Niewielka mieścina na zachodzie Japonii. Nie słynie z niczego wyjątkowego – zbyt zwyczajna, by pisać o niej książki, ale być może właśnie dlatego idealna, by zaszyć się tu na chwilę z dala od wielkomiejskiego zgiełku. To tutaj Koji Fukada, ulubieniec europejskich festiwali, osadza swoją kolejną opowieść. Powracający do Cannes z bardzo udanym "Nagi Notes" reżyser po raz kolejny rozgrywa charakterystyczną dla siebie zgrywę z melodramatu – pod jego powierzchnią równie mocno wybrzmiewają niedopowiedzenia, co trudne do nazwania lęki.
Spowite cieniem gęstych lasów, otoczone pasmami gór, z czystym powietrzem i serdecznością lokalnych relacji, Nagi w prefekturze Okayama uosabia kapsułkowe piękno japońskiej prowincji. Choć, jak zauważa Yuri, łatwiej stamtąd dostać się za granicę niż do samego Nagi. Kobieta przyjeżdża odwiedzić dawną znajomą – szwagierkę po byłym mężu. Mimo rozwodu obie wciąż pozostają sobie bliskie. A iż Yoriko akurat potrzebuje modelki do swoich rzeźb, Yuri zostaje na dłużej.
Nagi wygląda jak miasteczko wyjęte z kolejnej sielankowej opowieści o tym, iż antidotum na przebodźcowaną tokijską codzienność odnaleźć można wyłącznie pośród natury. Na szczęście ambicje Kojiego Fukady sięgają dalej. Reżysera niespecjalnie interesuje romantyzowanie japońskości w kojących pejzażach – samej natury jest tu zresztą zaskakująco niewiele; równie daleko mu do diarystycznej czułości, którą sugeruje tytuł. Gdy kolejne kartki kalendarza potwierdzają spokojny rytm marcowych dni, tuż przed sezonem kwitnienia wiśni, na powierzchnię zaczynają wypływać historie z przeszłości i mikrotkanka lokalnych zażyłości. Nagi, choć sprawia wrażenie miejsca odciętego od świata, pulsuje tym samym lękiem, który rezonuje dziś globalnie.
To film trudny do analitycznego przyszpilenia. Rozmyty, mgławicowy, momentami wręcz ospały – rozwijający wątki równolegle i pozornie klasycznie, ale zarazem wymykający się psychologicznej jednoznaczności. Bohaterowie dryfują przez własne życiorysy bez gwałtownych gestów i wyraźnych deklaracji. Dla części widzów ten niespieszny storytelling okaże się prawdopodobnie kolejnym festiwalowym "snujem", w którym pozornie nic się nie wydarza. Fukada ma jednak na ten świat bardzo konkretny pomysł. Sielski krajobraz systematycznie podburza warstwą dźwiękową – soundscapem, który niczym rysą przebiega przez gładką taflę obrazu. W tle stale pobrzmiewają dudniące wybuchy, sygnalizujące ćwiczenia Japońskich Sił Samoobrony, albo audycje lokalnego radia, które między prognozą pogody a kroniką wydarzeń z Nagi przemycają aktualności ze świata, choćby z ukraińskiego frontu.
Fukada wspominał w wywiadach, iż "Nagi Notes" wyrasta z namysłu nad pogłębiającym się kryzysem demokracji. I rzeczywiście – choć jego film nie jest polityczny w najbardziej oczywistym sensie, nie nawołuje do agitacji ani żadnego konkretnego działania, pozostaje ciekawie wyczulony na kwestie sprawczości i wspólnotowości. Reżysera interesuje raczej to, jak demokratyczną jakość odnaleźć w codziennym życiu. Bohaterowie "Nagi Notes" błądzą, ale robią to na własnych zasadach. W tym dryfowaniu nie szukają idealnych decyzji, tylko kierunku, który pozwoliłby im wymknąć się trajektoriom wyznaczonym przez społeczne oczekiwania.
