Trzy lata temu rozstałam się z mężem, Piotrem. Łączył nas tylko nasz pięcioletni synek, Wojtek. Nic już nas nie spajało, poza wspólną troską o dziecko. Nic dziwnego, iż zaledwie miesiąc po rozwodzie Piotr związał się z młodą dziewczyną, Jagodą. Trzy miesiące temu wzięli ślub w Krakowie.
Nie przejęłam się. Emocje już dawno ze mnie wyparowały. Wczoraj jednak dostałam od niej wiadomość, która poruszyła we mnie coś, czego się nie spodziewałam. Napisała bez ogródek, żebym zostawiła Piotra w spokoju i żebym nie liczyła już na żadne pieniądze, bo nic już od niego nie dostanę.
Wojtek ma tylko pięć lat. Przez pierwsze lata byłam z nim w domu na urlopie wychowawczym, zatem Piotr pokrywał wszystkie wydatki na dziecko i mieszkanie. Teraz pracuję na pół etatu w bibliotece. Po rozwodzie postanowiliśmy sprzedać nasze mieszkanie na Podgórzu trzypokojowe, pełne wspomnień i z tej sumy kupić dwa mniejsze: jedno dla Piotra, drugie dla mnie i Wojtka.
Piotr płaci regularnie alimenty całkiem wysokie, jak na polskie warunki, bo to 1800 zł miesięcznie. Całość przeznaczam na wydatki dla Wojtka: przedszkole, zajęcia z logopedii, plastikowe dinozaury, zdrowe jedzenie. Część musi pójść na rachunki bez tego nie da się żyć.
Ostatnio Wojtek zamarzył o treningach judo. To też kosztuje. I tak jakby pieniędzy zaczynało brakować. Wieczorami przeglądam oferty pracy, chodzę na rozmowy, wciąż liczę, iż znajdę coś na cały etat.
W tym roku Piotr wysłał jeszcze dodatkowe pieniądze z zastrzeżeniem, żebym koniecznie zabrała Wojtka w góry na wakacje. Pojechaliśmy w Bieszczady na tydzień. Syn był przeszczęśliwy, wciąż opowiadał o górskich potokach.
Dzięki temu, iż Piotr nie odwrócił się od Wojtka, choćby po rozstaniu, mogę być spokojna. Często gdy musiałam pobiec do lekarza czy na pilne spotkanie zostawiałam syna pod opieką Piotra. Zabierał go wtedy do parku Jordana, czasem do kina lub galerii handlowej. Nigdy jednak Wojtek nie przestąpił progu mieszkania ojca. Domyślałam się, iż to przez nową żonę Piotra. Nie wnikałam.
Aż do wczoraj. Jagoda postanowiła wystosować własny apel tym razem zadzwoniła, z wyrzutem w głosie. Powiedziała, iż jestem wyrachowana, iż nie mam sumienia, bo jej mąż wydaje na nas większość swojej pensji. Nie wytrzymałam zadzwoniłam do Piotra. Był wściekły. Powiedział, iż sam potrafi zadbać o dobro syna i nikt nie będzie rozporządzał jego przelewami.
Mimo to zaczął mnie dręczyć niepokój Czy Jagoda nie przekona go do ograniczenia alimentów? Czy będę musiała wytłumaczyć mojemu synkowi, iż nie pójdzie już na judo, iż nie wystarczy na wycieczkę, na ulubione książeczki?
Trzymam się myśli, iż Piotr mimo wszystko zachowa w sobie tę dobroć i szczerość, dla których kiedyś go pokochałam. Wierzę, iż miłość do syna okaże się silniejsza niż dziwne podszepty z boku.








