Wychowywało nas pokolenie rodziców urodzonych przez ludzi, którzy przeżyli wojnę. Swoją traumę i jej konsekwencje przenieśli na tych, których najbardziej kochali. Często nie potrafili inaczej jak ciągle wracać do trudnych doświadczeń lub…uparcie milczeć i założyć pancerz. Udawać, iż nie czują i nic nie jest w stanie ich dotknąć. Niekiedy oschli, poranieni, innym razem zagubieni, niepewni lub zbyt kategoryczni i niesprawiedliwi. Budowali autorytet potrzebą kontroli dzieci, dyscypliną i brakiem wrażliwości. Pełnym posłuszeństwem. Siłą paska i mocnej dłoni. I to w nas zostało.
Ukształtuj bezpieczną więź. Daj sobie tego, czego sama nie dostałaśSchematy
Nasi rodzice przenieśli ten schemat na nas. Nie znali przecież innego. Uważali, iż nie mogą się mylić. Skoro tak jest od zawsze… iż dzieci i ryby głosu nie mają, iż lepiej nie chwalić, żeby nie zepsuć dziecka. Nie przytulać za często, bo młody człowiek stanie się słaby. Jako dzieci nie byliśmy ważni tak jak są ważne dzisiejsze dzieci. Mieliśmy siedzieć cicho, nie przeszkadzać, za dużo nie mówić, nie wyrażać emocji, nie złościć się.
Pokolenie nieważne dla rodziców wzięło się za wychowywanie swoich dzieci i…często wpadło w drugą pułapkę, skrajnie różną, nadopiekuńczości, braku granic.
Nie wyrośliśmy na dorosłych “ważnych”, jak nasi rodzice, ale ku zaskoczeniu ustawiliśmy się w cieniu, na podest ustawiając dzieci. I co znamienne, znowu, po latach zostaliśmy sami. Nasi rodzice stali się często dziadkami nieobecnymi, takimi, którzy wnuki traktują podobnie do nas, gdy byliśmy dziećmi: jako “zabawkę”, gdy jest nudno i jako bardziej lub mniej przykry balast na co dzień.
Bez emocji
Nasi rodzice często wyśmiewali płacz i zakazywali złości. Emocji w ich odczuciu były złe. Bo sami sobie na nie nie pozwalali. Emocje mogły przecież utrudnić życie, trzeba je wykreślić, mocno uwierzyć, iż ich nie ma, to naprawdę znikną.
Nasi rodzice wprost przecież nie chcieli źle. Oni zwykle nie potrafili inaczej. Wychowani w pewien sposób, wychowywali nas podobnie lub tak samo. Aż coś się zmieniło.
Odpowiedzialność
Jak to się stało, iż dzieci i rodzice się zmienili?
My sami urodziliśmy dzieci i poczuliśmy wielką odpowiedzialność. Zauważyliśmy, iż wcale nie jest tak, jak mówią, iż pasek sprawił, iż wyszliśmy na ludzi. Bo zauważyliśmy u siebie skutki takiego wychowania przez strach. Były nimi: objawy lęku, zagubienia, brak wiary w siebie, nieumiejętność stawiania granic, ciągłe niezadowolenie.
Zrozumieliśmy, iż to, co nam mówią, iż nasi rodzice i babki ogarniały, to nie jest wcale prawda. Przeczytaliśmy książki, dotarliśmy do dokumentów. Zaskoczyła nas skala przemocy, alkoholizmu, zdrad, życia na krawędzi… Dowiedzieliśmy się o tym, jakie konsekwencje niesie obserwowanie tego przez dzieci i zrozumieliśmy, iż nie chcemy tego samego dla następnego pokolenia.
Zagubienie
Często zagubieni wśród listy zakazów, nakazów, gdzieś pod skórą czuliśmy, iż ten sposób, który funkcjonował od lat nie działa, iż mamy wielką odpowiedzialność, żeby coś zmienić… Zarzucono nas książkami, których wcześniej nie było, radami, które kłócą się z narracją sprzed lat. Powiedzieli – macie szansę, wykorzystajcie ją. Dali nam narzędzia i kazali się wykazać. To jak projekt, wielka odpowiedzialność. Wzięliśmy się za robotę.
Sprzeczne rady
Z jednej strony pojawiły się głosy o potrzebie empatii i bycia blisko dziecka, z drugiej o tym, żeby nie traktować dziecka jak przyjaciela i uważać przed brakiem granic, bo będąc za dobrą, tak też można skrzywdzić dzieci.
