Trudny wybór
Znowu zostałem dłużej w biurze. Jadwiga siedziała przy stole, patrząc na wystudzony obiad. Zapach pieczonej kaczki z majerankiem mieszał się z aromatem świecy, którą zapaliła dwie godziny temu wosk kapnął się nieregularnymi kroplami, jak łzy. Telewizor w tle nucił prognozę pogody, ale ona nie słuchała. Skupiała się na skrzypieniu windy w klatce i na stukotach kroków na podwórku czy to nie on?
Drzwi jednak nie otwierały się.
Mogła zadzwonić i krzyknąć: Gdzie jesteś? albo Martwię się. Po co? Odpowiedziałby jak zawsze: krótkim Za chwilę albo zirytowanym Nie wyzywaj mnie. Potem przychodził, zaglądałby w telefon i między nami zawisałaby ta ciężka cisza jakbyśmy nie byli dwojgiem, a dwojgiem osobno.
Mieszkamy razem już pięć lat.
Wczoraj Kasia, moja koleżanka, wrzuciła na Facebooka zdjęcie chrzcin syna. W tle uśmiechnięte twarze, piękna sukienka, mąż Kasi trzymający maleństwo. Dziś w feedzie pojawiło się kolejne fotografowanie ślubu naszych wspólnych znajomych.
Kiedy wy? pytali.
Nie śpieszmy się odparł Andrzej Kowalski, mówiąc to z nonszalanckim wzruszeniem.
Jednak Jadwiga już miała dość tego nie śpieszmy się.
Czy naprawdę chcesz ze mną się ożenić? zapytała.
Właśnie wróciłem, zdjąłem kurtkę i sięgnąłem po piwo w lodówce. Pytanie złapało mnie z zaskoczenia ręka zamarła w połowie ruchu.
Oczywiście, iż tak odpowiedziałem, ale głos był przytłumiony, jakby słowa utknęły w gardle. To nie najlepszy moment, by to poruszać.
A kiedy będzie? wzięła widelec, jakby po raz pierwszy go widziała. Kiedy kupisz mieszkanie? Dostaniesz awans? A może kiedy oboje skończymy czterdziestkę?
Odwróciłem się, szukając ratunku w etykiecie piwa.
Nie denerwuj się, dobrze? Jestem zmęczony.
Ja też jestem zmęczona szepnęła.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, wyszedłem pod prysznic, zostawiając za sobą ciszę gęstą niczym mgła, w której się gubiliśmy od lat.
Wychowałem się, obserwując, jak rozpadła się rodzina.
Pamiętam ojca takiego, jakim był przedtem: zabawny, silny, podnoszący mnie, pięcioletniego, aż po sufit. I tego, jakim stał się później: z pustym spojrzeniem, stale pachnący alkoholowym oddechem, rzucający talerze w kierunku matki.
Lepiej nie mieć ojca niż mieć takiego wypowiedziałem kiedyś przy piwie z przyjacielem.
Wtedy obiecałem sobie: jeżeli kiedyś założę rodzinę, to nie będzie takiej. Tylko wtedy, gdy będę pewny, iż nie powtórzę błędu.
Pewności jednak nie było.
Jadwiga była całkowitym przeciwieństwem mojej matki spokojna, cierpliwa, nie skłonna do wybuchów. I mimo to
Za każdym razem, gdy ostrożnie poruszała temat ślubu, łapałem się na myśli:
A może się mylę? Czy w mnie nie śpi potwór?
Widziałem, jak moje pięści zaciskają się po ciężkim dniu dokładnie tak, jak u ojca. Czułem rosnącą irytację, gdy Jadwiga prosiła o coś. Choć nigdy nie podnosiłem ręki ani nie podnosiłem głosu, strach mieszkał głęboko:
A co jeżeli to dopiero początek?
Pewnego wieczoru, po szczególnie trudnej rozmowie, Jadwiga zapytała wprost:
Boisz się stać takim, jak twój ojciec?
Nie zostanę taki odparłem ostro.
Więc w czym problem?
W tym, iż nie wiem, czy będę wystarczająco dobry, by go zastąpić.
Zamilkła, po czym wzięła mnie za rękę:
Nikt nie wymaga ideału. Chcę po prostu, żebyś spróbował.
Wiedziałem jednak, iż spróbować dla mnie oznacza ryzyko zniszczenia kolejnego życia. Ten lęk przewyższał miłość.
Najpierw muszę stanąć na nogi rzekłem po wyjściu z prysznica, osuszając się ręcznikiem. W oczach widać było zmęczenie po dwunastogodzinnym dniu w biurze. Chcę, żeby u nas było idealnie.
