To twoja wina! zacisnęła usta teściowa, patrząc, jak Agnieszka zmywa naczynia. W sąsiednim pokoju trzylatka Zuzia kaszlała.
Gdybyś lepiej pilnowała dziecka, zwróciła uwagę na kaszel i nie leczyła byle czym…
Leczyłam tym, co przepisał pediatra próbowała się bronić Agnieszka.
Trzeba było antybiotyki podać! Teraz to będziesz zastrzyki robić, matka-kwoka… Wychowało się pokolenie bez głowy, nic nie potrafią! choćby o własne dzieci nie potrafią zadbać. Ja twojego Piotrka…
Agnieszka zakręciła wodę i gwałtownie wyszła z kuchni. Łzy dusiły ją w gardle. Już od pięciu lat za wszystko była odpowiedzialna i wciąż robiła źle. Największym jej błędem było uwierzyć Piotrkowi i zgodzić się zamieszkać z jego rodzicami do czasu własnego mieszkania.
To własne mieszkanie istniało póki co jedynie jako dół wykopany na wynajętej działce. Budowa nie posuwała się od miesięcy. Zdaniem męża oczywiście przez Agnieszkę, która zachciała sobie drugiego dziecka, prawie bez jego zgody.
Wszelkie rozmowy Agnieszki o wynajmie mieszkania od razu były ucinane:
Nie będę płacił komuś za powietrze.
Agnieszka proponowała:
Może kupmy domek za pieniądze z programu Rodzina Plus? Zarówno z rządowych, jak i miejskich środków…
Za co? Kupić ruderę, żeby potem żałować? Przeznaczymy wszystko na budowę. Zaczekaj, jak lato się zacznie, ruszymy z robotą…
Lato nadeszło, ale budowa przez cały czas stała w miejscu, a Agnieszka nie zamierzała inwestować dalszych oszczędności. Tak więc mieszkali razem dalej, dusząc się we wspólnych czterech ścianach.
Piotrek, popilnujesz Zuzi, póki odbiorę Kacpra z przedszkola? zapytała Agnieszka męża, gdy wracał z pracy.
Piotr krzywił się, zdejmując ciężkie buty:
A jakby miała gorączkę?
To tylko pół godziny.
Nie, choćby nie pytaj. A jeżeli coś się stanie…
Był nieugięty. Agnieszka ubrała córkę i ruszyła po syna, kilometr piechotą. Przy okazji Zuzia pooddycha świeżym powietrzem…
Przecież mówiłem, żebyś dziś Kacpra nie prowadziła. Tobie tylko dzieci się pozbywać odburknął jej Piotr przez próg.
Sama sobie winna wyszeptała Agnieszka z goryczą.
Wieczorem dzieci bawiły się spokojnie, a ona siedziała przy laptopie.
Pracujesz? zajrzał przez ramię mąż Obiad będzie?
Zamknęła laptopa.
Znów oglądałaś mieszkania? zapytał podejrzliwie Piotr Zaraz ruszamy z budową, po co ci to?
Agnieszka tylko kiwnęła głową.
Mamo, moja wieża się nie buduje! I to twoja wina! wykrzyczała nagle Zuzia z progu, zalewając się łzami.
No tak, mama to nie pomaga, leniuch poparł córkę Piotr z zadowoloną miną.
Agnieszka patrzyła na swoją rodzinę z żalem. Cierpliwość się wyczerpywała. choćby córce zaczęła przeszkadzać. Zawsze i za wszystko obwiniana…
Następnego ranka nie zaprowadziła Kacpra do przedszkola.
Teściowa, znów z zaciśniętymi ustami, patrzyła jak pakowała dzieci po śniadaniu, ale nie odezwała się słowem.
Idziemy do przychodni rzuciła krótko Agnieszka, przyzwyczajona do meldunków.
Wróciły późno, tłumacząc się wizytą u laryngologa. Dzieci rozbawione, a Agnieszka próbuje je uciszyć.
Tata, wiesz gdzie byliśmy? rzuciła z entuzjazmem Zuzia.
Gdzie?
Nie powiem speszyła się pod uważnym spojrzeniem matki.
Nie powie dodał Kacper poważnie To niespodzianka na twoje urodziny.
Następnego dnia Agnieszka zniknęła z dziećmi.
Zorientowali się dopiero wieczorem, kiedy Piotr wrócił z pracy.
Mamo, co na kolację?
Zapytaj Agnieszki. Wyszyła z dziećmi rano i nie ma ich do teraz. Usmażę ci jajecznicę, skoro żona o ciebie nie zadbała.
Może są w przychodni… zaczął się zastanawiać Piotr, idąc do pokoju. Czysto, wszystko na miejscu, ale czegoś brakowało. Dopiero, gdy usiadł na kanapie, poczuł: nie było już metrówki, ukochanego kota-plushaka Zuzi, który zawsze się przewracał na kanapie i przeszkadzał. W przychodni by go nie miała, z pokoju nie wynosiła.
Piotr zerwał się, poszukał w szafie i zamarł. Zostało jedynie zimowe płaszcz Agnieszki na wieszaku. Pozostałe rzeczy zniknęły wraz z ubraniami i zabawkami dzieci.
Mamo! Agnieszka odeszła! niemal nie wierząc własnym oczom, oznajmił Piotr teściowej. Ta tylko wzruszyła ramionami:
Gdzie pójdzie, głupia?
