Jeśli jeszcze nie jesteście fanami serialowego „Wywiadu z wampirem”, to niedługo możecie zostać. Nowa odsłona serii, czyli „The Vampire Lestat”, zmienia jej oblicze o 180 stopni, a efekt zwala z nóg.
Rebranding? Można tak pomyśleć, widząc, iż serialowy „Wywiad z wampirem” w 3. sezonie zmienił szyld i wrócił na ekrany jako „The Vampire Lestat”. Nazewnictwo zgodne z 2. tomem książkowych „Kronik wampirów” Anne Rice nie jest jednak ani przypadkowe, ani nieuzasadnione, bo ten sezon zdecydowanie należy do jednego bohatera. Wampir Lestat (Sam Reid) przejął narrację, a to oznacza jedno – będzie się działo.
The Vampire Lestat – Wywiad z wampirem w nowej wersji
Jak prawdopodobnie pamiętacie, w poprzednim sezonie „Wywiadu z wampirem” dobiegła końca opowieść wampira Louisa de Pointe du Laca (Jacob Anderson). Historia, która po drodze okazała się we fragmentach wybrakowana lub przeinaczona, ostatecznie dotarła do satysfakcjonującej dla bohatera mety, ale… poznaliśmy tylko jedną perspektywę. A iż punkt widzenia Lestata na wydarzenia, w których odgrywał poczesną rolę, jest diametralnie różny, to trudno dziwić się zarówno jego irytacji na fakt, iż historia Louisa stała się międzynarodowym bestsellerem, jak i chęci opowiedzenia jej na własną modłę.
„The Vampire Lestat” (Fot. AMC)Powiedzieć, iż „The Vampire Lestat” po prostu zmienił perspektywę, to jednak zdecydowanie za mało. Twórcy na czele z showrunnerem Rolinem Jonesem praktycznie wymyślili serial na nowo, zachowując bardzo kilka z jego poprzedniej wersji. Zapomnijcie więc o statycznym wywiadzie i szykujcie się na debiut dobrze nam znanego Daniela Molloya (Eric Bogosian) w nowym medium. Oto bowiem od niedawna nieumarły dziennikarz został filmowcem dokumentującym trasę koncertową pewnego zdobywającego popularność bandu. Czemu? Bo wciąż jeszcze nie wspomniałem o najważniejszym – Lestat to teraz gwiazda rocka.
Jakkolwiek absurdalnie brzmi ostatnie zdanie, zapewniam was, iż nie ma w nim ani grama przesady. Co więcej, jest w tym zwrocie akcji sporo sensu, zważywszy na znane już wcześniej muzyczne inklinacje tytułowego bohatera i jego gigantyczną sceniczną osobowość. Jedno i drugie sprawia, iż kilkusetletni Lestat śpiewający niczemu nieświadomej współczesnej publice o udrękach wiecznego żywota to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Podobnie jak to, iż serial z nim w roli narratora, choć stanowi bezpośrednią kontynuację „Wywiadu z wampirem”, w niczym nie przypomina fabuły prowadzonej przez Louisa.
The Vampire Lestat to rockandrollowa jazda bez trzymanki
Chociaż nie, to akurat nie do końca prawda. Bo owszem, „The Vampire Lestat” obiera własną drogę, ale gdzieś na jej końcu majaczą znajome motywy pamięci, przeszłości i traumy kształtującej personę, którą z czasem się stajemy. Rzecz w tym, iż o ile Louis zatapiał się w bolesnych wspomnieniach, szukając w nich porządku, o tyle w przypadku Lestata wprowadzają one tylko jeszcze większy chaos. Jakby na ekranie i w duszy bohatera jeszcze go brakowało.
„The Vampire Lestat” (Fot. AMC)W dwóch otrzymanych do recenzji odcinkach (cały sezon ma ich liczyć siedem) w zasadzie trudno doszukać się wyrazistej struktury. Opowiedziana niechronologicznie, wielokrotnie przerywana wtrąceniami lub jawnymi kpinami ze strony narratora oraz całkiem dosłownie wykoślawiona okiem kamery i poszatkowana na stole montażowym historia zmierza w sobie tylko znanym kierunku, przypominając niekończący się rockowy koncert. Zwłaszcza premierowy odcinek może stanowić dla niewiedzących czego się spodziewać widzów wyzwanie – albo dacie się porwać hałasowi, albo uciekniecie z krzykiem.
