REKLAMA
We wtorek Trybunał Sprawiedliwości UE wydał wyrok w sprawie dotyczącej tego, czy odmowa uznania przez państwo członkowskie skutków małżeństwa pary jednopłciowej zawartego w innym państwie członkowskim Unii narusza prawo unijne. Orzeczenie TSUE było odpowiedzią na pytanie zadane Trybunałowi przez polski Naczelny Sąd Administracyjny, który rozpatrywał sprawę dwóch polskich mężczyzn, którzy w czasie mieszkania w Niemczech zawarli tam związek małżeński, a następnie, po przeprowadzce do Polski, wystąpili o uznanie i transkrypcję do rejestru stanu cywilnego ich aktu małżeństwa. Odmówiono im.
Zobacz wideo
Czy słowa premiera zwiastują sprzeciw wobec wyroku TSUE w sprawie małżeństw jednopłciowych?
Treść wyroku jest jednoznaczna. TSUE orzekł, iż odmowa uznania małżeństwa jednopłciowego zawartego legalnie w innym kraju UE jest niezgodne z prawem unijnym - zarówno Traktatem o Funkcjonowaniu UE jak i Kartą Praw Podstawowych. Polska musi takie małżeństwa uznawać. Według doniesień Oko.press, rząd od dawna wiedział, iż taki właśnie będzie wyrok TSUE - istnieje już w tym zakresie wcześniejsze orzecznictwo, jasną opinię wystosował w sprawie rzecznik generalny Trybunału. Nie ma tu niespodzianki, przygotowania w resortach trwały od miesięcy. Nic nie wskazywało na to, iż polski rząd będzie zwalczać wyrok po jego wydaniu. Aż nagle w środę premier Donald Tusk wyskoczył z narracją czerpiącą wiadrami ze studni złotych myśli skrajnej prawicy.
Zaczęło się spokojnie: będziemy oczywiście respektować werdykty, wyroki trybunałów europejskich także w tej kwestii.Ale po chwili Tusk zmienił kompletnie ton: kiedy [pary jednopłciowe, który zawarły małżeństwo w innym kraju UE] przybędą do Polski, będziemy musieli i będziemy chcieli traktować ich z pełnym respektem, ale też zgodnie z przepisami polskimiJak zatem będzie? Czy Polska zamierza respektować wyrok TSUE, który zapewnia tym osobom, iż ich małżeństwo będzie uznane w Polsce, czy może jednak "będziemy traktować ich z pełnym respektem", cokolwiek to znaczy?Biorąc pod uwagę, iż Tusk natychmiast zaznaczył wielkie "ale" w postaci "zgodności z przepisami polskimi", to brzmi to jednak jakby "pełen respekt" dla tych osób nie miał zawierać w sobie respektowania wyroku TSUE i uznania legalnie zawartego poza Polską małżeństwa.
Zwłaszcza, jeżeli spojrzymy na inne fragmenty wypowiedzi premiera: My będziemy stali na straży tego, aby pozycja Polski w Europie była silna, a to oznacza także respektowanie trybunałów. Ale równocześnie wszędzie tam, gdzie rozstrzygać o sprawach musi państwo narodowe i prawo krajowe, będziemy się trzymać tej zasady. Także dalej pracujemy nad naszym projektem [o statusie osoby najbliższej]. I jeszcze raz chcę państwa uspokoić: nikt niczego w tej sprawie nam nie będzie narzucał.Wypowiedź Tuska można interpretować na dwa sposoby.Pierwszy, bardziej optymistyczny z punktu widzenia praworządność, sprowadza się do tego, iż premier zamierza w pełni dostosować się do samego wyroku, czyli doprowadzić do sytuacji, w której pary jednopłciowe, które zawarły małżeństwa w innym kraju UE, uzyskają status małżonków w Polsce, ale nie zamierza w odpowiedzi na wyrok TSUE zalegalizować zawierania małżeństw przez pary jednopłciowe w Polsce (czego wyrok TSUE zresztą w jednoznaczny sposób nie oczekuje, bo zaznacza jasno, iż taka decyzja leży w gestii państw członkowskich). Druga interpretacja jest taka, iż rząd nie zamierza uznawać małżeństw jednopłciowych zawartych w innym kraju UE, co byłoby równoznaczne z łamaniem prawa UE.
Sam fakt, iż po wystąpieniu Tuska musimy się zastanawiać, która z tych interpretacji jest słuszna, mówi bardzo wiele. Kiedy Tusk pokrzykuje, iż "nikt niczego nam w tej sprawie nie będzie narzucał", to mówi polexitem. Nikt nie narzuca Polsce wprowadzenia małżeństw jednopłciowych, to jest bardzo jasno i wielokrotnie powtórzone we wtorkowym wyroku TSUE. Gdy premier deklaruje, iż "wszędzie tam, gdzie rozstrzygać o sprawach musi państwo narodowe i prawo krajowe, będziemy się trzymać tej zasady", to nie wiadomo do kogo stoi w kontrze, bo TSUE podkreśliło, iż o sprawach związanych z legalizacją zawierania małżeństw jednopłciowych rozstrzygają indywidualne państwa członkowskie. Po co mówić takie rzeczy, jeżeli rząd zamierza stosować się do wyroku TSUE? Bo mimo wszystko trudno sobie wyobrazić, żeby miał się nie stosować. Zwłaszcza, iż jego zdolności w tym zakresie są ograniczone.
Wobec takiego wyroku Trybunału jest adekwatnie pewne, iż Naczelny Sąd Administracyjny nakaże uznanie i transkrypcję do rejestru stanu cywilnego aktu małżeństwa wnioskodawców, których batalia sądowa doprowadziła do wyroku TSUE. I po takim wyroku NSA sądy administracyjne niższej instancji też nie będą miały za bardzo wyboru, bo orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego będzie jednoznaczne. A to wszystko oznacza też, iż urzędnicy stanu cywilnego będą mieli świadomość, iż odmowa uznania i transkrypcji aktów małżeństwa par jednopłciowych zawartych w innych krajach UE zakończy się prędzej czy później przegranym pozwem. Żadne deklaracje Tuska o potrzebie zachowania "zgodności z przepisami polskimi" tu nie pomogą. Zgodnie z treścią wyroku TSUE, jeżeli NSA stwierdzi, iż "nie jest możliwe dokonanie wykładni prawa krajowego w sposób zgodny z prawem Unii", to jest "zobowiązany zapewnić, w ramach swoich kompetencji, ochronę prawną przysługującą jednostkom na podstawie tych postanowień i zagwarantować ich pełną skuteczność, w razie potrzeby poprzez odstąpienie od stosowania odnośnych przepisów krajowych". Chcę wierzyć, iż rząd, zgodnie z doniesieniami oko.press, planuje stosować się do wyroku TSUE, tak jak przygotowywał się do tego od miesięcy.
Ale jeżeli tak, to po co to całe eurosceptyczne stroszenie piór, rzucanie się Rejtanem, iż "‘nikt nam nie będzie niczego narzucał" i powoływanie się na świętość polskich przepisów, choć te znajdują się w hierarchii praw poniżej traktatów unijnych? Żeby obrzydzić ludziom Unię? Po co? Żeby skorzystali na tym PiS, Konfederacja i Grzegorz Braun?
To ciągłe napinanie muskułów wokół świętej suwerenności jest skrajnie nieodpowiedzialne. Tusk powinien doskonale to rozumieć - spędził pięć lat w Brukseli na walce z kłamstwami brexitowców. To, iż teraz w oparciu o mocno wątpliwe polityczne kalkulacje sam mówi ich językiem jest absolutnie karygodne.
