Triggerfinger: „Coś absolutnie szalonego” #wywiad

rockmetalnews.pl 5 godzin temu

Triggerfinger to belgijska formacja, która w swojej karierze grała przed walką bokserską Władimira Kliczki, a także dwukrotnie supportowała The Rolling Stones. O tych wydarzeniach, nowym albumie „Tarmac”, poszukiwaniach muzycznych oraz wielu innych opowiedzieli nam Ruben Block oraz Mario Goossens.

Powstaliście w 1998 roku, a pierwszy album wydaliście w 2004. Jak wyglądała wasza działalność przez te pierwsze sześć lat?

Ruben: Głównie po prostu graliśmy. Chcieliśmy występować wszędzie, gdzie tylko się dało i jak najczęściej, łącząc to z pracą zarobkową, bo zespół nie przynosił żadnych dochodów. Kiedy zaczęliśmy grać, zrozumieliśmy, iż to coś, co musimy robić. Między nami trzema wytworzyła się wyjątkowa więź. Graliśmy już wcześniej z naprawdę świetnymi muzykami, ale to było coś zupełnie innego; pojawiła się szczególna energia, która nas połączyła. Po prostu musieliśmy grać razem. Na początku trzeba było to godzić z pracą na etacie, zleceniami w studiu czy występami z innymi artystami, a to nie zawsze było łatwe, bo trzeba było jakoś pogodzić wszystkie grafiki. Bywało ciężko, ale każdy z nas robił, co mógł, żeby zagrać każdy koncert, który nam proponowano. Nieważne gdzie: w małych barach, klubach, na pakach ciężarówek, u jakiegoś rolnika w gospodarstwie. Graliśmy wszędzie. Po prostu chcieliśmy to robić. Z czasem zaczęły pojawiać się okazje, na przykład występy na festiwalach czy koncert w Holandii. Wyjeżdżaliśmy za granicę, żeby tam grać i szlifować materiał. Na początku graliśmy trochę coverów, ale stopniowo zaczęliśmy tworzyć własne utwory, przygotowując się do wydania debiutanckiego albumu. Początkowo nikt nie chciał nas podpisać; pukaliśmy do drzwi każdej wytwórni w Belgii, ale wszędzie słyszeliśmy: „nie wiemy”, „to trudne”, „muzyka gitarowa…”. W końcu mała wytwórnia z Brukseli, Green Elephant, zdecydowała się z nami współpracować i tak to się wszystko zaczęło, w wielkim skrócie. Tak, poza tym na początku mieliśmy pewne trudności ze znalezieniem odpowiedniego producenta płyty. Byliśmy bardzo zajęci, odbyliśmy kilka sesji nagraniowych z różnymi osobami, ale okazało się, iż to nie jest ten klimat, o który nam chodziło. Ostatecznie trafiliśmy do naszego dobrego znajomego, Paula, który miał własne studio. Kiedy byliśmy już prawie gotowi do nagrań, nasz ówczesny basista, Vladimir, postanowił odejść z zespołu. Wtedy właśnie wkroczył Paul i zaczęliśmy nagrywać nasz pierwszy album w jego studiu.

Chciałbym zapytać o wasze pierwsze doświadczenia z instrumentami. Jak to się zaczęło w waszych przypadkach?

