to wieloznaczną grę z kultem kinowego savoir-vivre'u, jednocześnie wyśmiewającą ludzi denerwujących nas na sali i biorącą na tapet absurd napuszonego traktowania seansu 'Zakochanego Szekspira" niczym religijnego nabożeństwa. W 2026 roku zamiast tego życie traci deklaratywnie niebinarna nastolatka, rzucająca hasła rodem z wczesnego woke – to gag tak przeterminowany i płytki, iż brakuje tu tylko żartu o helikopterze bojowym. Polityki jest zresztą znacznie więcej niż w poprzednich częściach. Poza trącącym myszką w roku pańskim 2026 śmianiem się z BLM swoje minuty na ekranie dostaną też ICE czy akta Epsteina. Wszelkie te nawiązania zdają się jednak mocno doklejone na siłę i pozostawione bez rozwinięcia – jakby dodano je w postprodukcji gotowego filmu, by w marketingu pozycjonować się na komentatorów wojny kulturowej bez jednoczesnego ryzyka obrażenia kogokolwiek. Z drugiej strony jednym z najcelniejszych i najzabawniejszych, dzięki swojej przyziemności i realizmowi, wątków jest przedstawienie streamerskiej kariery Shorty’ego. Research na Kicku niewątpliwie został zrobiony.
Niezależnie od tych mielizn nowy "Straszny film" to wyborowo zrealizowana parodia w duchu lat zerowych. Wszystkiego jest tu dużo, akcja toczy się szybko, a natłok kolejnych gagów pozwala natychmiast zapomnieć o tych, które bardziej nas żenują, niż bawią. Te ostatnie są zresztą często ratowane dzięki rewelacyjnemu montażowi muzycznemu, co mocno rzuca się w oczy np. przy parodii "Substancji" – konceptualnie i scenariuszowo chybionej, przy której jednak nóżka chodzi, a usta same się śmieją. Także aktorstwu trudno cokolwiek zarzucić: Anna Faris to najlepsza tegoroczna odtwórczyni roli Sidney Prescott, a Regina Hall jako Octavia Spencer z filmu "Ma" kradnie każdą scenę ze swoim udziałem.
Cheri Oteri, Dave Sheridan
Olivia Rose Keegan, Cameron Scott Roberts, Savannah Lee May
Anna Faris, Regina Hall
Kilkanaście lat, jakie rodzeństwo Wayansów miało na przygotowanie scenariusza, odbiło się także na doborze materiału do wyśmiania. Poza wspomnianymi redditowymi memami sprzed dekady czy horrorem z 2019 roku, bezpośrednio obrywa się tu także "Uciekaj!" z 2017 oraz "Zniewolonemu" z 2013 roku. Zgrzyta to nieco pomiędzy (dużo zresztą śmieszniejszymi i bardziej kreatywnymi) gagami z zeszłorocznych "Grzeszników" czy "K-popowych łowczyń demonów". Oczywiście pierwsza część również zawierała żarty z "Twin Peaks" albo "Nagiego instynktu" – były to jednak parosekundowe mrugnięcia okiem nawiązujące do ikonicznych momentów, a nie pełnoprawne sceny, jak tutejsze omówienie prostoty odczytania "Coś za mną chodzi" Davida Roberta Mitchella z 2014 roku.
Taka selekcja wpisuje się jednak w interpretację filmu wynikającą z finałowej sceny, stanowiącej przy tym największy metadowcip Wayansów. Nowy "Straszny film" to nie kolejne "Wielkie kino", tylko zrealizowane przez kompetentnych ludzi za kamerą. To wielki akt oskarżenia wobec odtwórczości współczesnego popkulturowego mainstreamu i jego uwięzienia w okowach przeszłości. Ta nostalgia, z każdym cyfrowym odmłodzeniem stuletniego Harrisona Forda i kazaniem mu skakać jak małpka po wagonach kolejowych, staje się coraz bardziej absurdalna. Prawdziwym żartem nie jest tu morderca z bongosem, ale widzowie domagający się rytualnego spalenia nowego pokolenia oraz ciągłych powrotów tych samych starców uwięzionych w wiecznej czwartej klasie liceum.
Rodzeństwo Wayansów, pomysłodawcy i ojcowie serii, którzy pożegnali się z nią po drugiej części, powracają zarówno jako aktorzy, jak i scenarzyści oraz producenci projektu, a wraz z nimi duch i idee pierwszej odsłony. Oryginalny film brał strukturę, ikonografię oraz fabularne rozwiązania dwóch pierwszych "Krzyków" i zalewał ich pastiszowość powodzią kabaretowej parodii, doprawionej seksualnym niewyżyciem będącego wtedy na topie "American Pie". Ćwierć wieku później dokładnie ta konwencja zostaje powtórzona, tyle iż zamiast dzieła Wesa Cravena za kanwę posłużyła dylogia requeli duetu Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett. Upewnia nas w tym już prolog, stanowiący rekreację otwarcia z szóstej części "Krzyku", a zaraz za nim – dla pewności – otrzymujemy jeszcze odtworzenie początku "piątki". Największą siłą filmu jest właśnie wszechobecna miłość i zrozumienie dla tej franczyzy, ewidentne i porażające zwłaszcza w porównaniu do pozbawionej owych cech jej tegorocznej iteracji. Zaiste dziwnych czasów dożyliśmy, gdy parodia Ghostface’a jest lepiej napisana i sensowniejsza od swojego oryginału.
