Trudna decyzja: Serce czy rozsądek?

polregion.pl 5 godzin temu

Trudny wybór

Andrzej Kowalski znów został po godzinach w biurze przy ul. Marszałkowskiej. Jadwiga siedziała przy stole i patrzyła na wystudzoną kolację. Zapach pieczonego kurczaka z ziołami mieszał się z wonią świecy, którą zapaliła dwie godziny temu wosk kapał nierównymi kroplami, jak łzy. Telewizor w tle szumiał o prognozie pogody, ale ona nie słuchała. Zamiast tego nasłuchiwała skrzypienie windy w klatce schodowej i kroki na podestach czy to nie on?

Drzwi jednak nie otwierały się.

Mogła zadzwonić. Zapytać: Gdzie jesteś? albo Martwię się. ale po co? On odpowiedziałby jak zawsze: krótkim Już zaraz albo zirytowanym Nie zadzieraj. Potem przyjdzie, przyciśnie telefon i między nimi zawiśnie to przytłaczające milczenie jakby nie byli dwójką, a dwiema osobami samotnymi.

Mieszkali razem już pięć lat.

Wczoraj jej przyjaciółka Zuzanna wrzuciła na Facebooka zdjęcie z chrztu synka. W tle uśmiechnięte twarze, piękna suknia, mąż Zuzanny trzymający malucha w ramionach. Dziś w feedzie pojawiło się kolejne zdjęcie ślubne wspólnych znajomych.

Kiedy wy? pytali.

Nie śpieszmy się odparł Andrzej.

Jednak Jadwiga zmęczyła się już tym nie śpieszmy się.

Czy naprawdę chcesz się mną ożenić? zapytała.

Właśnie wszedł, zdjął kurtkę i sięgnął po piwo z lodówki. Pytanie złapało go z zaskoczenia ręka zamarła w połowie ruchu.

Oczywiście, iż tak odpowiedział, ale głos był przytłumiony, jakby słowa utknęły w gardle. To nie jest najlepszy moment na takie pytanie.

A kiedy będzie lepszy? wzięła widelec, jakby widziała go po raz pierwszy. Kiedy kupisz mieszkanie? Dostaniesz awans? Czy może, kiedy nam obu skończy się czterdzieści?

On odwrócił się, szukając ratunku w etykiecie butelki.

Nie podnoś więc ręki, dobra? Jestem zmęczony.

Ja też jestem zmęczona wyszeptała.

Już szedł pod prysznic, zostawiając po sobie ciszę gęstą niczym mgła, w której znikali od lat.

Andrzej dorastał, obserwując rozpad rodzin.

Pamiętał ojca tego, jakim był przed: zabawny, silny, podrzucający go, pięcioletniego, aż po sufit. I tego, jakim stał się później: z pustym spojrzeniem, wiecznie pachnący po alkoholu, rzucający naczynia w kierunku matki.

Lepiej nie mieć ojca takiego wypowiedział kiedyś przy rozmowie z kolegą.

Wtedy dał sobie obietnicę: jeżeli już założę rodzinę, nie będzie to taka. Tylko gdy będę pewny, iż nie powtórzę błędu.

Pewności jednak nie miał.

Jadwiga była całkowitym przeciwieństwem jego matki spokojna, cierpliwa, nie skłonna do histerii. A mimo to

Za każdym razem, gdy ostrożnie poruszała temat ślubu, Andrzej łapał się na myśli:

A może się mylę? Czy w mnie nie śpi ten sam potwór?

Widział, jak jego dłonie zaciskają się w pięści po ciężkim dniu zupełnie jak ojca. Czuł narastającą irytację, kiedy Jadwiga prosiła o coś. Choć nigdy nie podniósł na nią ręki ani głosu, strach mieszkał głęboko:

Co jeżeli to dopiero początek?

Pewnego wieczoru, po szczególnie trudnej rozmowie, Jadwiga zapytała prosto:

Boisz się stać takim jak twój ojciec?

Nie zostanę taki odparł ostry głos.

Więc w czym problem?

W tym, iż nie wiem, czy będę w stanie być wystarczająco dobry zamiast niego.

Zamilkła, po czym wzięła go za rękę:

Nikt nie wymaga ideału. Po prostu chcę, byś spróbował.

Andrzej wiedział, iż spróbować oznacza ryzyko zniszczenia kolejnego życia. Ten lęk był silniejszy niż miłość.

Muszę najpierw stanąć na nogi powiedział, wycierając się ręcznikiem po kąpieli. W oczach miał zmęczenie po dwunastogodzinnym dniu w pracy. Chcę, żeby wszystko było idealne.

