WENECJA 2026: Na koniec festiwalu – rozliczenie ze zbrodnią

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: WENECJA 2026: Na koniec festiwalu – rozliczenie ze zbrodnią


Dziś wieczorem poznamy laureata Złotego Lwa. Rzutem na taśmę recenzujemy jeszcze ostatni z filmów, które pokazano w tegorocznym Konkursie Głównym festiwalu w Wenecji. "Ritorno a Buenos Aires" w reżyserii Marco Bechisa to opowieść o rozliczeniu ze zbrodniami wojskowej dyktatury w Argentynie. Pisze Adam Kruk.

Otwarte rany ("Ritorno a Buenos Aires", reż. Marco Bechis)



Sama historia życia Marco Bechisa wystarczyłaby na niejeden film. Urodzony w Chile, mieszkał w Brazylii i Argentynie, gdzie, mając 22 lata, jako wróg polityczny został uwięziony w czasach dyktatury wojskowej Jorge Videli. Przeżył i zdołał opuścić kraj. Parał się różnymi zajęciami w Stanach i Europie, osiadł we Włoszech, gdzie w 1982 roku zrealizował w Mediolanie wideoinstalację "Desaparecidos, dove sono?", a pod koniec lat 90. nakręcił pokazywany w Cannes "Warsztat Olimp" - jeden z najważniejszych filmów poświęconych więźniom politycznym w Ameryce Południowej i metodom używanym do wydobywania z nich informacji, a następnie ich "znikania". Przy zachowaniu wszelkich różnic większość państw Ameryki Południowej przeżywała zbliżone dramaty i do dziś mierzyć się musi z podobnymi traumami, które Eduardo Galeano nazwał "otwartymi żyłami Ameryki Łacińskiej". By je zamknąć, a przynajmniej choć trochę opatrzyć, trzeba najpierw dać świadectwo przeszłości, jakkolwiek trudna by nie była - i taka jest właśnie stawka "Ritorno a Buenos Aires".

Film nie powstał zresztą w Argentynie, ale jest produkcją włosko-brazylijską, a w roli głównej wystąpił syn legendy włoskiego kina, Giancarla Gianniniego, Adriano - ten sam, który niegdyś wybrał się z Madonną w "Rejs w nieznane". Graną przez niego postać imieniem Mariano poznajemy w 2008 roku w Turynie, gdzie, jak to w Turynie, wiecznie mży i wisi mgła. W życiu bohatera również brakuje światła. Pracuje jako ratownik medyczny, nocą jeżdżąc ambulansem. Rodzina gdzieś po drodze mu się rozbiła. Nie stroni od butelki, bywa agresywny - na ulicy potrafi zaczepić nastolatków i zabrać im zapalniczkę (po co? - później wyjaśni się, skąd wzięły się niektóre z jego obsesji). W każdym razie to pochmurny typ z problemami, facet zdecydowanie "z przeszłością".

Ta upomni się o niego, gdy dostanie wezwanie z trybunału w Buenos Aires, by zeznawać w sprawie zbrodni argentyńskiej junty (rządziła tam krwawo w latach 1976-1983). Jej przewiny do dziś nie zostały w pełni rozliczone - także ze względu na stosowane przez nią metody "zaginiania" ciał ofiar. A gdy nie ma ciał, nie ma i dowodów. Choć bohater nie był w Argentynie od ponad 30 lat, postanawia - jak można się spodziewać już po samym tytule – tam powrócić i opowiedzieć przed sądem swoją historię. Wraz z innymi świadkami zostaje umieszczony w ośrodku, który – jak rzuca jedno z nich - sam przypomina obóz koncentracyjny.

Tych było w całej Argentynie sporo. Ktoś z przesłuchiwanych znajdował się w El Vesubio, Mariano zaś w warsztacie Olimpo, co jest oczywiście odwołaniem do słynnego wcześniejszego filmu Bechisa - ale też zgodne z faktami historycznymi. Obóz ten istniał naprawdę, dziś znajduje się w jego miejscu muzeum i miejsce pamięci, a zaręczam, iż wizyta tam doprawdy przyprawia o ciarki. Największym tego typu ośrodkiem była ESMA, skąd wylatywały samoloty nad Atlantyk, w którego toni znikały ciała więźniów – o czym również się w filmie wspomina. Na szczęście tragiczna historia Argentyny pojawia się tu nie w formie wykładu, ale zostaje zgrabnie wpleciona w fabułę filmu. Na przykład wówczas, gdy na sali sądowej pojawiają się staruszki w białych chustach - to słynne babcie z Plaza de Mayo, od 1977 roku poszukujące "znikniętych" wnucząt. Albo gdy kolejne porywane osoby wykrzykują swoje personalia - w nadziei, iż ktoś zapamięta ich zniknięcie.

Całą recenzję przeczytacie TUTAJ.
Idź do oryginalnego materiału