Świat skonstruowany przez Fukadę przesycony jest doświadczeniami zapośredniczonymi – jakby wszyscy odbierali rzeczywistość przez filtry, media i emocjonalne proxy. Yoriko potrzebuje rzeźbienia, by naprawdę kogoś poznać; każdy kolejny proces twórczy przybliża ją do emocjonalnej tkanki modeli. Zanim Yuri przyjedzie do Nagi, część bohaterów zna ją jedynie z rysunków, na których utrwalono jej sylwetkę. Zanim zaś sama nawiąże bliższą relację z pewnym mężczyzną, najpierw usłyszy jego głos płynący z transmisji lokalnej rozgłośni radiowej. choćby dwóch zakochanych chłopaków potrzebuje camera obscury, by zdobyć się na wyznanie miłości.
Transmiterami znaczeń okazują się także duchy. Zmarli pojawiają się mimochodem w snach, dopowiadają historie rozgrywające się pomiędzy słowami żywych. To najbardziej nieoczekiwane momenty filmu – krótkie pęknięcia, przez które opowieść na chwilę wypada z torów realizmu. Fukada nie zmierza jednak w stronę magicznego realizmu czy metafizycznej baśni. Znacznie bliżej mu do antropologicznych intuicji Vinciane Despret i jej "Wszystko dla naszych zmarłych", gdzie duchy przychodzą do żywych po to, by wypowiedzieć to, co ci już wiedzą albo przynajmniej podskórnie przeczuwają.
Niezależnie od tego, o czym Fukada akurat opowiada, podobnie jak Ryusuke Hamaguchi – którego nowy film premierę w Cannes będzie miał już jutro – zawsze znajduje świeżą perspektywę patrzenia na rzeczywistość. I chyba właśnie dlatego trudno wskazać w jego dorobku film autentycznie nieudany. Tym razem najbliżej mu do rzeźbiarza: cierpliwie wygładza kontury swojej opowieści, pracuje powoli, bez gwałtownych cięć, wyczulony zarówno na materię bohaterów, jak i środowisko, w którym ich umieszcza.
Razem z Hamaguchim współtworzy dziś pejzaż współczesnych, rohmerowskich dramatów japońskich – kina, w którym intensywność dialogu współgra z melodramatyczną wyobraźnią. Nietrudno zresztą postawić "Nagi Notes" obok "Zła nie ma": dwóch opowieści o japońskiej lokalności, wyrastających z podobnej narracyjnej uczciwości. Takiej, która nie kapitalizuje codzienności ani nie szuka sensacji, a zamiast tego cierpliwie próbuje dotrzeć do tego, co naprawdę kryje się pod pojęciem ludzkiego pierwiastka. choćby jeżeli wie, iż pełne uchwycenie go zawsze pozostanie poza zasięgiem.
Spowite cieniem gęstych lasów, otoczone pasmami gór, z czystym powietrzem i serdecznością lokalnych relacji, Nagi w prefekturze Okayama uosabia kapsułkowe piękno japońskiej prowincji. Choć, jak zauważa Yuri, łatwiej stamtąd dostać się za granicę niż do samego Nagi. Kobieta przyjeżdża odwiedzić dawną znajomą – szwagierkę po byłym mężu. Mimo rozwodu obie wciąż pozostają sobie bliskie. A iż Yoriko akurat potrzebuje modelki do swoich rzeźb, Yuri zostaje na dłużej.
Nagi wygląda jak miasteczko wyjęte z kolejnej sielankowej opowieści o tym, iż antidotum na przebodźcowaną tokijską codzienność odnaleźć można wyłącznie pośród natury. Na szczęście ambicje Kojiego Fukady sięgają dalej. Reżysera niespecjalnie interesuje romantyzowanie japońskości w kojących pejzażach – samej natury jest tu zresztą zaskakująco niewiele; równie daleko mu do diarystycznej czułości, którą sugeruje tytuł. Gdy kolejne kartki kalendarza potwierdzają spokojny rytm marcowych dni, tuż przed sezonem kwitnienia wiśni, na powierzchnię zaczynają wypływać historie z przeszłości i mikrotkanka lokalnych zażyłości. Nagi, choć sprawia wrażenie miejsca odciętego od świata, pulsuje tym samym lękiem, który rezonuje dziś globalnie.