Poza tym porównaniem z obrazem Kevina Williamsona szósty "Straszny film" jest dokładnie taki jak pierwszy – tylko nieco gorszy, odrobinę zdziadziały i zagubiony. Brak mu iskry pozwalającej uchwycić i zrozumieć Zeitgeist, a niektóre kotlety odgrzane po ćwierć wieku trącą już szlachetnym posmakiem pleśni. Najgorsze momenty tegorocznej produkcji to właśnie odtworzenia kultowych scen z pierwszej części. Przykładem jest wciąż genialny zwiastun "Amistad 2", który teraz zmienia się w pokracznego "Jermaine’a" – parodię "Michaela" całkowicie sprowadzającą się do tego, iż brat artysty jest mniej utalentowanym showmanem. Albo Idy Marcowe – moment, gdy jedna z bohaterek tak denerwuje tłum, iż ten wyręcza Ghostface’a i zaczyna ją sztyletować. Oryginalnie stanowiło to wieloznaczną grę z kultem kinowego savoir-vivre'u, jednocześnie wyśmiewającą ludzi denerwujących nas na sali i biorącą na tapet absurd napuszonego traktowania seansu 'Zakochanego Szekspira" niczym religijnego nabożeństwa. W 2026 roku zamiast tego życie traci deklaratywnie niebinarna nastolatka, rzucająca hasła rodem z wczesnego woke – to gag tak przeterminowany i płytki, iż brakuje tu tylko żartu o helikopterze bojowym. Polityki jest zresztą znacznie więcej niż w poprzednich częściach. Poza trącącym myszką w roku pańskim 2026 śmianiem się z BLM swoje minuty na ekranie dostaną też ICE czy akta Epsteina. Wszelkie te nawiązania zdają się jednak mocno doklejone na siłę i pozostawione bez rozwinięcia – jakby dodano je w postprodukcji gotowego filmu, by w marketingu pozycjonować się na komentatorów wojny kulturowej bez jednoczesnego ryzyka obrażenia kogokolwiek. Z drugiej strony jednym z najcelniejszych i najzabawniejszych, dzięki swojej przyziemności i realizmowi, wątków jest przedstawienie streamerskiej kariery Shorty’ego. Research na Kicku niewątpliwie został zrobiony.
Niezależnie od tych mielizn nowy "Straszny film" to wyborowo zrealizowana parodia w duchu lat zerowych. Wszystkiego jest tu dużo, akcja toczy się szybko, a natłok kolejnych gagów pozwala natychmiast zapomnieć o tych, które bardziej nas żenują, niż bawią. Te ostatnie są zresztą często ratowane dzięki rewelacyjnemu montażowi muzycznemu, co mocno rzuca się w oczy np. przy parodii "Substancji" – konceptualnie i scenariuszowo chybionej, przy której jednak nóżka chodzi, a usta same się śmieją. Także aktorstwu trudno cokolwiek zarzucić: Anna Faris to najlepsza tegoroczna odtwórczyni roli Sidney Prescott, a Regina Hall jako Octavia Spencer z filmu "Ma" kradnie każdą scenę ze swoim udziałem.
Cheri Oteri, Dave Sheridan
- Paramount Pictures
- Quantrell D. Colbert
Olivia Rose Keegan, Cameron Scott Roberts, Savannah Lee May
- Paramount Pictures
- Quantrell D. Colbert
Anna Faris, Regina Hall
- Paramount Pictures
- Quantrell D. Colbert
Kilkanaście lat, jakie rodzeństwo Wayansów miało na przygotowanie scenariusza, odbiło się także na doborze materiału do wyśmiania. Poza wspomnianymi redditowymi memami sprzed dekady czy horrorem z 2019 roku, bezpośrednio obrywa się tu także "Uciekaj!" z 2017 oraz "Zniewolonemu" z 2013 roku. Zgrzyta to nieco pomiędzy (dużo zresztą śmieszniejszymi i bardziej kreatywnymi) gagami z zeszłorocznych "Grzeszników" czy "K-popowych łowczyń demonów". Oczywiście pierwsza część również zawierała żarty z "Twin Peaks" albo "Nagiego instynktu" – były to jednak parosekundowe mrugnięcia okiem nawiązujące do ikonicznych momentów, a nie pełnoprawne sceny, jak tutejsze omówienie prostoty odczytania "Coś za mną chodzi" Davida Roberta Mitchella z 2014 roku.
Taka selekcja wpisuje się jednak w interpretację filmu wynikającą z finałowej sceny, stanowiącej przy tym największy metadowcip Wayansów. Nowy "Straszny film" to nie kolejne "Wielkie kino", tylko zrealizowane przez kompetentnych ludzi za kamerą. To wielki akt oskarżenia wobec odtwórczości współczesnego popkulturowego mainstreamu i jego uwięzienia w okowach przeszłości. Ta nostalgia, z każdym cyfrowym odmłodzeniem stuletniego Harrisona Forda i kazaniem mu skakać jak małpka po wagonach kolejowych, staje się coraz bardziej absurdalna. Prawdziwym żartem nie jest tu morderca z bongosem, ale widzowie domagający się rytualnego spalenia nowego pokolenia oraz ciągłych powrotów tych samych starców uwięzionych w wiecznej czwartej klasie liceum.
