Ruben: Rodzice przez pewien czas posyłali mnie na lekcje gry na skrzypcach. Podobno choćby nie szło mi najgorzej, ale z czasem to zarzuciłem, bo skrzypce po prostu nie były dla mnie. Potem, gdy miałem 19 lat i uczyłem się w szkole plastycznej, zająłem się malarstwem. Na pierwszym roku pożyczyłem od kolegi z akademika gitarę akustyczną i zacząłem na niej trochę eksperymentować. Kupiłem niewielki śpiewnik z chwytami i zacząłem próbować swoich sił. Po pewnym czasie grałem na gitarze częściej, niż rysowałem czy malowałem. Jednak najważniejszy moment mógł nastąpić jeszcze wcześniej w ostatnim roku przed rozpoczęciem szkoły plastycznej. Byliśmy wtedy z klasą na wycieczce we Włoszech. Jeden z moich kolegów był niezwykle utalentowany: potrafił rysować, grać, a choćby występować. W autokarze jadącym do Rzymu zaczął grać na gitarze. Wykonywał „Purple Rain” Prince’a, więc zapytałem, czy mógłby mi pokazać, jak to robi. Pokazał mi chwyty – uproszczoną wersję utworu – a ja chyba zagrałem go dwieście razy z rzędu, po prostu dlatego, iż wreszcie potrafiłem wykonać prawdziwą piosenkę. Byłem tym tak podekscytowany, iż ciągle wołałem: „Hej, patrzcie na to!”. Moi koledzy z klasy niemal oszaleli, bo w kółko grałem to samo i byli już gotowi wyrzucić mnie z autokaru! Dla mnie jednak możliwość zagrania utworu na gitarze była czymś absolutnie fascynującym. Potem na jakiś czas o tym zapomniałem, skupiając się na zajęciach z rysunku i malarstwa, ale gdy później pożyczyłem gitarę od znajomego, wróciłem do gry i tak już zostało.

Mario: Miałem chyba około sześciu lat, kiedy odkryłem pewien program telewizyjny w Belgii. Pokazywali w nim teledyski, trochę w stylu brytyjskiego „Top of the Pops”. Jako dzieciak oglądałem to regularnie; pamiętam, iż zobaczyłem tam zespół The Police – muzycy byli bardzo zaangażowani w grę w studiu. Zacząłem więc naśladować to, co widziałem na ekranie: u babci w domu zbierałem wiadra, garnki i patelnie, tworząc z nich zestaw perkusyjny. Grałem na tym wszystkim, a także na krzesłach. Każdego tygodnia babcia pytała moich rodziców: „Co tu się dzieje? Wszystkie moje wiadra są zniszczone, garnki, patelnie, krzesła – wszystko połamane!”. A to dlatego, iż ciągle w to waliłem i uderzałem z całych sił. Na szczęście po stronie mojego taty miałem wuja, który był zawodowym DJ-em. Zasugerował moim rodzicom: „Może kupcie mu mały zestaw perkusyjny – taki specjalny, dziecięcy”. Rodzice, którzy sami nie mieli o muzyce żadnego pojęcia i nigdy na niczym nie grali, posłuchali tej rady i kupili mi perkusję. Grałem na niej od szóstego do dwunastego roku życia, nie biorąc żadnych lekcji – rodzice uznali, iż jestem za mały na naukę i iż pewnie gwałtownie porzucę bębny na rzecz piłki nożnej czy czegoś w tym stylu. Tak się jednak nie stało; grałem dalej. Gdy skończyłem 12 lat, zapragnąłem zostać gitarzystą. Byłem wtedy chyba najbardziej