Jeśli jednak zostaniecie, do czego bardzo zachęcam, prędzej niż później zaczniecie dostrzegać, iż formalny rozgardiasz (żeby nie użyć mocniejszych słów) nie jest bynajmniej pozbawiony celu. Wręcz przeciwnie. Niekontrolowany kalejdoskop wydarzeń jest lustrzanym odbiciem osobowości Lestata, która okazuje się znacznie bardziej skomplikowana od typowego rockmana. Nie brakuje w niej co prawda żadnego z elementów hasła sex, drugs & rock’n’roll (a trzeba dodać jeszcze obficie tryskającą i wysysaną krew), ale wszystko to stanowi tylko część charakterystyki bohatera, którego w poprzednich sezonach poznaliśmy, jak się okazuje, w bardzo niewielkim stopniu.
The Vampire Lestat, czyli Sam Reid śpiewa i wyczynia cuda
Obierając taki a nie inny kierunek, twórcy oczywiście sporo ryzykowali. Także ze względu na daleką od standardowej formę, ale przede wszystkim z powodu głównego bohatera, który pozostając do tej pory na drugim planie, raczej nie wychodził poza magnetyczną, ale dość stereotypową rolę uwodzicielskiego krwiopijcy. „The Vampire Lestat” zmienia w tej kwestii wszystko, dając nieziemskie pole do popisu Samowi Reidowi, który totalnie zawłaszcza ekran (choć pozostali, a zwłaszcza Eric Bogosian jako świeżo upieczony wampir, starają się dzielnie dotrzymywać mu kroku).
„The Vampire Lestat” (Fot. AMC)Australijski aktor odsłania tu nie tylko kolejne oblicze swojego nieprzeciętnego talentu, ale również nieznane twarze Lestata. Dotąd postrzegany przez pryzmat Louisa jako kochanek i oprawca jednocześnie, tu wampir zyskuje prawdziwą osobowość. Z jednej strony, jak na rockmana przystało, wypełnioną sceniczną charyzmą i uwielbieniem fanów przekładającym się na różnego rodzaju fizyczne uciechy. Z drugiej niepozbawioną głębi, zwłaszcza gdy na jaw wychodzą traumy z przeszłości Lestata objawiające się m.in. za sprawą jego poplątanej relacji z matką, Gabriellą (Jennifer Ehle, „Duma i uprzedzenie”).
Sam Reid przy wsparciu scenarzystów potrafi w fenomenalny sposób pogodzić obydwie strony osobowości swojego bohatera, wznosząc go ponad wizerunek, który malował nam się przez większą część poprzednich serii. Jego Lestat z miejsca staje się postacią wielowymiarową, a dwa odcinki dają przecież ledwie przedsmak jego historii. Można się domyślać, iż zakrapiane krwią, narkotykami i seksem rockandrollowe szaleństwo z czasem nabierze jeszcze głębszego znaczenia, gdy w pełni zrozumiemy emocjonalny bagaż, jaki przez wieki dźwiga ze sobą nieumarły gwiazdor.
The Vampire Lestat – czy warto oglądać serial AMC?
Do tego momentu można natomiast po prostu czerpać z serialu AMC niczym nieskrępowaną przyjemność, zwłaszcza jeżeli dobrze czujecie się w kampowej estetyce. Twórcy udowodnili już wcześniej, iż odnajdują się w niej doskonale, a „The Vampire Lestat” pozwolił im nie tylko zwolnić wszelkie hamulce, ale też doprawić wszystko glam rockowym sznytem.
„The Vampire Lestat” (Fot. AMC)Zresztą muzyce trzeba poświęcić tu osobny akapit, bo „The Vampire Lestat” to w praktyce coś więcej niż sezon serialu. To również cały, stworzony specjalnie na jego potrzeby przez kompozytora Daniela Harta album z kilkunastoma wpadającymi w ucho oryginalnymi kawałkami (singli możecie posłuchać tutaj), z dużą kampanią promocyjną zwieńczoną koncertem (!), a do tego z Samem Reidem samodzielnie wykonującym utwory na ekranie, po części choćby na żywo podczas zdjęć. Trudno powiedzieć, czy większe wrażenie robią same kompozycje, czy kulisy ich powstania.
Wiem natomiast z całą pewnością, iż osiągnięty przez twórców efekt końcowy okazał się już na wstępie absolutnie niesamowity, a potencjalnie będzie jeszcze lepiej. Niezwykle pomysłowy, tętniący energią i ociekający krwią muzyczny spektakl miesza się tu z mroczną historią protagonisty, który na scenie może stanowić efektowny miks Jima Morrisona z Davidem Bowiem, ale wystarczy wsłuchać się w jego muzykę, by zrozumieć stojący za nią ból. Warto, choćby jeżeli na co dzień gustujecie w zupełnie innych dźwiękach.

