Jadwiga siedziała przy stole, czekając. W jej spojrzeniu było coś pomiędzy zrozumieniem a zmęczonym rozczarowaniem tę samą rozmowę prowadzili już setny raz.

A co dla ciebie znaczy idealnie? zapytała, nie tonąc w pretensjach, a w szczerym zainteresowaniu.

Andrzej stanął w miejscu. Słowo wypowiadał często, ale nigdy nie zastanawiał się nad jego treścią. W głowie przewijały się obrazy: przestronne mieszkanie w centrum (choć wynajmowali przytulne dwupokojowe przy metra), nowy samochód (choć jego używany Toyota służył pięć lat), stanowisko dyrektora (choć zarabiał trzykrotnie więcej niż średnia w Warszawie).

Nie odpowiedział, bo nagle zdał sobie sprawę jego idealnie przypominało reklamowy baner: błyskotliwy, ale pusty w środku. Czekał na magiczny moment, kiedy gwiazdy się ułożą, finanse podwoją się i nagle stanie się innym człowiekiem idealnym mężem, ojcem, żywicielem.

Jadwiga obserwowała, jak na jego twarzy zmieniają się wyrazy. Znała tę jego cechę umiejętność wpadania w pułapkę własnych nierealistycznych oczekiwań.

Wiesz, w końcu powiedziała ostrożnie, idealny moment nigdy nie przyjdzie. My możemy być szczęśliwi tu i teraz, po prostu tacy, jacy jesteśmy.

Andrzej spojrzał na ich mieszkanie na półki z książkami, które zbierali razem, na zdjęcia z podróży, na kota Mruczka, który drzemie w fotelu. Po raz pierwszy pomyślał: a może idealnie to nie warunki, a my dwoje? ale lęk przed nieznanym znów uciszył go.

Chwycił pilot, wyłączył telewizor i sięgnął po telefon, dając do zrozumienia, iż rozmowa dobiegła końca.

Andrzej kochał Jadwigę.

Kochał, gdy śmiała się z jego głupich żartów przy śniadaniu. Kochał, jak wzdychała we śnie, kiedy on podciągał kołdrę na siebie. Kochał choćby jej nawyk zostawiania niedopitych herbat w całym domu każda taka znajdźka wywoływała uśmiech.

Ale kochał też ciszę.

Tę, która zapadała, gdy Jadwiga wyjeżdżała do rodziców na weekend. Kochał swoje przyzwyczajenia rozrzucanie skarpet po podłodze, nie włączanie światła, granie do trzeciej w nocy, spontaniczne wypady na ryby z kumplami bez długich wyjaśnień.

Po co nam pieczątka w paszporcie? pytał w takie chwile, obejmując ją za ramiona, gdy myła naczynia. Jesteśmy już razem. Czy to nie wystarczy?

Jadwiga chciała czegoś więcej.

Nie pierścionków z diamentami, nie wystawnego bankietu w restauracji. Potrzebowała niemal niewyraźnego, ale ważnego odczucia wyboru. By każdy poranek był świadomym decyzją, by być z nią, nie z przyzwyczajenia, nie dlatego iż tak się stało, a dlatego iż naprawdę tego pragnie.

Pieczątka to nie zobowiązanie mówiła, patrząc mu w oczy. To znak, iż spośród wszystkich możliwych żyć wybierasz właśnie to. Nasze.

Andrzej odwracał wzrok. Wiedział, iż już wybrał wybrał ją dawno. ale słowo na zawsze wciąż go przerażało swoją ostatecznością. Jakby podpisując się w Urzędzie Stanu Cywilnego, na zawsze pochował tego beztroskiego chłopaka, który mógł w każdej chwili rzucić się gdziekolwiek.

A co jeżeli się rozwiedziemy? wybuchło nagle, jakby nosił to w sobie od dawna, a słowa wypłynęły same. Stał przy oknie, plecami do Jadwigi, patrząc na wieczorne Warszawy, ale widział zupełnie inne obrazy rachunki prawników, podział majątku, puste pokoje w ich mieszkaniu.

Co? zamarła Jadwiga.

No to drogie. Hipoteka, alimenty mówił metodicznie, jakby liczył biznesplan, nie koniec ich związku. Wiesz, jak u kolegi: oddał pół mieszkania, jeszcze płaci na dziecko

Jadwiga wstała z krzesła i rozbawiła się gorzko, prawie bezgłośnie. Ten śmiech brzmiał jak wydech, ostatnia bańka powietrza z tonącego statku.

