Wichrowe wzgórza – recenzja filmu. To skomplikowane

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Powieść Emily Brontë Wichrowe wzgórza doczekała się mnóstwa ekranizacji. Najnowsza z nich w reżyserii Emerald Fennell to nie tylko kontrowersyjna adaptacja, ale także średnio zrealizowany film.

Reżyserka filmu Wichrowe wzgórza przygotowała własną, oryginalną wizję słynnej historii Emily Brontë. W głównych bohaterów Cathy i Heathcliffa wcielili się Margot Robbie i Jacob Elordi. Ich zakazana, romantyczna namiętność z czasem przekształca się w toksyczną relację. To opowieść o pożądaniu, miłości i szaleństwie, rozgrywająca się na wrzosowiskach Yorkshire.

Na wstępnie muszę zaznaczyć, iż nie znam literackiego pierwowzoru Wichrowych wzgórz. W związku z tym adaptację będę oceniać jako autonomiczną produkcję filmową. Pozwoli to na analizę, czy Emerald Fennell poradziła sobie z ukazaniem świata przedstawionego w sposób angażujący i porywający. Dzięki temu uniknę także ciągłych porównań do oryginału, które zdominowały dyskusję w obliczu licznych kontrowersji wokół wprowadzonych przez twórczynię zmian.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem zapowiedź tej produkcji w kinie, kilka elementów szczególnie mnie zachwyciło. Były to przecudowne, baśniowe ujęcia oraz genialna muzyka Charli XCX. Szczerze mówiąc, właśnie te aspekty stanowiły siłę, która przyciągnęła mnie do kina oraz sprawiła, iż film nie był aż tak zły. Do tego zestawienia warto dołączyć również dialogi i scenografię, które często urozmaicały klimat Anglii przełomu wieków XVIII i XIX.

Za zdjęcia do Wichrowych wzgórz odpowiadał Linus Sandgren. Jego styl z pewnością rozpoznają fani filmów La La Land czy Babilon. Sandgren współpracował z Fennell także przy jej innej kontrowersyjnej produkcji, czyli Saltburn. Autor zdjęć zdecydowanie zadbał o wizualne ucieszenie odbiorców. Stworzył tym samym sugestywne, symboliczne obrazy, które przepełniają nasycone kolory, głęboko oddziałując na zmysły widowni. To stylistyka zbliżona do m.in. zeszłorocznego Frankensteina Guillerma del Toro. Film w swojej warstwie stylistycznej często zbliżał się do groteski, choć starał się pozostać w sferze psychodelicznego romansu. W rezultacie film balansował na krawędzi kiczu a głębokich uczuć — niestety bardziej przechylał się w tę nienajlepszą stronę.

Utwory przygotowane przez znaną szerokiej publice Charli XCX były, jak można było zakładać, niewielkim dodatkiem w całej historii. Potrafiły wzruszać i sprawiły, iż montażowe zlepki z życia Cathy wydały się naprawdę interesujące i emocjonalne. Tym bardziej iż Wichrowe wzgórza cierpią na „przekombinowanie” i brak spójnej tożsamości, o czym powiem w dalszej części recenzji.

fot. kadr z filmu

Emerald Fennell za główny motyw w swoim filmie bierze skomplikowaną naturę miłości i namiętności. To historia o tym, jak silne uczucia prowadzą do utraty godności, rozumu i człowieczeństwa. Jednocześnie korzysta ze słynnego motywu miłości romantycznej, nieszczęśliwej, obarczonej tragediami, które są nieuniknione w takim świecie. Fennell postanowiła skomplikować nie tylko psychologię bohaterów i ich decyzje, ale właśnie wszystko, co ich także otacza.

Ostatecznie w Wichrowych wzgórzach reżyserka po prostu z wieloma aspektami przesadziła. I oczywiście, przesada w filmie jest częstym zabiegiem stylistycznym. Problemem jednak staje się moment, w którym nie ma pewnej równowagi. Przykładem zrównoważonej przesady jest film Jedna bitwa po drugiej, gdzie scenariusz zawiera niebywale zadziwiające sceny, ale pozostaje przy spójnej, prostej narracji. Bohaterowie są tam specyficzni, ale opowiadana historia skupia się jedynie na ratowaniu córki Boba Fergusona i pewnych znanych schematach, które ułatwiają zrozumienie świata przedstawionego.

U Fennell nic nie poda ręki i nie przeprowadzi przez tę zawirowaną fabułę. Mamy tu wiele wątków, nietypowy romans, irracjonalnych bohaterów i sugestywne zdjęcia, a to tylko przykłady. To taka filmowa sztuka nowoczesna — bardzo trudna w zrozumieniu, bo wymaga szczególnego skupienia na abstrakcyjnych pomysłach reżyserki i odczytywaniu odczuć, jakie się z nimi wiążą. Bliżej takiej produkcji do filmów kina eksperymentalnego/arthouse. To również powód, dla którego produkcja dzieli widownię, gdyż jedyni będą uznawać ją za arcydzieło, drudzy za przekombinowany „gniot”.

fot. kadr z filmu

Myślę, iż Wichrowe wzgórza warto uplasować gdzieś pośrodku, choć nie w pozytywnym sensie. Reżyserka nie potrafi zdecydować się na to, co w filmie jest dla niej ważne. To istny chaos scenariuszowy i reżyserski. Z jednej strony doświadczamy wielce egzaltowanych emocji, które z drugiej strony mają być sztuczne. Nie pomaga także aktorstwo Margot Robbie i Jacoba Elordi, którzy nie są w stanie przenosić głębszych wartości przez swoje postacie. Choć dają z siebie wszystko, ich grę przytłacza cała otoczka produkcji, która wymaga nadmiernej analizy fabuły i znaczeń, które proponuje Fennell.

Oglądanie tej produkcji jest jak służbowy wyjazd w Himalaje. Niby przyglądamy się fascynującym krajobrazom, ale nie jesteśmy w stanie oddać się chwili ze względu na pracownicze obowiązki. Te nas przytłaczają i nie pozwalają emocjom wziąć górę.

fot. kadr z filmu

Emerald Fennell swoimi Wichrowymi wzgórzami szczególnie nie zachwyca. To wizualna uczta, ale również całkowicie nieuporządkowana opowieść, która do niczego nie prowadzi. Reżyserka skupia się na erotyce i skomplikowanej naturze miłości do tego stopnia, iż jednak zatraca jakikolwiek sens w motywacjach bohaterów. Film pozbawiony jest duszy i wymaga od widza nie analizy emocjonalnej bohaterów, a zrozumienia tego, co autorka miała na myśli. Wichrowe wzgórza są po prostu nieudanym eksperymentem. Warto go zobaczyć ze względu na cudowne zdjęcia, ale nie jest to historia, która chwyci za serce szczególnie w walentynkowy wieczór.


fot. główna: kadr z filmu

Idź do oryginalnego materiału