W PASZCZY SZALEŃSTWA. Takiego horroru nam trzeba! H.P. Lovecraft ucieleśniony!

film.org.pl 1 dzień temu

Nie od dziś wiadomo, iż Howard Phillips Lovecraft (1890–1937) nie ma szczęścia do kina. jeżeli prześledzić listę filmów inspirowanych bądź na motywach jego twórczości, można zauważyć, jak kilka z nich stara się zduplikować charakterystyczny dla autora opis szalonej rzeczywistości tak, aby nabrała ona cech namacalnego wręcz realizmu. Jak powoli odkrywana tajemnica staje się zapalnikiem postradania zmysłów u głównego bohatera. Jak niewiarygodna narracja nie pozostawia u odbiorcy wrażenia, iż ma do czynienia z majakami chorego umysłu, ale budzi autentyczne zagrożenie, niepoparte żadnymi, rozstrzygającymi dowodami. W paszczy szaleństwa.

Jest tak, jakby Lovecraft próbował przekonać sam siebie, iż Cthulhu, wymyślony przez niego Wielki Przedwieczny, jest tylko wytworem wyobraźni szaleńca, co jednak ostatecznie prowadzi do kompletnie odwrotnego wniosku – to wszystko prawda. Niestety kino nie umie lub nie chce adaptować dzieł Lovecrafta z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, przez co spora część ekranizacji kilka ma wspólnego z książkowym oryginałem, a reszta w sposób nieudolny próbuje zmierzyć się z jego prozą.

Zdarzają się takie tytuły, które choć daleko odchodzą od pierwowzoru (tak fabułą, jak i konwencją), zaskakująco dobrze odnajdują się na ekranie, by wymienić komediowego Re-Animatora (1985) lub wzorowany na nieme kino Zew Cthulhu (2005). Prawdopodobnie adaptacją najwierniejszą, a przy okazji zachowującą specyficzną książkową atmosferę, jest hiszpański Dagon (2001), ale to wcześniejsze o siedem lat W paszczy szaleństwa można uznać za najlepszy lovecraftowski horror. I jest to o tyle zaskakujące, gdyż film Johna Carpentera nie jest choćby oparty o żaden konkretny utwór autora Szepczącego w ciemności.

Punkt wyjścia brzmi jednak podejrzanie znajomo. Oto do szpitala psychiatrycznego trafia John Trent (Sam Neill) do niedawna wzięty detektyw ubezpieczeniowy, człowiek racjonalny, rzeczowy, a w swoim zawodzie niezwykle skuteczny. Badający jego przypadek doktor Wren (David Warner) postanawia dowiedzieć się, jak ktoś taki skończył w wariatkowie, co daje głównemu bohaterowi szansę opowiedzenia swojej niezwykłej historii. Okazuje się, iż jego ostatnie zlecenie dotyczyło znalezienia poczytnego autora horrorów, Suttera Cane’a (Jurgen Prochnow), który przepadł jak kamień w wodę, co gorsza, wraz z manuskryptem swojej nowej powieści.

Zaniepokojone wydawnictwo wynajęło Trenta, a ten bardzo gwałtownie odkrył, iż pisarz może ukrywać się w rzekomo fikcyjnym mieście ze swoich książek. Podróż do Hobb’s End, a następnie pobyt tam w towarzystwie wydawczyni Cane’a, Lindy Styles (Julie Carmen), rzeczywiście prowadzą detektywa w tytułową paszczę szaleństwa.

Jak widać, już sama konstrukcja fabularna – opowiadanie pogrążonego w obłędzie bohatera, który w obliczu własnego końca wspomina poprzedzające to wydarzenia – przywodzi na myśl dzieła Lovecrafta, a do tego dochodzą jeszcze cytaty z jego utworów, nazewnictwo (już tytuł jest parafrazą jego W górach szaleństwa), a choćby wygląd oślizgłych potworów z obowiązkowymi mackami. Ale o sukcesie dzieła Carpentera decydują nie tyle nawiązania do prozy słynnego pisarza, ile fakt, iż w równie dużej mierze film traktuje o sile książkowego medium, a konkretnie horroru.

Charakterystyczny dla tego gatunku w połowie lat dziewięćdziesiątych autotematyzm, który znalazł swoje ujście również w nakręconym w tym samym roku Nowym koszmarze Wesa Cravena oraz późniejszym o dwa lata Krzyku, również tego reżysera. O ile jednak tamte filmy jawnie polemizowały z klasyką, Carpenter daleki jest od postmodernistycznej zabawy. Dlatego pisarz nie nazywa się H.P. Lovecraft, ale Sutter Cane, a Hobb’s End niespecjalnie przypomina nadmorskie Innsmouth. W paszczy szaleństwa nie afiszuje się swoimi literackimi inspiracjami, traktując je bardziej jako smaczek dla wtajemniczonych.

Dzięki temu filmowi udaje się w bardzo niewymuszony i subtelny sposób nawiązywać do twórczości Lovecrafta przy jednoczesnym unikaniu bezpośrednich z nią konotacji. Innymi słowy, nie trzeba znać jego prozy, aby móc w pełni docenić film.