Już rozważyłeś rozwód, a boisz się małżeństwa rzekła, a w jej głosie nie było gniewu, tylko zmęczone zrozumienie. Wiesz, co jest najzabawniejsze? Boisz się rozwodu bardziej niż tego, iż możemy stracić siebie teraz. Bo rozwód to liczby, dokumenty, konkretne straty. A utrata miłości to dla ciebie coś abstrakcyjnego, prawda?

Andrzej odwrócił się. W jego oczach widała dezorientacja nie spodziewał się takiej reakcji. Był przygotowany na kłótnię, łzy, może milczącą niechęć, ale nie na tę przenikliwą jasność.

Po prostu zaczął, ale słowa utknęły w gardle. Co mógł powiedzieć? Że chce chronić ich oboje? Że chce przewidzieć wszystkie scenariusze? Brzmiało to jak wymówka, a oboje to znali.

Jadwiga podeszła powoli, zatrzymując się na odległość wyciągniętej ręki. Jej twarz była spokojna, w oczach nowa determinacja.

jeżeli już teraz myślisz o tym, jak się rozstaniemy powiedziała cicho to już się rozstajemy. Po prostu jeszcze nie spisałeś tego na papierze.

Odwróciła się i wyszła z pokoju, zostawiając Andrzeja samego z jego kalkulacjami, lękami i nagle przytłaczającą świadomością: wszystkie jego plany na przyszłość mogą właśnie teraz niszczyć teraźniejszość.

Finał

Rozstali się w jednym z tych nijakich roboczych dni, kiedy życie zwykle nie zmienia się niczym. Bez sprzeczek, bez połamanych talerzy po prostu Jadwiga przyszła z pracy godzinę wcześniej i zaczęła cicho pakować rzeczy. Andrzej złapał ją w tym momencie, gdy wrócił do domu.

Wy wyjeżdżasz? zapytał, stojąc w drzwiach.

Jadwiga starannie wkładała do walizki swetry, które tak lubił nosić. Jej ruchy były precyzyjne, wyważone widać było, iż decyzja nie jest spontaniczna.

Tak odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. Wzięłam mieszkanie na Śródmieściu.

Andrzej poczuł, iż pod nogami znika ziemia. Wyobrażał tę scenę setki razy, a teraz zrozumiał, iż nie jest gotowy. Zupełnie.

Moglibyśmy zaczął, ale Jadwiga przerwała:

Nie, Andrzeju. Nie możemy. Dałam nam miesiąc po tej rozmowie. Nie podjąłeś żadnego kroku.

Zamknęła walizkę z cichym trzaskiem. Ten dźwięk zabrzmiał głośniej niż zamknięte drzwi.

Jadwiga odjechała nie dlatego, iż przestała kochać. Miłość jest dziwna, nie znika w jednej chwili. Odeszła, bo w końcu zrozumiała: jego strach przed zobowiązaniem był silniejszy niż miłość. Bał się nie małżeństwa jako takiego bał się podjąć świadomy wybór. Bał się powiedzieć tak nie tylko jej, ale i życiu, które za tym przyjdzie.

Nie czekałem obietnic na całe życie powiedziała przy drzwiach. Prosiłem tylko o jedno żebyś wybrał nas tu i teraz. A ty się nie zdecydowałeś.

Andrzej został sam. W mieszkaniu, które nagle stało się za duże. Z wolnością, która teraz brzmiała zbyt donośnie. Z telefonem w ręku, na którym już pięć razy wpisywał numer Jadwigi i za każdym razem ją usuwał.

Był wolny. Całkowicie wolny. Mógł robić, co chciał jeździć z kumplami na weekend, zostawać w pracy do późna, rozrzucać skarpetki po domu. Ale tej samej nocy leżał na kanapie i patrzył w sufit, wspominając, jak Jadwiga jęczała we śnie, gdy on ciągnął kołdrę.

Nie wiedział, co było straszniejsze stracić ją czy stracić siebie. Bo teraz, gdy nie było jej obok, przerażała go myśl, iż prawdziwy on może być tym facetem, który śmiał się z jej żartów przy śniadaniu. A wolny Andrzej, którego tak podziwiał, to tylko chłopak, który ukrywa się przed życiem za listą wymówek.

Rankiem w kuchni zobaczył jej ulubiony kubek z niedopitą herbatą. Andrzej automatycznie umył go i włożył do szafki dopiero wtedy zrozumiał, iż już nie będzie nikogo, kto będzie zostawiał te kubki po całym mieszkaniu.

Idź do oryginalnego materiału