W napięciu mięśni O „Dziwnych dziewczynach” Kamili Janiak

kulturaupodstaw.pl 2 dni temu
Zdjęcie: fot. Materiały prasowe


Kim jestem?

Najnowsza książka poetycka Kamili Janiak to niepodzielony na poszczególne teksty poemat: opowieść o przetrwaniu, o wstydzie transformacyjnym i o ciele, które pamięta wszystko, choćby jeżeli umysł bardzo chciałby zapomnieć.

Tom otwiera obsesyjna litania tożsamościowa. Każda kolejna strofa zdaje się zaczynać od deklaracji „jestem”, która u Janiak nie jest aktem dumy, ale raczej desperacką próbą zakotwiczenia się w czymkolwiek – w przedmiocie, w zapachu, w bólu.

Autorka „Dziwnych dziewczyn” buduje tożsamość prekarnego podmiotu, który nie posiada stabilnego „ja”, bo od dziecka był formowany przez brak: brak pieniędzy, brak przestrzeni, brak czułości.

jestem blisko ludzi.
ludzie nie wiedzą, o co chodzi.
zapach przepłukanych płynem zębów i głodu
unosi się nad przystankiem.
wiem, jak pachnie głód, bo on pachnie z żołądka.
wiem, jak błyszczy obietnica, bo ona błyszczy za czyjeś pieniądze.
po drugiej stronie zapala się arkadia.

fot. materiały prasowe

Janiak punktuje klasowy wymiar polskiej codzienności. „Zapach głodu z żołądka” skontrastowany z „błyszczącą obietnicą” Arkadii (warszawskiego centrum handlowego, ale i mitycznej krainy szczęśliwości) to obraz Polski po 1989 roku w pigułce. To świat, w którym:

„w ogóle wszyscy jesteśmy kulturalni / chociaż jutro moglibyśmy pozabijać się o wodę”.

Podmiotka-bohaterka Janiak jest „specjalistką od zapachów” – węchowcem, który wyczuwa fałsz systemu ukryty pod płynem do płukania ust. Całkiem to niezła diagnoza nadwyżki gniewu ukrytego pod maską grzeczności w komunikacji miejskiej.

Edukacja błędu i nostalgia nędzy

Znaczna część tomu to bolesna podróż do czasów wczesnej młodości, studiów na SGH i próby wejścia w struktury „państwa sukcesu”. Janiak dekonstruuje mit awansu społecznego, pokazując, iż dla „dziwnych dziewczyn” edukacja w prestiżowej uczelni ekonomicznej była jedynie przebraniem.

„Pozłacane koła Jennifer Lopez wprowadziłam na sgh” – pisze poetka, zestawiając aspiracje popkulturowe z surowością akademickich murów.

To opowieść o dziewczynie, która uczy się „robić z oka jaskółkę”, podczas gdy babcia karmiła ją, „a nie kochała”.

Bohaterka Janiak jest „językiem ekonometrii” i jednocześnie „cieniem w podziemnym barze”. Ta dwoistość jest uderzająca. Z jednej strony mamy twarde dane, łańcuchy dostaw i ekrany Nokii, z drugiej – folię malarską na brudnych deskach i sklepy z dopalaczami. Autorka przywołuje lata, w których „dopiero zaczynały się kolory”, a „plecaki i kurtki wyłaniały się ze szmat”. To poezja transformacyjnej nędzy, w której jedyną formą buntu była autodestrukcja lub ucieczka w „techno polo”.

Biologia wroga, biologia własna

Najbardziej dotkliwe utwory w tomie dotyczą jednak somatyki – ciała, które staje się areną walki. Janiak pisze o macierzyństwie w sposób, który unieważnia wszelkie lukrowane narracje. Macierzyństwo u Janiak to „kurcząca się macica”, „ścierka do kropel krwi” i „gotowanie cztery dni po porodzie”. To stan, w którym kobieta musi stać się „napiętym mięśniem”, by nie rozpaść się pod ciężarem oczekiwań i własnego zmęczenia.

minęło trochę czasu i kupiłam sztuczne futro.
dożyłam do własnych pieniędzy, polubiłam się z kiczem
i jak królowa chodzę po promocjach w rossmanie.
jednak każdej nocy boję się, iż stanie się coś nieodwracalnego.
raz dziennie sprawdzam, jak wygląda niebo.
zapamiętuję kolor i chowam w tej części mózgu,
która sparaliżowana strachem działa już automatycznie.