Jedni mówili nie wychowuj, wystarczy dobry przykład, drudzy, iż już widać skutki bezstresowego wychowania i zbyt lekkiego podejścia do tematu. Mieszano nam w głowach, odebrano wiarę w to, co ważne.
Loża szyderców stanęła z boku i kibicowała tylko na pokaz, wierząc, iż życie da nam nauczkę. Wśród nich, z kącikiem ust charakterystycznie podniesionym, często ustawili się nasi rodzice, którzy poczuli się niedocenieni z powodu wyboru innej drogi przez nas niż ta, którą oni kroczyli. Otoczyli nas, a my pozostaliśmy sami.
Samotność
Wielu z nas zostało z tym samotnie, bez wsparcia własnych rodziców. Usłyszeliśmy, iż przesadzamy, iż odbije się to na nas czkawką, iż źle postępujemy. Martwiliśmy się, po cichu płakaliśmy z bezsilności. Za każdym razem gdy zamiast sięgnąć po pas, jak nasi rodzice, próbowaliśmy zrozumieć pojawiał się lęk. Byliśmy sami. Nasze mamy mówiły, iż trzeba dzieci raz w tygodniu doprowadzić do ustawień fabrycznych, iż dostaniemy na starość za swoją naiwność, iż to, co robimy to błąd. My albo wątpiliśmy, albo w ogóle nie chcieliśmy słuchać…
Świetne efekty
Aż do czasu, gdy zaczęliśmy nieśmiało obserwować, iż w naszym domu jest lepiej, spokojnie niż w domu rodzinnym. O wszystkim rozmawiamy, nikt się w schemacie nie obraża, drzwi, które sami zamykaliśmy jako nastolatki do swojego pokoju, w naszym domu są otwarte. Nie dlatego, iż tak każemy dzieciom, ale dlatego, iż one same tak wybierają.
Zamiast siedzieć samotnie w pokoju, przychodzą i opowiadają…śmieją się, nie boją się złościć. Widzimy, jak fantastyczną relację mają nasze córki i nasi synowie z ojcem. I przypominamy sobie, jak nie zbudowaliśmy własnej dobrej relacji ze swoim tatą. Nie miałyśmy bowiem szansy, bo nigdy jako dzieci nie byłyśmy priorytetem. Zawsze byliśmy tylko opcją.
Przyszłość
Widzimy, iż to, co robimy, całkowicie inaczej niż nasi rodzice, ma sens. Przynosi efekty. Nasze dzieci są silne, asertywne, ale też pełne empatii i uprzejme. Doceniamy, jak trudne jest wychowanie dzieci. I mimo złości sprzed lat, czujemy, iż już nie obwiniamy swoich rodziców. Rozumiemy, iż chcieli dobrze.
Mnóstwo rodziców czuje misję, żeby zerwać z traumą przodków, budować silne relacje, być wdzięcznym i widzieć dobro…. Nie tylko ze swoim dzieckiem, ale także z mężem i samej ze sobą. Codziennie toczymy bitwę między tym, co kiedyś, a tym, co czujemy, iż należy dzisiaj…i coraz bardziej uświadamiamy sobie, iż ten ogromny wysiłek był potrzebny, był po coś.
Wychowywać dzieci inaczej niż rodzice jest trudno. Dać sobie to, czego samemu sobie nie daliśmy, pozostało trudniejsze. Zobaczyć w sobie błędy przeszłości i nie załamać się, ale walczyć, zmieniać świat w swojej rodzinie – to naprawdę coś pięknego. To największa przygoda i najpoważniejsza misja, z jaką musimy się zmierzyć.
Czy jest jednak idealnie? Nie. Popełniamy błędy. Mnóstwo osób zaślepionych potrzebą dawania, zapomniało o sobie. Nadopiekuńczy wychowali nieporadne dzieci, zabiegani nie dali sobie tego, czego nigdy nie dostali.
Staliśmy się pokoleniem nieważnych – tak można to ująć. Najpierw unieważnieni przez własnych rodziców, a później przez siebie samych, oby tylko na końcu nie przez własne dzieci. Żeby tak się właśnie nie stało, kluczowa jest świadomość i odrobina zdrowego egoizmu. Tylko czy nas na nią stać? Czy rozumiemy, iż nie wystarczy dawać, trzeba też wymagać?