To film trudny do analitycznego przyszpilenia. Rozmyty, mgławicowy, momentami wręcz ospały – rozwijający wątki równolegle i pozornie klasycznie, ale zarazem wymykający się psychologicznej jednoznaczności. Bohaterowie dryfują przez własne życiorysy bez gwałtownych gestów i wyraźnych deklaracji. Dla części widzów ten niespieszny storytelling okaże się prawdopodobnie kolejnym festiwalowym "snujem", w którym pozornie nic się nie wydarza. Fukada ma jednak na ten świat bardzo konkretny pomysł. Sielski krajobraz systematycznie podburza warstwą dźwiękową – soundscapem, który niczym rysą przebiega przez gładką taflę obrazu. W tle stale pobrzmiewają dudniące wybuchy, sygnalizujące ćwiczenia Japońskich Sił Samoobrony, albo audycje lokalnego radia, które między prognozą pogody a kroniką wydarzeń z Nagi przemycają aktualności ze świata, choćby z ukraińskiego frontu.
Fukada wspominał w wywiadach, iż "Nagi Notes" wyrasta z namysłu nad pogłębiającym się kryzysem demokracji. I rzeczywiście – choć jego film nie jest polityczny w najbardziej oczywistym sensie, nie nawołuje do agitacji ani żadnego konkretnego działania, pozostaje ciekawie wyczulony na kwestie sprawczości i wspólnotowości. Reżysera interesuje raczej to, jak demokratyczną jakość odnaleźć w codziennym życiu. Bohaterowie "Nagi Notes" błądzą, ale robią to na własnych zasadach. W tym dryfowaniu nie szukają idealnych decyzji, tylko kierunku, który pozwoliłby im wymknąć się trajektoriom wyznaczonym przez społeczne oczekiwania.
Świat skonstruowany przez Fukadę przesycony jest doświadczeniami zapośredniczonymi – jakby wszyscy odbierali rzeczywistość przez filtry, media i emocjonalne proxy. Yoriko potrzebuje rzeźbienia, by naprawdę kogoś poznać; każdy kolejny proces twórczy przybliża ją do emocjonalnej tkanki modeli. Zanim Yuri przyjedzie do Nagi, część bohaterów zna ją jedynie z rysunków, na których utrwalono jej sylwetkę. Zanim zaś sama nawiąże bliższą relację z pewnym mężczyzną, najpierw usłyszy jego głos płynący z transmisji lokalnej rozgłośni radiowej. choćby dwóch zakochanych chłopaków potrzebuje camera obscury, by zdobyć się na wyznanie miłości.
Transmiterami znaczeń okazują się także duchy. Zmarli pojawiają się mimochodem w snach, dopowiadają historie rozgrywające się pomiędzy słowami żywych. To najbardziej nieoczekiwane momenty filmu – krótkie pęknięcia, przez które opowieść na chwilę wypada z torów realizmu. Fukada nie zmierza jednak w stronę magicznego realizmu czy metafizycznej baśni. Znacznie bliżej mu do antropologicznych intuicji Vinciane Despret i jej "Wszystko dla naszych zmarłych", gdzie duchy przychodzą do żywych po to, by wypowiedzieć to, co ci już wiedzą albo przynajmniej podskórnie przeczuwają.
Niezależnie od tego, o czym Fukada akurat opowiada, podobnie jak Ryusuke Hamaguchi – którego nowy film premierę w Cannes będzie miał już jutro – zawsze znajduje świeżą perspektywę patrzenia na rzeczywistość. I chyba właśnie dlatego trudno wskazać w jego dorobku film autentycznie nieudany. Tym razem najbliżej mu do rzeźbiarza: cierpliwie wygładza kontury swojej opowieści, pracuje powoli, bez gwałtownych cięć, wyczulony zarówno na materię bohaterów, jak i środowisko, w którym ich umieszcza.
Razem z Hamaguchim współtworzy dziś pejzaż współczesnych, rohmerowskich dramatów japońskich – kina, w którym intensywność dialogu współgra z melodramatyczną wyobraźnią. Nietrudno zresztą postawić "Nagi Notes" obok "Zła nie ma": dwóch opowieści o japońskiej lokalności, wyrastających z podobnej narracyjnej uczciwości. Takiej, która nie kapitalizuje codzienności ani nie szuka sensacji, a zamiast tego cierpliwie próbuje dotrzeć do tego, co naprawdę kryje się pod pojęciem ludzkiego pierwiastka. choćby jeżeli wie, iż pełne uchwycenie go zawsze pozostanie poza zasięgiem.