Przytoczony fragment obrazuje traumę, która nie mija wraz z poprawą statusu materialnego. „Promocje w rossmannie” i „sztuczne futro” to atrybuty nowej, pozornej stabilności, pod którą czai się paraliżujący strach. To lęk egzystencjalny, niemal eschatologiczny – sprawdzanie nieba jako codzienna rutyna kogoś, kto zawsze spodziewa się najgorszego. Janiak świetnie operuje tu kategorią kiczu jako formy ochrony, estetycznego azylu dla kogoś, kto „dożył do własnych pieniędzy”, ale wciąż nie czuje się u siebie.

Hostile environment

Warszawa w „Dziwnych dziewczynach” to hostile environment – środowisko wrogie, zdefiniowane przez beton, Orlen i „szarość Powiśla”. Miasto jest tu przedłużeniem infrastruktury lęku. Podmiotka „jeździ boltem, myśli boltem”, staje się „przystankiem w stronę centrum”.

Janiak dokonuje tu ciekawej operacji na języku – pojęcia z obszaru logistyki i usług (kod do przelewów, łańcuch dostaw, Bolt) służą jej do opisu stanów psychicznych, bo późny kapitalizm skolonizował nasze najintymniejsze sfery.

W tomie pojawia się również motyw dialogu, a adekwatnie przesłuchania. Kursywą zapisane pytania: „jak się pani dziś czuje?”, „jaki dla pani był?”, „dała mu pani kurtkę?” sugerują obecność terapeuty, urzędnika czy policjanta. Kobieta próbuje odpowiedzieć na te pytania, ale jej odpowiedzi zawsze wymykają się logice formularza.

Zamiast faktów dostajemy obrazy: „jestem czarnym żwirem”, „jestem jękiem”, „jestem wszystkim: od domestosa po kwasek cytrynowy”.

wypakowuję kamienie i ustawiam je w lodówce.
lodówka nie działa.
jestem ogniem w brzuchu.
jestem w środku czarna.
jestem w środku czerwona.
jestem zapchaną umywalką.
jestem wodą, która patrzy na kaloryfer, zamiast spłynąć.
nie jestem dobra. jestem wspaniała, myślę i kroję kamienie
w kosteczki.
jestem wszystkim: od domestosa po kwasek cytrynowy.
jestem zapaleniem piersi i bólem kręgosłupa.

Dziewczyńskość jako klątwa i siła

Tytułowe „dziwne dziewczyny” to pokoleniowa sztafeta. Bohaterka wiersza przegląda się w swojej córce, Mai, widząc w niej szansę na inny los, a jednocześnie drżąc o jej bezpieczeństwo w świecie „panów Asterixów” i szybkich ciosów zadawanych na przystankach.

To macierzyństwo jako nieustanna czujność, nitki obaw zamiast myśli.

Janiak w tym tomie jest wyjątkowo wyczulona na przemoc – tę symboliczną i tę fizyczną. Pisze o „zmiażdżonych nadgarstkach”, o „obrazach trupów”, o dzieciach, które „nie będą miały dostępu do wody”. Jej wiersze są jak „zegar zagłady”, który został zaktualizowany. Nie ma tu miejsca na metaforę, która by łagodziła przekaz. jeżeli kobieta mówi „jestem skokiem / gdy spadam, to łamię kości”, to czujemy ten trzask pod własną skórą.

Język, który dogania krew

Technicznie Janiak jest w doskonałej formie. Jej wiersze są krótkie, rwane, oparte na mocnym uderzeniu frazy. Rezygnacja z wielkich liter (poza imionami własnymi) i specyficzna interpunkcja budują wrażenie potoku świadomości, który jest jednak rygorystycznie kontrolowany. To nie ekstatyczny zapis, ale zimna notatka z miejsca wypadku, z życia.

„Dziwne dziewczyny” to książka ostateczna w swojej szczerości.

Kamila Janiak pokazuje, iż poezja w 2025 roku wciąż może być narzędziem radykalnym. Nie służy do pięknego mówienia, ale do nazywania tego, co niewygodne: biedy, wstydu, biologicznego terroru i klasowej wściekłości. To tom, który zostawia czytelnika z poczuciem dyskomfortu, ale jest to dyskomfort konieczny, by w ogóle zacząć rozumieć rzeczywistość „napiętego mięśnia”.

Idź do oryginalnego materiału