nieznośnym dzieciakiem na świecie – ciągle marudziłem rodzicom, iż chcę grać na gitarze i iż musimy jakąś kupić. Oni na to: „Musisz sobie na nią zasłużyć i sam zarobić pieniądze”. Tak też zrobiłem – kupiłem sobie gitarę. Wziąłem trzy lekcje, po których nauczyciel stwierdził, iż nie mam talentu – przynajmniej nie do gry na gitarze. W tym samym czasie miałem kolegę, który był naprawdę świetnym gitarzystą. Kiedyś wpadł do mnie do domu, zobaczył, jak gram na perkusji i zapytał: „Dlaczego nie grasz na bębnach zamiast na gitarze?”. Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. Zaczęliśmy więc razem muzykować – on na gitarze, ja na perkusji. Znaliśmy tylko jeden utwór – „Gloria” – i graliśmy go chyba przez cztery godziny bez przerwy. On znał akordy, ja znałem partię perkusji, więc po prostu graliśmy dalej. Kiedy zacząłem grać, moi rodzice chyba uznali, iż może jestem utalentowanym perkusistą, więc postanowili zapisać mnie na lekcje i zobaczyć, co z tego wyniknie. Pierwsze lekcje gry na perkusji wziąłem w wieku 12 lat i od tamtej pory nieprzerwanie korzystałem z pomocy prywatnych nauczycieli. Gdy miałem 18 lat, rozpocząłem naukę w specjalistycznej szkole perkusyjnej w Holandii, przygotowującej do zawodu profesjonalnego muzyka. Spędziłem tam kilka lat, po czym wyjechałem do Nowego Jorku, by uczyć się od wybitnych fachowców – to oni przekazali mi solidne podstawy techniczne (w tym technikę Millera). Jeden z tych nauczycieli stał się zresztą moim najważniejszym mentorem. W międzyczasie – miałem wtedy chyba 13 lat – założyłem swój pierwszy zespół; był to skład thrashmetalowy, bo mocno siedziałem w klimatach takich kapel jak Slayer czy Testament. Muzycy, z którymi grałem, byli ode mnie znacznie starsi – niektórzy choćby o dekadę – ale chcieli ze mną współpracować, twierdząc, iż mam talent. Ja po prostu chciałem grać, więc nie zastanawiałem się nad tym zbyt wiele. Przez pewien czas kontynuowałem przygodę z metalem, aż w końcu dowiedziałem się, iż krewny mojego kuzyna – również niezły perkusista – gra w zespołach wykonujących covery i całkiem nieźle na tym zarabia. Pomyślałem sobie: „Skoro można na tym zarobić, to może warto spróbować?”. Zacząłem więc grać w coverbandach. Mając 18 czy 19 lat, nauczyłem się tam mnóstwo o innych gatunkach muzycznych, a także o tym, na czym polega praca profesjonalnego muzyka – w tym muzyka sesyjnego. Byłem muzykiem i miałem chyba jakieś 25 lat, kiedy poznałem Rubena. Wszystko to nieustannie się rozwijało – grałem coraz więcej, poznawałem mnóstwo innych muzyków, którzy wciągali mnie w swoje projekty. Kiedy spotkałem Rubena, pracowałem głównie jako muzyk sesyjny, ale granie z nim było czymś zupełnie innym – po raz pierwszy poczułem, iż to, co robimy, jest naprawdę bliskie temu, co w muzyce najbardziej lubię. Tak więc zaczęliśmy współpracować, gdy miałem, jeżeli dobrze pamiętam, 25 lat.