To dziwne, jak bardzo nie-Carpenterowski jest to horror. Reżyser, który zawsze potrafił zadbać o realizm, tutaj podważa go już od samego początku. Szpital psychiatryczny jest dziwnie czysty i pusty, a komitet powitalny z przerysowanym ordynatorem na czele, nienaturalny. Zainteresowany przypadkiem głównego bohatera tajemniczy doktor Wren pojawia się znikąd, otrzymuje dostęp do pacjenta, choć tak po prawdzie trudno powiedzieć, kim jest i co tam robi.

Dla Carpentera rzeczywistość zawsze stała w opozycji do pierwiastka fantastycznego, którego obecność budziła szok poznawczy i zdecydowany upór (najlepszymi tego przykładami są chociażby Halloween oraz Oni żyją). Tutaj wydaje się, jakby była ona nie do końca zgłębioną tajemnicą, a Trent jedynym bohaterem dostrzegającym i podejmującym walkę z jej umownością. Scenariusz Michaela De Luki daje jasną odpowiedź, dlaczego tak się dzieje, choć dodatkowo reżyser nasyca swój film atmosferą ciągłej wątpliwości o to, co oglądamy – prawdziwy świat oczami szaleńca czy też fałszywą rzeczywistość z perspektywy całkowicie normalnego człowieka?

Jeszcze zanim Trent wyruszy do Hobb’s End, sytuacje, z jakimi się styka, dalekie są od zwyczajności, czy to się tyczy wymachującego siekierą wariata, niezbyt zdrowo wyglądającego chłopaka w księgarni, czy też policjanta bijącego bezdomnego w zaułku. Ten ostatni epizod powtarza się w filmie kilkakrotnie, za każdym razem inaczej wybrzmiewając, ale zawsze zaskakując swoją koszmarnością. I mam tu na myśli nie bestialstwo, a klimat złego snu, z którego Trent wydaje się nie móc przebudzić.

Konstrukcja W paszczy szaleństwa oparta jest zresztą na licznych powtórkach i zapętleniach, czasem bardzo oczywistych (scena niemożliwej ucieczki z miasta, gdy główny bohater, gdziekolwiek by nie pojechał, zawsze wraca w to samo miejsce), innym razem enigmatycznych (przychodzi tu na myśl zwłaszcza upiorny rowerzysta, którego funkcja jest niejasna). Trudno powiedzieć, kiedy zaczyna, a kiedy kończy się prawda, kiedy zaczyna, a kiedy kończy się fikcja, oraz czy rozróżnienie to w jakikolwiek sposób jest zasadne. Chyba tylko dopóki Trent tak uważa.

Carpenter nazywa W paszczy szaleństwa zwieńczeniem swojej tak zwanej trylogii apokaliptycznej, w skład której wchodzą jeszcze Coś oraz Książę ciemności. Każdy na swój sposób prezentuje inną możliwość końca ludzkości, ale dopiero w tym ostatnim groźba zostaje spełniona. Nie przez kosmiczną formę życia, czy diabła, ale przez czytanie książek, zwłaszcza takich, które zniekształcają naszą rzeczywistość i narzucają jej nowy obraz.

Kiedy główny bohater przyjmuje w końcu do wiadomości, iż trafił do miasta znajdującego się wyłącznie w powieści Cane’a (nieprzypadkowo zatytułowanej W paszczy szaleństwa), a mieszkańcy Hobb’s End są postaciami literackimi, horror nabiera odcieni bardzo czarnej komedii. Trent zachwala książkowe opisy miasta, zauważając, iż powieść czyta się jak przewodnik; zdesperowany miejscowy zmuszony jest popełnić samobójstwo, bo tak został napisany; sam autor natomiast, przekonany o własnej boskości, stwierdza myślę, więc jesteś. W ten sposób pesymistyczne zakończenie wcale nie niesie ze sobą autentycznej grozy, ale przewrotną i gorzką konkluzję.

Zabije nas sztuka, literatura niska wyniesiona na piedestał przez nas samych. Oczywiście film reżysera Mgły nie jest w żaden sposób krytyką horroru (czy samego Lovecrafta i jego twórczości), ale obrazem doprowadzonej do granic absurdu wiary w jakąkolwiek wartość i znaczenie takiej prozy. Nie doszukujmy się sensu tam, gdzie go nie ma.

Być może Carpenter popełnił błąd, umieszczając finał w wielkim cudzysłowie, zapętlając historię w sposób niepozostawiający jakiejkolwiek nadziei na wydostanie się z pułapki, w jakiej znalazł się Trent. Kiedy chwilę później pojawiają się napisy końcowe ilustrowane rockowym tematem muzycznym, posępny Lovecraft wydaje się być dalekim skojarzeniem.

A mimo to W paszczy szaleństwa działa lepiej niż niejedna ekranizacja prozy tego autora – w decydującym momencie, zamiast patrzeć się na źródło swych inspiracji, odrzuca odtwórczość i prezentuje własną, konsekwentną wizję końca ludzkości. Puste kino i jednego jedynego widza na sali. Dla niektórych będzie to bardziej przerażające od wszystkich książkowych horrorów razem wziętych.

korekta: Kornelia Farynowska

Idź do oryginalnego materiału