We wtorek w Konkursie Głównym festiwalu w Wenecji zobaczyliśmy "Bunkier" Floriana Zellera, twórcy "Ojca", oraz "Company" w reżyserii Caseya Afflecka. W pierwszym z filmów Javier Bardem i Penelope Cruz wcielają się w parę małżeńską w kryzysie. Drugi jest zaś szkatułkową opowieścią w opowieści w opowieści. Filmy recenzują Adam Kruk i Jakub Popielecki.
autor: Adam Kruk
To zdecydowanie ich rok. Javier Bardem dowiódł swej wielkości fantastyczną rolą w "Naturze miłości", za którą powinienem był dostać nagrodę w Cannes. Penélope Cruz ozdobiła pokazywaną tam "Czarną kulę", a także skradła show w "Zaproszeniu". Tymczasem na festiwalu w Wenecji premierę miała kolejna produkcja złotej pary hiszpańskiego kina (ozłoconej także w Stanach Oscarami) – od "Szynki, szynki" (1992) ich dziewiąta wspólna. Jest nią najnowsze dzieło Floriana Zellera, który wcześniej dwukrotnie przenosił na ekran własne sztuki teatralne, tym razem jednak pierwszy raz stworzył tekst specjalnie dla kina. "Bunkier" nosi przy tym cechy wcześniejszych dzieł reżysera: zarówno pod względem inteligentnej konstrukcji pamiętnej z "Ojca", jak i słabości "Syna" – szczególnie pewnej sztuczności, przeszkadzającej w pełnym zaangażowaniu widza w historię.
Ostatecznym potwierdzeniem sukcesu Miguela staje się propozycja zbudowania luksusowego bunkra dla miliardera z Doliny Krzemowej – i to właśnie w tym momencie pojawiają się wątpliwości. Czy aby wszystko nie poszło za daleko? Czy etycznie jest konstruować schron na wypadek apokalipsy dla kogoś, kto aktywnie się do niej przyczynia? A przede wszystkim: czy oznaczać miałoby to dla rodziny kolejną przeprowadzkę, i to w momencie, kiedy uwiła sobie ona w Londynie więcej niż komfortowe (i bardzo designerskie) gniazdko? Komfort ten zasadza się w dużej mierze na absolutnej prywatności – ich dom, choć nie znajduje się pod ziemią, to także rodzaj bunkra. Jego osobność i samowystarczalność zostaje jednak zaburzona przez sąsiada (Stephen Graham), który postanawia wybić w swojej ścianie okno. Z widokiem na ich ogród (w ich perspektywie) lub (według niego) doprowadzający nieco światła do magazynu, który przerobić zamierza na kawalerkę.
Całą recenzję filmu "Bunker" można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ.
autor: Jakub Popielecki
Kiedy Hamlet mówił, iż "za długo siedzi na słońcu", był to Szekspirowski kalambur, grający podobieństwem słów "sun" (słońce) i "son" (syn). Kiedy duńskiego księcia cytuje młody Caleb (Atticus Affleck) w scenie z filmu "Company", językowy niuans znika. Dwuznaczność, jeżeli w ogóle jest intencjonalna, w najlepszym wypadku stanowi tu porozumiewawcze mrugnięcie. Wypowiadający tę kwestię aktor jest przecież synem stojącego za kamerą Caseya Afflecka. Linijka z dramatu Szekspira funkcjonuje jednak w filmie dużo bardziej dosłownie, chociaż w toku fabuły nabiera dodatkowych znaczeń. Szkopuł w tym, iż "Company" siedziało nie tyle za długo na słońcu, co raczej za krótko w piekarniku.