Moje kolejne pytanie dotyczy czasów współczesnych oraz waszego najnowszego albumu, „Tarmac”. Przesłuchałem go jak dotąd tylko raz, w piątkowy wieczór. Odniosłem wrażenie, iż to dość krótka płyta – trwa 33 minuty – jest za to bardzo chwytliwa i pełna groove’u. Jaka historia kryje się za powstaniem tego albumu?

Ruben: W przeszłości tworzyliśmy albumy w inny sposób. Na początku chodziło bardziej o wspólne granie na żywo, o tę szczególną atmosferę i energię, która powstaje podczas prób i pisania utworów. Potem wchodziło się do studia, by zarejestrować materiał najlepiej, jak to możliwe. To był pierwszy album bez Paula – odszedł z zespołu, ponieważ ze względu na stan zdrowia nie mógł już dłużej koncertować. Powiedział nam: „Nie chcę was wstrzymywać; róbcie to, co musicie, nagrajcie świetną płytę i grajcie dalej – może z naszym drogim przyjacielem Geoffreyem na basie”. Wcześniej nagrałem płytę z Mitchellem Froome’em – był to album „Colossus” i było to fantastyczne doświadczenie. Potem zrealizowaliśmy razem mój solowy krążek; nie mieliśmy budżetu, więc wszystko robiliśmy sami – pisaliśmy piosenki, graliśmy na wszystkich instrumentach i zajmowaliśmy się nagraniami. Była to świetna zabawa. Pomyśleliśmy więc: „Może zapytamy Mitchella, czy chciałby znów wejść w ten klimat i nawiązać współpracę przy pisaniu utworów?”. Spodobał mu się ten pomysł. Spotkaliśmy się i wynajęliśmy dom w Encino, pół godziny drogi od Santa Monica. Przywieźliśmy tam jego sprzęt – instrumenty klawiszowe, organy, syntezatory oraz kilka gitar. Mario i ja mieliśmy laptopy; w dzisiejszych czasach, dysponując wydajnym komputerem, można nagrywać wszędzie – studio nie jest już niezbędne. Mieliśmy też kilka mikrofonów i mnóstwo innych „zabawek”. Założenie było takie, by pisać piosenki – niekoniecznie od razu dopracowując każde brzmienie do perfekcji, ale po prostu mając pod ręką odpowiednie narzędzia, by gwałtownie rejestrować podstawowe pomysły, bez nadmiernego zagłębiania się w szczegóły. …brzmienie – nieważne, czy idealne, czy nie; chodziło po prostu o to, by brzmiało choć trochę ekscytująco. Mario nie miał tam choćby zestawu perkusyjnego – tak to się chyba wszystko zaczęło. Gdzieś z tyłu głowy wciąż tliła się myśl, iż może przydałby nam się producent, który nadałby utworom odpowiedni kierunek lub klimat. Jednak w trakcie kolejnych wyjazdów do Los Angeles i pracy z Mitchellem okazało się, iż piosenki nabierają świetnego charakteru, a nasza kooperacja układa się znakomicie – bez żadnej presji, z pełną swobodą twórczą. Chcieliśmy stworzyć coś innego niż poprzednio; zawsze staramy się unikać powielania własnych dokonań – skoro dany album już istnieje, nie ma sensu nagrywać go ponownie. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, iż wcale nie potrzebujemy nikogo z zewnątrz w roli producenta, bo przecież sami jesteśmy producentami – było nas trzech. Mitchell sam zauważył, iż nie chce tytułu „producenta”, bo nie chce brać na siebie wyłącznej odpowiedzialności za kształt muzyki. Powiedział: „Wy też jesteście producentami, róbmy wszystko razem – piszmy, grajmy, produkujmy”. Przyjrzeliśmy się naszym utworom; zaczęły już nabierać konkretnego kształtu i klimatu, więc kontynuowaliśmy pracę w ten sam sposób. Podczas dwutygodniowych sesji byliśmy w pełni skupieni na wspólnej pracy – odbyliśmy łącznie chyba cztery takie wyjazdy. Potem wracaliśmy do domów i poprawialiśmy to, co wymagało poprawy: jeżeli coś brzmiało słabo – bo zostało nagrane zbyt pospiesznie albo nie do końca poprawnie zagrane – mogliśmy to wymienić lub dopracować. Sesje nagraniowe były dostępne w chmurze (Dropbox), więc każdy mógł pracować zdalnie: Mitchell otwierał projekt w Santa Monica, a Mario w swoim studiu, gdzie mógł dograć prawdziwą perkusję – w Los Angeles, z braku zestawu, musiał ją wcześniej zaprogramować. …zestaw perkusyjny, ale to choćby dobrze, bo zmusiło go to do myślenia w nieco inny sposób. Kiedy musisz fizycznie szukać odpowiedniej partii perkusji, wygląda to zupełnie inaczej, niż gdy siedzisz przy klawiszach i układasz ścieżki, sprawdzając, co najlepiej pasuje do całości. W przypadku niektórych utworów zaprogramowane przez niego partie sprawdzały się choćby lepiej niż te zagrane na żywym zestawie, które testowaliśmy później. Powiedział wtedy: „Stary, to, co programujesz, jest po prostu niesamowite!”. Nie miało więc znaczenia, w jaki sposób coś zostało zarejestrowane – jeżeli byliśmy zadowoleni z efektu, jeżeli demo gitary czy wokalu brzmiało świetnie i wnosiło do utworu odpowiednią energię, to właśnie to było najważniejsze. Cieszyliśmy się, iż udało nam się zachować takie wykonania. Na tym polegała pewna przewaga takiego sposobu nagrywania: wszystko, co wyszło dobrze, zostawało z nami, a jeżeli coś nie pasowało do klimatu, mogliśmy to po prostu wymienić.

Moim zdaniem ten album to w pewnym sensie esencja Triggerfinger.

Ruben: Dziękujemy ci bardzo za te słowa.

Moje kolejne pytanie dotyczy jednego z moich ulubionych utworów na tej płycie – „Through The Beam”. To piosenka o ludziach przeciążonych nadmiarem bodźców, o technologii, mediach społecznościowych, prawda?