Jadwiga siedziała przy stole, czekając. W jej spojrzeniu było coś między zrozumieniem a zmęczonym rozczarowaniem tę samą rozmowę prowadziliśmy już setny raz.
Co dla ciebie znaczy idealnie? zapytała, a w jej głosie nie było oskarżenia, jedynie szczerego zainteresowania.
Zamarłem. Słowo idealnie powtarzałem tak często, iż nigdy nie zastanawiałem się nad jego treścią. W głowie przewijały się obrazy: przestronne mieszkanie w centrum (choć wynajmowaliśmy przytulną dwupokojówkę pod metrem), nowy samochód (choć nasza używana Skoda dobrze służyła pięć lat), stanowisko dyrektora (choć już zarabiam trzykrotnie więcej niż średnia w Warszawie).
Nie odpowiedziałem, bo nagle uświadomiłem sobie, iż moje idealnie przypomina reklamowy baner: błyszczące, ale puste w środku. Jakby czekałem na magiczny moment, kiedy gwiazdy się poukładają, finanse podwoją się, a ja nagle zamienię się w idealnego męża, ojca, żywiciela.
Jadwiga obserwowała, jak na mojej twarzy zmieniają się wyrazy. Znała tę cechę zdolność wciągania się w pułapkę własnych nierealistycznych oczekiwań.
Wiesz w końcu powiedziała, wybierając słowa ostrożnie idealny moment nigdy nie nadejdzie. My możemy być szczęśliwi tu i teraz, po prostu tacy, jacy jesteśmy.
Spojrzałem na nasz dom na półki z książkami, które zbieraliśmy razem, na zdjęcia z podróży, na kota, który drzemie w fotelu. Po raz pierwszy pomyślałem: może idealnie nie chodzi o warunki, a o nas dwoje. ale strach przed nieznanym znów przycisnął mnie do milczenia.
Podniosłem pilot, wyłączyłem telewizor i sięgnąłem po telefon, dając do zrozumienia, iż rozmowa dobiegła końca.
Kochałem Jadwigę.
Kochałem, kiedy śmiała się z moich głupich żartów przy śniadaniu. Kochałem, gdy w nocy narzekała, iż zbyt mocno ciągnę kołdrę. Kochałem choćby jej nawyk zostawiania niewypitego herbaty po całym mieszkaniu każdy taki ślad wywoływał uśmiech.
Ale kochałem też ciszę.
Tą, co przychodzi, gdy Jadwiga wyjeżdża do rodziców na weekend. Kochałem swoje przyzwyczajenia rozrzucanie skarpet po podłodze, nie włączanie światła, siedzenie przy grach do trzeciej w nocy, spontaniczne wypady na ryby z kumplami bez wielkich wyjaśnień.
Po co nam pieczątka w akcie stanu cywilnego? pytałem, obejmując ją ramieniem, gdy myła naczynia. Jesteśmy już razem. Czy to nie wystarczy?
Jadwiga chciała czegoś więcej.
Nie diamentowego pierścionka, nie wystawnego bankietu w restauracji. Potrzebowała niemal niewidzialnego, ale ważnego poczucia wyboru. Aby każdego ranka wstawał i świadomie decydował być ze mną. Nie z inercji, nie dlatego iż tak się stało, ale dlatego iż naprawdę tego chce.
Pieczątka nie oznacza zobowiązania mówiła, patrząc mi prosto w oczy. To znak, iż spośród wszystkich możliwych żyć wybierasz właśnie to. Nasze.
Odwróciłem wzrok. Wiedziałem, iż już kiedyś ją wybrałem dawno temu. ale słowo na zawsze wciąż przerażało swoją ostatecznością. Jakby podpisując w Urzędzie Stanu Cywilnego, zamykał na zawsze chłopca, który mógłby w każdej chwili wyjechać gdziekolwiek.
A jeżeli się rozwiedziemy? wybuchło nagle, jakby długo nosiło się w środku, a teraz wypłynęło samo. Stałem przy oknie, plecami do Jadwigi, patrząc na wieczorne miasto, ale widziałem inne obrazy rachunki prawników, podział majątku, puste pokoje naszego mieszkania.
Co? zamarła Jadwiga.
No to drogo. Hipoteka, alimenty mówiłem metodicznie, jakby liczył plan biznesowy, nie koniec związku. Wiesz, jak mój kolega oddał pół mieszkania, a jeszcze płaci za dziecko
Jadwiga wstała powoli i roześmiała się gorzko, niemal bezgłośnie. Ten śmiech był bardziej wydechem niż śmiechem, jakby ostatni balon powietrza wydobywał się z tonącego statku.
