Zwłaszcza iż po niewyobrażalnym sukcesie „Krzyżaków” Aleksandra Forda (łączna liczba widzów, którzy zobaczyli film w kinach, przekroczyła 30 mln) wzrosło zapotrzebowanie na wielkie historyczne freski. Andrzej Wajda przeniósł na ekran „Popioły” Żeromskiego, Wojciech Jerzy Has odkurzył „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego (tworząc przy okazji jedno z najwybitniejszych dzieł w historii kinematografii europejskiej), a Kawalerowicz zmierzył się z powieścią Bolesława Prusa. Dopiero na przełomie lat 60. i 70. przez kina miało przetoczyć się sienkiewiczowskie tsunami: „Pan Wołodyjowski” i „Potop” Jerzego Hoffmana, a na dokładkę „W pustyni i w puszczy” Władysława Ślesickiego przyciągały przed kinowe ekrany miliony widzów, wpisując się w bardzo mocno obecny w gierkowskiej Polsce nurt kina mitotwórczego.
Spragnieni igrzysk
Jerzego Kawalerowicza, reżysera filmu, nie interesowało widowisko. W prozie Prusa nie szukał rozrywki, ale metafory. W ideologicznym starciu młodego księcia (a później faraona) Ramzesa XIII z kastą kapłanów – reprezentowaną przede wszystkim przez dogmatycznego Herhora – widział uniwersalną opowieść o rywalizacji o władzę i panowanie nad światem.