Ruben: W dużej części tak. Opowiada o tym, iż choć mamy dostęp do ogromnej ilości treści, często zapominamy, iż wokół nas istnieje mnóstwo pięknych rzeczy, które są darmowe i dostępne na wyciągnięcie ręki. Może to być na przykład piękny poranek – bierzesz filiżankę kawy, wychodzisz na zewnątrz… nic to nie kosztuje. Wystarczy tylko patrzeć, czerpać z tego radość, poczuć słońce na twarzy – takie właśnie drobiazgi. Czasami jednak nie potrafimy tego dostrzec. Nie zauważamy pięknych chwil spędzonych z przyjaciółmi przy wspólnym posiłku czy rozmowie. W natłoku spraw dziejących się wokół nas i przy wszystkich rozpraszaczach, z którymi mamy do czynienia, bywa to naprawdę trudne. Co ciekawe, to Mario zapoczątkował pracę nad tym utworem. adekwatnie po raz pierwszy stworzyliśmy cały album wspólnie. Wcześniej to ja zwykle odpowiadałem za komponowanie piosenek – choć zapraszałem do współpracy wszystkich, z różnych powodów to na mnie spoczywała większość pracy nad muzyką. Tym razem było inaczej: wszystko napisaliśmy razem, we dwójkę, a czasami swoje pomysły dorzucał też Mitchell.

Mario: Cóż, miałem pewną progresję akordów, którą wymyśliłem i nad którą pracowałem, gdy byliśmy w Los Angeles. Pamiętam, jak wszedł Ruben i zapytał: „Co to za kawałek?” – bo czasami sam się gubię w tym, co tworzę. Chodziło o dwa utwory: „Stars” oraz „Through the Beam”. Ruben zapytał wtedy: „Hej, mogę wykorzystać tę progresję?”. Albo może byliśmy u Mitchella – w każdym razie pojawiła się tam pewna progresja, a Mitchell zasugerował: „Zmieńmy to nieco i poczekajmy z wejściem refrenu”. Zmieniliśmy to, a Ruben przejął temat. Pamiętam, iż powiedział wtedy: „Chyba mam pomysł na ten utwór”. Najpierw wymyślił świetny riff – ten gitarowy motyw, który tam słychać. Potem doszła linia wokalna – też to pamiętam. Byłem pod ogromnym wrażeniem, naprawdę mnie to poruszyło, uderzyło prosto w emocje. Pomyślałem: „Wow, to jest niesamowicie dobre”. I wiesz, właśnie na tym polega piękno naszej współpracy we trójkę: masz jakiś pomysł, ale nie wiesz, dokąd cię zaprowadzi. Ostatecznie przechodzi on przez trzy różne „kanały” i nagle pojawia się zupełnie nowy klimat. Klimat, który idealnie oddaje to, co czułem na samym początku, gdy zaczynałem pracę nad tymi akordami. Czułem, iż z tych dźwięków może wyrosnąć coś wyjątkowego. To było piękne. I właśnie to Ruben osiągnął dzięki swojej partii wokalnej oraz linii gitarowej.

W 2012 roku, kiedy wystąpiliście przed walką bokserską pomiędzy Władimirem Kliczką a Tonym Thompsonem. Jak do tego doszło?

Mario: Utwór „I Follow Rivers” stawał się wtedy wielkim hitem. Jedna z kobiet pracujących dla Universal Germany miała świetne kontakty – zarówno w stacji telewizyjnej RTL, jak i w świecie sportu. Znała też braci Kliczków. Udało jej się załatwić nam występ i sprawić, iż Władimir usłyszał ten utwór. Bardzo mu się spodobał. W tamtym czasie przygotowywał się w Austrii do wspomnianej walki bokserskiej, przebywając na obozie treningowym. Ostatecznie nas zaprosili – nie tylko dlatego, iż spodobała mu się piosenka, ale również dlatego, iż w wolnych chwilach próbował swoich sił w grze na perkusji. Pojechaliśmy więc na miejsce. W przerwach między treningami spędzał czas z nami i ekipą filmową, a ja musiałem nauczyć go, jak zagrać „I Follow Rivers” na zestawie perkusyjnym. Musiałem nauczyć go, jak zagrać „I Follow Rivers” na zestawie perkusyjnym, podczas gdy Ruben i Paul grali z nim akustycznie wysoko w górach. Sceneria była naprawdę przepiękna: potężny bokser grający na perkusji, a my we trójkę siedzący tuż obok. Pomyślałem sobie: „No cóż, to zupełnie inny rodzaj sparingu”.

