Ekspansja polskiego rapu w Stanach Zjednoczonych chyba na dobre się rozpoczęła. Ostatnio Żabson ze swoim Hollywood Smile rozbił bank Popkillerów, zgarniając aż pięć statuetek. Czy CALIFORNIA LOVE EP od White’a 2115, VVSimona i Palara powtórzy sukces Żaby?
CALIFORNIA LOVE EP to przełomowy krok dla wszystkich z trójki jej autorów. White inauguruje nią działalność swojej własnej wytwórni, a VVSimon próbuje u jego boku na poważnie wejść w mainstream. Dla Palara z kolei jest to pierwsze dłuższe wydanie, zapowiadające w kolejne single. Sama EPka czerpie inspirację z amerykańskiego popu i nowoczesnych brzmień. Towarzyszy jej wakacyjny i imprezowy klimat.
Oficjalnie, witajcie w Californii. Słonecznej jak nigdy. Zaczynamy najlepszą zabawę życia, a Wy razem z nami. Do usłyszenia.
– napisał na Instagramie White 2115.
Mówiąc szczerze, CALIFORNIA LOVE EP jest strasznie banalna. Tak jak banalna i strywializowana potrafi być miłość ograniczana tylko do seksualności. Opowieści snute przez trio są dość ubogie językowo, schematyczne i płytkie. Początkowe, niewinne motyle w brzuchu gwałtownie ewoluują we frazę Chciałbym z tobą dojść, dojść, dojść, dojść. Kawałki kipią wręcz erotyką, przy czym choćby anty-lovesong okazuje się świadectwem pożądania. Ciała mężczyzn gorączkują z pragnienia, a metafory, towarzyszące ich uczuciom, momentami naprawdę żenują. Najlepiej słychać to w NIEZNANYCH LĄDACH Palara, w których generyczne zwrotki dopełniają nieciekawe flow i nieco glitchujący się głos:
Kontrola z tyłu, mam ją na doggy style
Skończ pierdolić, przecież jadę powoli
„Dociskaj gaz” – mała mów mi tak
Bynajmniej nie jest to metafora prawdziwej miłości. Autor przedstawia raczej kobietę jako obiekt pożądania. Wizja ta jednak kłóci się z innymi wersami tego kawałka: I podnieś, jak spadnę na dno / Bądź moim prywatnym aniołem stróżem czy W nieznane lądy marzę, żeby zabrać ją / Tam, gdzie mogę razem z nią się czuć na zawsze wolny. adekwatnie jedynym utworem o jakkolwiek niewinnym uczuciu jest WIECZÓR KAWALERSKI w wykonaniu White’a 2115. Na pierwszy plan wysuwają się w nim nawiązania do Californii, które przejawiają się zarówno na poziomie beatu i stylu nawijki, jak i w warstwie lirycznej. Wiele w niej słownych odniesień i wykrzyknień charakterystycznych właśnie dla jego największego przeboju (Yeah, yeah, yeah, yeah, yeah). Tekst przenosi nas, dosłownie, na wieczór kawalerski. Wokalista wyznaje, iż nie będzie tęsknić za życiem kawalera, bo razem z żoną trafi do nieba.
Dość ciekawym kawałkiem wydaje się tytułowe CALIFORNIA LOVE, które nie bez powodu otwiera EPkę. Linia instrumentalna, zbudowana na samplach The Way I Are Timbalanda, akcentuje imprezowy klimat panujący na całej płycie, od razu wprowadzając nas w samo centrum amerykańskiej domówki. Numer jest całkiem przyjemnym letniakiem i solidnym rozpoczęciem płyty. NIE WSZYSTKO ZABOLI RAZ, utrzymane w konwencji pop-country i nasycone wyrazistymi basami, stanowi z kolei niezłą odskocznię od przewodniego motywu EPki, jaką jest miłość, i panującego na niej klimatu. Kawałek skupia się na przemijaniu, na tym, co wydaje się najtrwalsze, ale kiedyś i tak zniknie, straci blask, zostanie zapomniane. White odchodzi na moment od letniaczkowego schematu, w czym świetnie wspiera go Palar. Jest to jeden z lepszym momentów płyty, ale niestety nie trwa zbyt długo.
W zasadzie ten powtarzalny, letniaczkowy klimat będzie trwał już do samego końca. White i jego podopieczni nie przełamują schematu, faktycznie zamykając się w wakacyjnych, popowych rytmach. Przy tym większość beatów praktycznie niczym się nie wyróżnia. Warstwa liryczna to już doskonale znany mechanizm – dźwięki gitary, delikatna perkusja, trochę basów i momentami syntezatory – w definicji White’a przepis na hit. Ale czy po sukcesie Californii, Mogę dziś umierać i La Vida Loca to wciąż działa? Osobiście, po przesłuchaniu CALIFORNIA LOVE EP niezliczenie wiele razy, czuję ogromny niedosyt i przez cały czas trudno mi rozróżnić poszczególne numery. Wdziera się niestety monotonia, przy czym choćby Łajcior, nawijający na TO COŚ flow Nicki Minaj ze Starships, nie ratuje sytuacji.
Bezapelacyjnie najciekawszym momentem EPki jest kawałek VVSimona, DZIEWCZYNY Z WESTSIDE. Lirycznie wciąż pozostajemy na poziomie Ona jest naga, no bo lubię tak, ale historia opowiadana przez początkującego rapera wydaje się spójna i autentyczna. Z jednej strony stanowi wyraz pogardy do dziewczyny, która go zdradziła, a z drugiej – wyznanie tęsknoty (Bez ciebie nie ma mnie, jakby odcięli tlen). Warstwą instrumentalną, w moim odczuciu, VVSimon widocznie odskakuje od pozostałych twórców CALIFORNII. Wnosi powiew świeżości, łącząc przyjemną nawijkę nie tylko z punk-rockowym brzmieniem, ale również udanym screamingiem, podbijającym emocjonalność utworu.
Wraz z CALIFORNIA LOVE spełnił się amerykański sen trzech raperów. Jak najbardziej doceniam koncept – wyjazd do Stanów, vlogi i spójność, ale niestety brakuje EPce wyrazistości. Jej największym problemem jest właśnie monotonia, spowodowana nie tyle samym zamysłem czy stylem White’a (bo jak wiemy, odnajduje się też w innych, mniej typowych brzmieniach), co aspiracją do bycia niewymagającym, „playlistowym” materiałem. Letniaki sprzedają się najlepiej, zwłaszcza gdy lato dopiero się zbliża. I to słychać. Pomijając kilka naprawdę solidnych kawałków, jak DZIEWCZYNY Z WESTSIDE, CALIFORNIA LOVE i NIE WSZYSTKO ZABOLI RAZ, sądzę, iż płyta ta nie zostanie na długo w pamięci słuchaczy, a co najwyższej na imprezowych playlistach.