Jeśli "Company" o czymś opowiada, to przede wszystkim o opowiadaniu historii. Tajemnicza dziewczyna w czerni (Emily Alyn Lind) znienacka pojawia się na domowym przyjęciu i proponuje, iż zabawi gości anegdotą. Bohaterką anegdoty jest tajemnicza dziewczyna w czerni (Caylee Cowan), którą znajduje w śniegu mieszkający na odludziu mężczyzna (Nick Nolte). Ta w podzięce postanawia zabawić go anegdotą. Bohaterem anegdoty jest tajemniczy chłopak w czerni, Caleb, którego znajduje w śniegu mieszkające na odludziu małżeństwo (Adelaide Clemens i Scoot McNairy)…
Najważniejsza z historii toczy się jednak właśnie "najniżej". To rozegrana w czasach Dzikiego Zachodu opowieść o parze farmerów, którzy przygarniają tajemniczego Caleba, podczas gdy w okolicy dochodzi do serii brutalnych mordów. Chłopak jest bardzo buńczuczny i byroniczny, farmer patrzy więc na niego z ukosa, ale jego żona jest przychylna gościowi. Między trojgiem osób w czterech ścianach leśnej chatki zaczyna powoli iskrzyć, a w powietrzu zawisa pytanie: jaki jest związek tej historii z dwiema opowieściami ramowymi?
Całą recenzję filmu "Company" można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ.
recenzja filmu "Bunker", reż. Florian Zeller, 2026
Odwrócona piramidaautor: Adam Kruk
To zdecydowanie ich rok. Javier Bardem dowiódł swej wielkości fantastyczną rolą w "Naturze miłości", za którą powinienem był dostać nagrodę w Cannes. Penélope Cruz ozdobiła pokazywaną tam "Czarną kulę", a także skradła show w "Zaproszeniu". Tymczasem na festiwalu w Wenecji premierę miała kolejna produkcja złotej pary hiszpańskiego kina (ozłoconej także w Stanach Oscarami) – od "Szynki, szynki" (1992) ich dziewiąta wspólna. Jest nią najnowsze dzieło Floriana Zellera, który wcześniej dwukrotnie przenosił na ekran własne sztuki teatralne, tym razem jednak pierwszy raz stworzył tekst specjalnie dla kina. "Bunkier" nosi przy tym cechy wcześniejszych dzieł reżysera: zarówno pod względem inteligentnej konstrukcji pamiętnej z "Ojca", jak i słabości "Syna" – szczególnie pewnej sztuczności, przeszkadzającej w pełnym zaangażowaniu widza w historię.
"Bunker"
Jeżeli jednak w poprzednim filmie Zellera wynikała ona z wyabstrahowania ze świata, o którym niby chciał opowiedzieć, zawężenia go do elit, w "Bunkrze" podobny zabieg służy sproblematyzowaniu świata architektury – społecznej i nie tylko. Bardem i Cruz grają tu Miguela i Sofię, majętną parę z siedemnastoletnim stażem i dwójką dzieci, mieszkającą w tej chwili w Londynie. Jak mówi jednak Miguel w wywiadzie rozpoczynającym film (dystrybucja informacji nie jest tu zbyt subtelna, trąci teatrem), gdy jest w Nowym Jorku, czuje się jego mieszkańcem, a gdy w Berlinie – berlińczykiem. Power couple zglobalizowanego świata, kwiat klasy kreatywnej: wzięty architekt i pracowniczka topowego wydawnictwa. Kiedyś mieszkali w Madrycie i, jak twierdzi Sofia, tam byli najszczęśliwsi; reguły gry są jednak nieubłagalne – trzeba wiecznie piąć się w górę i bogacić. Otaczać podobnymi sobie, chronić przed zazdrosnymi spojrzeniami. Ostatecznym potwierdzeniem sukcesu Miguela staje się propozycja zbudowania luksusowego bunkra dla miliardera z Doliny Krzemowej – i to właśnie w tym momencie pojawiają się wątpliwości. Czy aby wszystko nie poszło za daleko? Czy etycznie jest konstruować schron na wypadek apokalipsy dla kogoś, kto aktywnie się do niej przyczynia? A przede wszystkim: czy oznaczać miałoby to dla rodziny kolejną przeprowadzkę, i to w momencie, kiedy uwiła sobie ona w Londynie więcej niż komfortowe (i bardzo designerskie) gniazdko? Komfort ten zasadza się w dużej mierze na absolutnej prywatności – ich dom, choć nie znajduje się pod ziemią, to także rodzaj bunkra. Jego osobność i samowystarczalność zostaje jednak zaburzona przez sąsiada (Stephen Graham), który postanawia wybić w swojej ścianie okno. Z widokiem na ich ogród (w ich perspektywie) lub (według niego) doprowadzający nieco światła do magazynu, który przerobić zamierza na kawalerkę.