Ruben: Tak, to była zupełnie inna historia. A w międzyczasie mogliśmy obserwować, jak trenuje do swojej walki bokserskiej. A potem zaproszono nas, żebyśmy zagrali na ringu. Kiedy zaczynała się jego walka, wchodził na ring, a my w tym czasie graliśmy nasz utwór. Było to dość niezwykłe, ponieważ transmisja docierała do wielu państw na całym świecie. I niemal natychmiast – w ciągu zaledwie kilku godzin – utwór wskoczył na pierwsze miejsce list przebojów w wielu państwach. To było dość dziwne doświadczenie – zwłaszcza iż nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z ringiem bokserskim, nigdy w nim nie byłem. To było coś zupełnie nowego. Wszystko odbyło się na stadionie – jeżeli dobrze pamiętam, w Bernie, w Szwajcarii. A potem, kiedy już skończyliśmy, posadzili nas tuż za rodziną Thompsona, dokładnie w momencie, gdy Kliczko okładał go ciosami. Słychać było, jak jego bliscy krzyczą: „Dawaj, tato! Dawaj, tato!”. Pomyślałem sobie: „Wow, to naprawdę dziwne uczucie… Coś zupełnie innego”.

Rok później graliście jako support The Rolling Stones w Hyde Parku. Jak wspominacie koncert przed taką legendą?

Ruben: Zgadza się, graliśmy z The Rolling Stones dwukrotnie. Najpierw w 2013 roku w Hyde Parku, a potem w Belgii, podczas festiwalu w ramach światowej trasy koncertowej. Występ w Hyde Parku to było coś niesamowitego. Stonesi nie grali tam dobrych kilka lat. Muszę przyznać, iż obserwowanie ich było czymś wyjątkowym. Byli w świetnych nastrojach, grali naprawdę dobrze, byli bardzo zgrani – brzmiało to znakomicie. No cóż, w końcu to The Stones! Co tu dużo mówić? Występowanie w roli supportu przed The Rolling Stones to coś absolutnie szalonego. I jest to fantastyczne przeżycie. Pamiętam koncert w Werchter – niby był to ich występ w roli gwiazdy wieczoru, ale zrobili z tego cały festiwal; w zasadzie wyglądało to tak, jakby cały teren w Werchter należał do Stonesów. Zazwyczaj, kiedy przygotowujesz się do występu, na miejscu są też inne zespoły, ich sprzęt, wzmacniacze i cała reszta – po prostu mijasz to wszystko. Ale pamiętam, jak weszliśmy na scenę, a tam nagle mijamy zestaw perkusyjny Charliego Wattsa. To niesamowite uczucie: zatrzymujesz się i mówisz: „Stary, patrz na to! Tu stoi zestaw Charliego!”. To wiele mówi o tym, jakim zespołem są Stonesi i jakimi muzykami są jego członkowie – to zupełnie inna liga, zwłaszcza w przypadku kogoś takiego jak Charlie. To ludzie o niezwykłych osobowościach. A kiedy grają – mają tak charakterystyczny styl, iż od razu wiesz, kto to. Wystarczą trzy sekundy gry Charliego Wattsa i już wiesz, iż to on. To samo z Keithem Richardsem – wystarczą dwa akordy i od razu czujesz: „Hej, to przecież Keith!”. Możliwość grania z takim zespołem to coś naprawdę wyjątkowego.

Macie za sobą naprawdę spektakularne wydarzenia. Jakie jeszcze marzenia macie jako zespół?

Ruben: Chciałbym robić to dalej. Dopóki sprawia nam to radość, będziemy tworzyć muzykę.

Idź do oryginalnego materiału