
Przeżyłem kolejny dzień. Właśnie wracam z treningu. Zanim na niego dotarłem, dowiedziałem się co nieco o filozoficznym pojęciu jakim jest dataizm (nie mylić z dadaizmem). Za Wielkim Słownikiem Języka Polskiego, dataizm to filozofia zakładająca, iż wszystko co nas otacza i czego doświadczamy, to wielki przepływ danych, a wartość każdego zjawiska czy bytu określa jego wkład w przetwarzanie danych.
Przypomina mi się fragment epilogu mojej książki (nie skończyłem jej jeszcze, ale ma już epilog).
Miałem kiedyś własną wizję nieba, która pomagała mi uspokoić nerwy wynikające z umysłowego przegrzania. W niej życie każdego człowieka jest bez przerwy rejestrowane i dostępne do obejrzenia w rajskich archiwach po śmierci. Jakbym do niego trafił na wieczność, mógłbym od czasu do czasu w nie zaglądać i poczuć ponownie na własnej skórze moje własne perypetie, a oprócz tego, zagłębiałbym się w doznania innych. Bliskich, nieznajomych, bohaterów historycznych, tych co żyli tysiąc lat temu, jak i tych co żyli wtedy co ja. Na tyle, na ile by mi pozwolili. Każdy kto tylko by chciał miałby również własny almanach podsumowujący własne życie w zbiorach, liczbach i artykułach. Przykładowo, Jan Kowalski przeszedł przez całe swoje życie pół miliarda kroków, przeczytał dwieście jedenaście książek, odwiedził tysiąc sto dziewięćdziesiąt pięć miast i tak dalej. Chodziło mi głównie o to, żeby się sztucznie pocieszyć tym, iż nic nigdy nie przepadło, choćby to co zostało przez śmiertelników zapomniane.