Całą recenzję filmu "Bunker" można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ.
***
recenzja filmu "Company", reż. Casey Affleck
Off-off-off-topicautor: Jakub Popielecki
Kiedy Hamlet mówił, iż "za długo siedzi na słońcu", był to Szekspirowski kalambur, grający podobieństwem słów "sun" (słońce) i "son" (syn). Kiedy duńskiego księcia cytuje młody Caleb (Atticus Affleck) w scenie z filmu "Company", językowy niuans znika. Dwuznaczność, jeżeli w ogóle jest intencjonalna, w najlepszym wypadku stanowi tu porozumiewawcze mrugnięcie. Wypowiadający tę kwestię aktor jest przecież synem stojącego za kamerą Caseya Afflecka. Linijka z dramatu Szekspira funkcjonuje jednak w filmie dużo bardziej dosłownie, chociaż w toku fabuły nabiera dodatkowych znaczeń. Szkopuł w tym, iż "Company" siedziało nie tyle za długo na słońcu, co raczej za krótko w piekarniku.
Jeśli "Company" o czymś opowiada, to przede wszystkim o opowiadaniu historii. Tajemnicza dziewczyna w czerni (Emily Alyn Lind) znienacka pojawia się na domowym przyjęciu i proponuje, iż zabawi gości anegdotą. Bohaterką anegdoty jest tajemnicza dziewczyna w czerni (Caylee Cowan), którą znajduje w śniegu mieszkający na odludziu mężczyzna (Nick Nolte). Ta w podzięce postanawia zabawić go anegdotą. Bohaterem anegdoty jest tajemniczy chłopak w czerni, Caleb, którego znajduje w śniegu mieszkające na odludziu małżeństwo (Adelaide Clemens i Scoot McNairy)…
"Company"
Affleck, który wyreżyserował film i napisał go w duecie z Ronem Hansenem, snuje tu narrację szkatułkową na podobieństwo choćby "Rękopisu znalezionego w Saragossie". Jedna postać opowiada historię drugiej postaci, która opowiada historię trzeciej postaci – i tak dalej. Raz na jakiś czas wracamy z fabularnego parteru na wyższe piętra narracji, co tylko wzmacnia rymy między poszczególnymi poziomami opowieści. Affleck dodatkowo gra z gatunkami: jest tu trochę westernu, trochę baśni i choćby odrobinka horroru. Najważniejsza z historii toczy się jednak właśnie "najniżej". To rozegrana w czasach Dzikiego Zachodu opowieść o parze farmerów, którzy przygarniają tajemniczego Caleba, podczas gdy w okolicy dochodzi do serii brutalnych mordów. Chłopak jest bardzo buńczuczny i byroniczny, farmer patrzy więc na niego z ukosa, ale jego żona jest przychylna gościowi. Między trojgiem osób w czterech ścianach leśnej chatki zaczyna powoli iskrzyć, a w powietrzu zawisa pytanie: jaki jest związek tej historii z dwiema opowieściami ramowymi?
Całą recenzję filmu "Company" można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ.






![Wszyscy mówią o Jamiem [zapowiedź i fotorelacja]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/09/IMG_9111.jpg)










