Transmisje z japońskiej prowincji

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Niewielka mieścina na zachodzie Japonii. Nie słynie z niczego wyjątkowego – zbyt zwyczajna, by pisać o niej książki, ale być może właśnie dlatego idealna, by zaszyć się tu na chwilę z dala od wielkomiejskiego zgiełku. To tutaj Koji Fukada, ulubieniec europejskich festiwali, osadza swoją kolejną opowieść. Powracający do Cannes z bardzo udanym "Nagi Notes" reżyser po raz kolejny rozgrywa charakterystyczną dla siebie zgrywę z melodramatu – pod jego powierzchnią równie mocno wybrzmiewają niedopowiedzenia, co trudne do nazwania lęki.

Spowite cieniem gęstych lasów, otoczone pasmami gór, z czystym powietrzem i serdecznością lokalnych relacji, Nagi w prefekturze Okayama uosabia kapsułkowe piękno japońskiej prowincji. Choć, jak zauważa Yuri, łatwiej stamtąd dostać się za granicę niż do samego Nagi. Kobieta przyjeżdża odwiedzić dawną znajomą – szwagierkę po byłym mężu. Mimo rozwodu obie wciąż pozostają sobie bliskie. A iż Yoriko akurat potrzebuje modelki do swoich rzeźb, Yuri zostaje na dłużej.

Nagi wygląda jak miasteczko wyjęte z kolejnej sielankowej opowieści o tym, iż antidotum na przebodźcowaną tokijską codzienność odnaleźć można wyłącznie pośród natury. Na szczęście ambicje Kojiego Fukady sięgają dalej. Reżysera niespecjalnie interesuje romantyzowanie japońskości w kojących pejzażach – samej natury jest tu zresztą zaskakująco niewiele; równie daleko mu do diarystycznej czułości, którą sugeruje tytuł. Gdy kolejne kartki kalendarza potwierdzają spokojny rytm marcowych dni, tuż przed sezonem kwitnienia wiśni, na powierzchnię zaczynają wypływać historie z przeszłości i mikrotkanka lokalnych zażyłości. Nagi, choć sprawia wrażenie miejsca odciętego od świata, pulsuje tym samym lękiem, który rezonuje dziś globalnie.

To film trudny do analitycznego przyszpilenia. Rozmyty, mgławicowy, momentami wręcz ospały – rozwijający wątki równolegle i pozornie klasycznie, ale zarazem wymykający się psychologicznej jednoznaczności. Bohaterowie dryfują przez własne życiorysy bez gwałtownych gestów i wyraźnych deklaracji. Dla części widzów ten niespieszny storytelling okaże się prawdopodobnie kolejnym festiwalowym "snujem", w którym pozornie nic się nie wydarza. Fukada ma jednak na ten świat bardzo konkretny pomysł. Sielski krajobraz systematycznie podburza warstwą dźwiękową – soundscapem, który niczym rysą przebiega przez gładką taflę obrazu. W tle stale pobrzmiewają dudniące wybuchy, sygnalizujące ćwiczenia Japońskich Sił Samoobrony, albo audycje lokalnego radia, które między prognozą pogody a kroniką wydarzeń z Nagi przemycają aktualności ze świata, choćby z ukraińskiego frontu.

Fukada wspominał w wywiadach, iż "Nagi Notes" wyrasta z namysłu nad pogłębiającym się kryzysem demokracji. I rzeczywiście – choć jego film nie jest polityczny w najbardziej oczywistym sensie, nie nawołuje do agitacji ani żadnego konkretnego działania, pozostaje ciekawie wyczulony na kwestie sprawczości i wspólnotowości. Reżysera interesuje raczej to, jak demokratyczną jakość odnaleźć w codziennym życiu. Bohaterowie "Nagi Notes" błądzą, ale robią to na własnych zasadach. W tym dryfowaniu nie szukają idealnych decyzji, tylko kierunku, który pozwoliłby im wymknąć się trajektoriom wyznaczonym przez społeczne oczekiwania.

Świat skonstruowany przez Fukadę przesycony jest doświadczeniami zapośredniczonymi – jakby wszyscy odbierali rzeczywistość przez filtry, media i emocjonalne proxy. Yoriko potrzebuje rzeźbienia, by naprawdę kogoś poznać; każdy kolejny proces twórczy przybliża ją do emocjonalnej tkanki modeli. Zanim Yuri przyjedzie do Nagi, część bohaterów zna ją jedynie z rysunków, na których utrwalono jej sylwetkę. Zanim zaś sama nawiąże bliższą relację z pewnym mężczyzną, najpierw usłyszy jego głos płynący z transmisji lokalnej rozgłośni radiowej. choćby dwóch zakochanych chłopaków potrzebuje camera obscury, by zdobyć się na wyznanie miłości.

Transmiterami znaczeń okazują się także duchy. Zmarli pojawiają się mimochodem w snach, dopowiadają historie rozgrywające się pomiędzy słowami żywych. To najbardziej nieoczekiwane momenty filmu – krótkie pęknięcia, przez które opowieść na chwilę wypada z torów realizmu. Fukada nie zmierza jednak w stronę magicznego realizmu czy metafizycznej baśni. Znacznie bliżej mu do antropologicznych intuicji Vinciane Despret i jej "Wszystko dla naszych zmarłych", gdzie duchy przychodzą do żywych po to, by wypowiedzieć to, co ci już wiedzą albo przynajmniej podskórnie przeczuwają.

Niezależnie od tego, o czym Fukada akurat opowiada, podobnie jak Ryusuke Hamaguchi – którego nowy film premierę w Cannes będzie miał już jutro – zawsze znajduje świeżą perspektywę patrzenia na rzeczywistość. I chyba właśnie dlatego trudno wskazać w jego dorobku film autentycznie nieudany. Tym razem najbliżej mu do rzeźbiarza: cierpliwie wygładza kontury swojej opowieści, pracuje powoli, bez gwałtownych cięć, wyczulony zarówno na materię bohaterów, jak i środowisko, w którym ich umieszcza.

Razem z Hamaguchim współtworzy dziś pejzaż współczesnych, rohmerowskich dramatów japońskich – kina, w którym intensywność dialogu współgra z melodramatyczną wyobraźnią. Nietrudno zresztą postawić "Nagi Notes" obok "Zła nie ma": dwóch opowieści o japońskiej lokalności, wyrastających z podobnej narracyjnej uczciwości. Takiej, która nie kapitalizuje codzienności ani nie szuka sensacji, a zamiast tego cierpliwie próbuje dotrzeć do tego, co naprawdę kryje się pod pojęciem ludzkiego pierwiastka. choćby jeżeli wie, iż pełne uchwycenie go zawsze pozostanie poza zasięgiem.
Idź do oryginalnego materiału