Już planujesz rozwód, a bałeś się wziąć ślub odparła, a w jej głosie nie było gniewu, jedynie zmęczone zrozumienie. Najzabawniejsze jest to, iż boisz się rozwodu bardziej niż tego, iż możemy teraz stracić siebie. Bo rozwód to liczby, dokumenty, konkretne straty. A utrata miłości to dla ciebie abstrakcja, co?
Odwróciłem się. W oczach pojawiła się dezorientacja nie spodziewałem się takiej reakcji. Byłem gotów na kłótnię, łzy, może milczącą złość. Nie na tę przenikliwą jasność.
Po prostu zacząłem, ale słowa ugrzęzły w gardle. Co mogłem powiedzieć? Że próbowam chronić nas obu? Że przewiduję wszystkie scenariusze? Brzmiało to jak wymówka, a oboje to wiedzieliśmy.
Jadwiga podeszła wolno, zatrzymując się w odległości wyciągniętej ręki. Jej twarz była spokojna, ale w oczach tliła się nowa determinacja.
jeżeli już teraz myślisz o tym, jak się rozstaniemy szepnęła to już się rozstajemy. Tylko jeszcze nie zrobiliśmy tego na papierze.
Odwróciła się i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samemu z obliczeniami, lękami i nagle przytłaczającym uświadomieniem: wszystkie moje plany na przyszłość mogły właśnie zniszczyć teraźniejszość.
Finał
Rozstaliśmy się w jednym z tych nijakich dni roboczych, kiedy życie zwykle nie zmienia się niczym. Bez kłótni, bez rozbitego szkła po prostu Jadwiga przybyła z pracy godzinę wcześniej i zaczęła cicho pakować rzeczy. Złapałem ją w tym momencie, kiedy wróciłem do domu.
Wy… wyjeżdżasz? zapytałem, zamarzając w drzwiach.
Jadwiga starannie wkładała do walizki swetry, które tak lubiłem nosić. Jej ruchy były precyzyjne, wyważone widać było, iż decyzja nie była impulsem.
Tak odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. Znalazłam mieszkanie w centrum.
Poczucie, iż ziemia pod stopami odpada, przytłoczyło mnie. Przedstawiałem tę scenę setki razy, a teraz zrozumiałem, iż nie jestem gotowy. Wcale.
Moglibyśmy zacząłem, ale Jadwiga przerwała:
Nie, Andrzeju. Nie możemy. Dałam nam miesiąc po tamtej rozmowie. Nie podjąłeś choćby próby.
Zamknęła walizkę cichym trzaskiem. Ten dźwięk zabrzmiał głośniej niż zamknięte drzwi.
Jadwiga odszedła nie dlatego, iż przestała mnie kochać. Miłość nie znika w jednej chwili. Odeszła, bo w końcu pojęła: jego strach przed zobowiązaniami był silniejszy niż miłość. Bał się nie małżeństwa per se bał się podjąć świadomy wybór. Bał się powiedzieć tak nie tylko jej, ale i życiu, które po tym nastąpi.
Nie czekałem obietnic na całe życie powiedziała przy drzwiach. Chciałam tylko jednego żebyś wybrał nas tutaj i teraz. A ty się nie zdecydowałeś.
Zostałem sam. W mieszkaniu, które nagle stało się za duże. Z wolnością, która teraz brzmiała zbyt głośno. Z telefonem w ręku, w którym już pięć razy wpisywałem numer Jadwigi i wymazywałem go.
Byłem wolny. Całkowicie wolny. Mogłem robić, co chciałem jechać z kumplami na weekend, siedzieć do późna w biurze, zostawiać skarpetki gdzie popadnie. ale tej samej nocy leżałem na kanapie, patrząc w sufit i wspominając, jak Jadwiga narzekała we śnie, gdy przesuwałem kołdrę.
I nie potrafiłem rozstrzygnąć, co jest straszniejsze stracić ją, czy stracić samego siebie. Bo teraz, gdy nie była przy mnie, z przerażeniem uświadomiłem sobie: może prawdziwy jestem tym człowiekiem, który śmiał się razem z nią nad głupimi żartami przy śniadaniu. A ten wolny Andrzej, którego tak trzymałem, to tylko chłopak ukrywający się przed życiem za listą wymówek.
Rano w kuchni zobaczyłem jej ulubioną filiżankę z niedopitą herbatą. Automatycznie wypłukałem ją i schowałem doW ciszy mojego pustego mieszkania usłyszałem jedynie echo własnego serca.













