Zdjęcie: Amy Sussman / Getty Images
Walentynkowa premiera kinowa „Wichrowych Wzgórz” promuje drugą, muzyczną. Ale może to płyta z muzyką promuje film, skoro jej autorką jest tak popularna Charli XCX?
W tym roku 14 lutego świat będzie śledzić opowieść o miłości w wydaniu brutalnym, mrocznym i ryzykownym seksualnie. Na taką zapowiada się ekranizacja „Wichrowych Wzgórz” Emily Brontë, klasycznego gotyckiego romansu, z którego Emerald Fennell zrobiła dramat erotyczny. Towarzyszyć mu będzie płyta z nowymi piosenkami Charli XCX, a zapowiadała go piosenka, do której ta jedna z najpopularniejszych gwiazd dzisiejszej sceny pop zaprosiła nie jakiegoś młodego amanta, tylko Johna Cale’a, 83-letniego dziś założyciela The Velvet Underground, rockowej grupy budzącej niegdyś kontrowersje swoimi fascynacjami sadomasochizmem, narkomanami i awangardą. W refrenie tej niepokojącej piosenki krzyczy, iż „umrze w tym domu”, a w kolejnych miłość wydaje się czymś sąsiadującym z nienawiścią albo grożącym ciężkim uzależnieniem.
Propozycja współpracy przyszła esemesem od reżyserki. Fennell przysłała scenariusz, Charli – czyli Charlotte Aitchison – przeczytała go, podekscytowana, odnalazła się w gotyckim klimacie, po czym oddzwoniła. A kiedy usłyszała, iż chodzi o piosenkę do filmu, zaproponowała od razu cały album. Dlaczego to ją zaproszono? Powodów jest tak dużo, iż wystarczy na dłuższą opowieść. Pierwszy jest najprostszy: w tej chwili osoba pracowitej brytyjskiej wokalistki i kompozytorki wydaje się gwarantować zainteresowanie dowolnym tematem.
Czytaj też: Tak popkultura zabija feminizm
Pomaluj mój świat
W 2024 r. Charli XCX zafascynowała świat kolorem zielonym. Dokładniej: limonkową zielenią. Do tego jeszcze czcionką Arial Narrow oraz hasłem „brat”, czyli „bachor”, opisującym niesforną, nonszalancką, buntowniczą i niezależną postawę życiową.