Zabrała rzeczy, szafa pusta. I dzieci?! Dzwoń do niej! aż pisnęła. Po chwili stały przy pustej szafie, skarżąc się na nieodpowiedzialność synowej, mówiąc, iż normalna kobieta nie odchodzi, więc pewnie Agnieszka postradała zmysły.
Piotr dzwonił bez skutku.
Mamo, nie widziałaś jak wynosiła rzeczy? Przecież to nie była jedna torba!
Byłam w sklepie… Agnieszka zwariowała, trzeba odebrać jej dzieci.
Jak? Ty z nimi zostaniesz?
Nie, przecież jest przedszkole.
A popołudniami, w weekendy, jeżeli zachorują?
Nianię zatrudnisz.
Wyobrażasz sobie, ile niania kosztuje?
No to do domu dziecka, tymczasowo.
Piotr załamał ręce.
Jajecznica spalona, za oknem mróz i ciemno. Matka i syn radzili, co dalej.
Czego jej brakowało? Tak po prostu odejść?! żalił się Piotr Może sobie kogoś znalazła?
Kto by ją chciał?
Jak ona zamierza żyć? W ogóle nie pracuje!
Mówiłam, żeby pieniądze na budowę szły. Teraz zniknęły razem z Agnieszką. Kupi ruderę i tam się zaszyje!
Wróci, posiedzi tydzień na suchych bułkach i wróci… próbował wierzyć Piotr.
I co, od razu ją przyjmiesz? Trzeba jej pokazać, kto rządzi. Niech wróci na kolanach. Odebrać jej dzieci, niech wie, iż nic nie znaczy i niech skruszeje.
Matka mówiła, a Piotr głodny poszedł spać. Był przekonany, iż Agnieszka wróci po kilku dniach i przeprosi za swój wybryk. Szukać jej choćby nie zamierzał.
Zamiast niej przyszło pismo. Polecony z sądu. Agnieszka Nowakowska złożyła pozew o rozwód.
Mamo, mam iść do sądu… rzucił Piotr.
Nie idź. Bez zgody nie rozwiodą. Szukałeś jej?
Nie.
Szukaj i namów, żeby wróciła. Co ludzie powiedzą? Ja wszystkim mówiłam, iż Agnieszka z dziećmi jest we Władysławowie na wakacjach… A tu taki wstyd!
Sama wróci…
Piotr, jak złożyła pozew, to nie wróci. Szukaj jej, kup kwiaty, może zmieni zdanie.
Za co?
Po drodze się dogadacie.
Agnieszka znalazła się przypadkiem. Piotr zobaczył ją z dziećmi na spacerze w centrum Poznania po godzinie osiemnastej. Była pogodna, spokojna zupełne przeciwieństwo tej zmęczonej kobiety z ostatnich miesięcy. Ani myślała głodować czy wracać pod jeden dach z mężem i teściową.
Przecież po rozwodzie jeszcze jej zapłacę alimenty przeszło Piotrowi przez myśl.
Dogonił rodzinę pod blokiem na osiedlu.
Kacper, Zuzia, stęskniliście się za tatą?
Dzieci schowały się za matkę. Syn, niepewny, spytał:
Mamo, nie wrócimy do babci, prawda?
Nie, synku Agnieszka otarła mu czoło.
Nastawiłaś dzieci przeciwko mnie? rzucił Piotr Odeszłaś bez słowa! Czego ci brakowało? Miałaś wszystko. Jeszcze się rozwodzisz! Znalazłaś innego, prawda? Ale ja ci dzieci odbiorę!
Agnieszka uśmiechnęła się łagodnie:
Zaczekaj chwilę, wyjmę ich rzeczy.
Po co?
Zabierzesz dzieci bez ich zabawek?
Kpisz sobie?
Agnieszka cofnęła się, obok niej stanęła sąsiadka, kobieta koło czterdziestki.
Może zadzwonić po policję? zaproponowała uprzejmie.
Piotr ucichł, odwrócił się na pięcie:
Żyj jak chcesz. Sama jesteś sobie winna!
Agnieszka roześmiała się cicho. Przytuliła dzieci i wróciła z nimi do wynajmowanej kawalerki. Po raz pierwszy od pięciu lat decydowała o swoim życiu. Sama ustalała, kiedy sprząta, kiedy gotuje, kiedy idą na spacer. Pracę miała od dawna wykonywała strony internetowe na zlecenie, uczyła się zawodu nocami, gdy dzieci spały, bo przeczuwała, iż jej cierpliwość w końcu się skończy…
Potem nastąpił rozwód. Piotr, pod namową matki, nie pojawił się w sądzie. Termin przesuwano kilka razy, aż wreszcie przyszło urzędowe pismo: rozwód orzeczono bez niego.
Na urodziny syna nie przyszedł stwierdził, iż i tak płaci alimenty.
Kilka miesięcy potem Agnieszka kupiła skromne, ale własne mieszkanie na obrzeżach Poznania i przeprowadziła się tam z dziećmi.
Od znajomych dowiedziała się potem, iż Piotr próbuje sobie ułożyć życie, ale wszystkie nowe znajomości dziwnie gwałtownie się kończą.
W sennych koszmarach Agnieszka nieraz jeszcze usłyszy głos męża: to przez ciebie wszystko.
Ale w realnym życiu wreszcie zrozumiała coś ważnego: czasem dla własnego szczęścia po prostu trzeba odważyć się na zmianę. I wziąć odpowiedzialność za siebie choćby jeżeli wszyscy wokół wmawiają ci, iż nie masz do tego prawa.













