Nie no zmieniłam tytuł, bo brzmiał obrzydliwie:P
Nowy sławny buc zdemaskowany i opisany, tym razem to kobieta, jak widać bycie świnią nie jest związane z płcią, ale to już wiedzieliśmy po Maszy Potockiej i Barbarze Fudalej. Jak to jest iż tak wielu sławnych ludzi, zwłaszcza w światku artystycznym, jest takimi agresywnymi burakami, oszustami i mitomanami zapatrzonymi tylko we własny tyłek? W sumie może nie jest ich więcej niż gdzie indziej, tylko moje oczekiwania są inne. Mam taką brzydką satysfakcję, trochę dziecinną, iż cała ta złość jej wyszła na twarz, bo nie wygląda dobrze, a jest prawie w moim wieku.
A propos wyglądania, całe uczulenie zeszło mi z oczu i niestety chyba są to produkty mleczne. Na wszelki wypadek odstawiłam też pomidory i cytrynę oczywiście, bo wiem, iż reaguję. Ale znikły również różne swędzące plamki z ramion i ogólnie czuję, iż nic mnie nie podrażnia, więc niestety będzie pożegnanie z serami, nad czym oczywiście ubolewam, bo ja kocham sery, a szczególnie swędzące śmierdzące.
W każdym razie kremy The Ordinary i CeraVe są świetne, ale The Skin Diary jest boski. Nie namawiam nikogo, bo drogi niemożebnie, ale to jest mój kawałek luksusu i (jak na razie) oceniam, iż warto. Co roku bez wyrzutów sumienia wydaję swój bonus bożonarodzeniowy z pracy na kremy i jeszcze żaden mnie tak nie oczarował, jak właśnie ten, a testowałam całą półkę Clarins, Lancome i Estee Lauder, na wszystkie przedziały wiekowe, choć przyznać muszę, iż ten jest najdroższy. Zachęciłam się zatem na dzienną wersję, choć muszę teraz uskładać. The Ordinary i CeraVe polecam już bez żadnych zastrzeżeń. Świechna się pyta co na słonko – mam jakiś koreański, ale już chyba stary, więc rzutem na taśmę kupiłam następny bardzo chwalony na forach i zobaczymy. Może napiszę jak będzie się sprawował.
Majowy weekend przed nami, z powodu mojej nogi nie planowaliśmy żadnych dalszych peregrynacji, ale iż nic już nie boli myślę o jakiś (bliskich) wycieczkach. A może tylko ogród, Mo już zarezerwowała czas na palenie ogniska.
Kończę powoli przebijanie się przez eseje, prezentacje i raporty, już bliżej niż dalej. I już niedługo zacznie się moja ulubiona część pracy nauczyciela akademickiego, czyli CZYTANIE LITERATURY, żeby być na bieżąco. Na razie podczytuję Milanovic’a The World Under Capitalism i Yuval-Davis et al. Bordering, nie mogę się doczekać kiedy nie będę musiała czytania przerywać wypocinami studentów. Oprócz tego jestem w połowie Losu, który dziedziczysz, książki, którą już chyba wszyscy czytali, a w której najbardziej brakuje mi przypisów! Jest fajnie napisana, ale jednak bardziej popularyzatorska, niż dogłębna, zbyt pop-psycho, bo własne interpretacje przemieszane są z bardzo dobrze już ugruntowanymi teoriami i modelami. No i epigenetyka mogłaby być lepiej wyjaśniona, no ale może to znudziłoby normalnego czytelnika, chociaż nie wiem, czy grupy metylowe wpływające na ekspresję genów są takie bardzo niezrozumiałe, bez przesady. Nie ma tam też nic o neuropsychoanalizie, a to chyba najważniejszy otwarty ostatnio horyzont badań mniej więcej w temacie ksiazki i niektóre odkrycia są tak ekscytujące, iż aż wywołują u mnie ciarki.








