Ostatnio nie wiem w sumie czemu, ale postanowiłem sobie posłuchać dwóch pierwszych płyt. Albo wiem. Ziomek jakiś czas temu mi podczas rozmowy telefonicznej o muzyce zasugerował, żebym se może odświeżył, bo prawdopodobnie mi to wejdzie. Trochę czasu od tamtej pory minęło, ale czasem pewne sugestie muszą się uleżeć. I tutaj dochodzimy do meritum posta, bo teraz właśnie jest ten moment, gdy będę pisał o muzyce.
Never, Neverland. Słodki Jezu z bitą śmietaną, truskawką udekorowany i kolorowymi wiórkami posypany, jaki ten album jest biedny. Tak patrząc na Metallum i na similiarsów zastanawiałem się skąd tam na drugim miejscu jest Testament, bo o ile pamiętałem, to na debiucie fajnothrashyku dla grzecznych dzieci nie było? Ale okazuje się, iż na Dwójce już jest go pod dostatkiem. Taki podkręcony lekko technikaliami w guście jakiegoś Megadeth, ale uguem niesamowicie drażniący, na pół gwizdka zrobiony thrashyko-heavy, ale tak absolutnie, ale to TAK ABSOLUTNIE ŻADEN, iż chuj mi się w trąbkę zwija, jak to leci. Poważnie, jak to włączyłem, to ledwo dobrnąłem do końca, ale znajcie moje poświęcenie dla rzetelności, bo za jakiś czas wróciłem, żeby sprawdzić czy nie byłem może niespełna rozumu, jak puściłem pierwszy raz. Nie, nie byłem. I żadne tam zlepki riffów, o których mój bdb kolega deskorolkarz raczył pisać, nie o nie chodzi. Ta muzyka jest po prostu absolutnie bezpłciowa.
I kiedy już szykujecie ogień z dupy, to ostudzę Wasze zapędy. Debiutancki Alice in Hell to w mojej dzisiejszej, późniejszej o 25 lat opinii zajebisty album. Randy Rampage to dwadzieścia półek lepszy wokalista od tego memloka z drugiej płyty. Totalnie wściekłe, krzyczane woksy, sprawiające, iż ludzie stawiający śpiewanko nad szczekankiem uciekają z tobołkami przeorane. Jadowite, kąsające riffy Watersa, pędzące, kluczące między zaułkami, bombardowane perkusyjnymi nalotami. Tu się zatrzymajmy, bo jako fan mrocznego, wściekłego techthrashu nie mogę się opędzić od skojarzeń z takimi tuzami jak Coroner czy choćby Obliveon i trochę późniejszym Death. Nie ogarniam, jak dla kogoś wyżej wymienione zespoły mogą być zajebiste, a debiut Annihilator bezsensownym waleniem konia, posklejanymi riffami i bieda-denówkowym anturażem. To jest uprzedzenie spowodowane tym, "bo tak i chuj" bo żadnej logiki w tym nie potrafię dostrzec.
@brzaskoski pisał coś kiedyś, iż Alison Hell to mlask mlask sztosik utwór. No fajny, ale prawdziwy sztosik utwór z Alice in Hell jest gdzieś indziej. Jest on na samym końcu i ma tytuł Human Insecticide. To jest najlepszy numer na i tak całościowo znakomitej płycie. Speed metalowy hymn, który sam się napierdala na cały regulator. Ugh!
Nie ogarniam jak to możliwe, żeby od takiego ciosu zaraz później wpaść na taką mieliznę. Wszyscy dookoła piszą, iż potem pozostało gorzej, więc chyba sobie podaruję, ale tech-thrasho-speedzik z pierwszego albumu dołącza do listy "Wracamy do albumu po latach a tam o kurwa ale cios!".
Statystyki: autor: DiabelskiDom — 25 min. temu














