The Amazing Digital Circus – recenzja serialu. Imponująca, niesycąca przygoda

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

The Amazing Digital Circus to serial, który od samego początku przyciąga uwagę swoim nietuzinkowym pomysłem oraz oprawą wizualną. Koncept ludzi uwięzionych w cyfrowym świecie pełnym absurdalnych przygód i dziwnych postaci brzmi po prostu świetnie.

Nie można też zaprzeczyć, iż The Amazing Digital Circus przez większość czasu zdecydowanie ogląda się z dużym zainteresowaniem. Niestety mimo wielu zalet, serial nie wykorzystał w pełni swojego potencjału, a samo zakończenie pozostawia spory niedosyt.

Największą zaletą produkcji jest bez wątpienia oprawa audiowizualna. Animacja już od pierwszego odcinka prezentowała bardzo wysoki poziom, szczególnie jak na produkcję dostępną za darmo na YouTube. Z każdym kolejnym epizodem animacja stawała się coraz lepsza, a fakt niezależności twórców i fundowania produkcji głównie sprzedażą merchu stawał się coraz bardziej imponujący. Twórcy nie bali się eksperymentować z różnymi stylami, które cieszyły oko i ucho widzów. Wstawki inspirowane anime czy innymi gatunkami animacji dodawały całości sporo charakteru.

Całość serialu kipi wręcz kreatywnością twórców i ogląda się to po prostu z przyjemnością. Każda klatka w serialu wykonana jest z pasją i wszyscy artyści zaangażowani w produkcję mogą być dumni z efektu końcowego. Na pewno trzeba wyróżnić też osoby odpowiedzialne za projekt postaci, ponieważ każda z nich jest wyjątkowo prosta, a zarazem unikalna. Wszyscy bohaterowie serialu mają swoje własne specyficzne ciała, które pomagają w ich ekspresji. Niezaprzeczalnie prostota tych postaci pomogła też przy promocji serii, a także sprzedaży wielu pluszaków czy figurek z barwnymi bohaterami. Podobnie świetnie prezentuje się muzyka – ścieżka dźwiękowa od początku do końca stoi na bardzo wysokim poziomie i buduje zarówno komediowe, jak i bardziej emocjonalne momenty.

Zobacz również: Spider-Noir – recenzja serialu. Na takiego pająka czekałem

The Amazing Digital Circus to szalona przygoda, która od początku zachwyca swoją wyrazistością. Bohaterowie zostali napisani w bardzo charakterystyczny sposób i trudno ich nie zapamiętać. Każdy z nich posiada unikatowy design, który skutecznie podkreśla jego emocje i osobowość. Aktorzy głosowi w angielskiej wersji językowej wykonują naprawdę świetną pracę, nadając postaciom jeszcze więcej charakteru.

Również dialogi zostały napisane bardzo dobrze, dzięki czemu łatwo zanurzyć się w przedstawionym świecie. Wszystkie postacie mają własny, rozpoznawalny sposób wyrażania się, co pozwala lepiej je zrozumieć i związać się z nimi emocjonalnie. Kolejne odcinki stopniowo odsłaniają motywacje oraz stan psychiczny mieszkańców cyfrowego cyrku.

Zobacz również: Niezwyciężony – recenzja 4. sezonu. Gra o najwyższą stawkę

Najbardziej spodobała mi się eksploracja postaci Kingera, jednak każdy z bohaterów otrzymuje moment, by zabłysnąć i pokazać odbiorcom swoją wyjątkowość. Humor serialu jest dość specyficzny i w dużej mierze skierowany do młodszych widzów, ale wiele żartów oraz zabawnych sytuacji z pewnością potrafić będzie rozbawić również starszą publiczność.

fot. Kadr z serialu

Problem pojawia się jednak w scenariuszu głównej fabuły. Serial przez większość czasu otwiera mnóstwo interesujących wątków dotyczących bohaterów i sugeruje istnienie jakiejś większej tajemnicy stojącej za całym światem. Każdy kolejny odcinek sprawia wrażenie, jakby zbliżał nas do wielkiego odkrycia, które wyjaśni wiele pytań. Ostatecznie dostajemy odpowiedzi, ale są one zbyt pośpieszone i zaskakująco mało satysfakcjonujące. Nie są złe same w sobie, ale po tak długim budowaniu napięcia oczekiwałem czegoś znacznie bardziej znaczącego.

Najbardziej zawiódł mnie finał. Duża część ostatniego odcinka skupia się na Jaxie i przesłaniu w stylu „nie możesz uratować kogoś, kto nie chce być uratowany”. Sama wiadomość nie jest zła, ale mam wrażenie, iż jeżeli twórcy chcieli, można było ją przekazać już wcześniej. Tymczasem większość czasu ekranowego finału poświęcona jest eksploracji właśnie jego postaci. Przez cały serial twórcy sugerowali, iż pod jego arogancką i egoistyczną fasadą kryje się dobro. Wiele scen zdawało się przygotowywać grunt pod jakąś formę rozwoju lub odkupienia tej postaci. Finał poświęca mnóstwo czasu wątkowi, który wyjaśnia, iż Jaxa nie da się już uratować.

Zobacz również: Euforia – recenzja 3. sezonu. Seksualna odyseja Sama Levinsona

Tak, jak wspominałem, przesłanie nie jest złe, a sama podróż w psychikę postaci jest ciekawa. Jednak nie pasuje mi to w kontekście najważniejszego wątku finałowego odcinka. Cała reszta finału, wykluczając rozciągnięty wątek Jaxa, sprawia wrażenie wyjątkowo przyśpieszonego wyjaśnienia i próby jak najszybszego uwinięcia się z tematami. Fani innych postaci mogą tylko pomarzyć o jakichkolwiek scenach pogłębiających motywacje i przeszłość bohaterów, bo jedyny sposób, w jaki się o nich dowiadujemy, to szybkie przeglądanie postów na social mediach każdej z postaci.

Problematyczny jest dla mnie również krótki wątek finałowy Caine’a. Jego nagła śmierć w odcinku 8. wydaje się mieć ogromne znaczenie i sugeruje poważne konsekwencje dla świata przedstawionego. Jednak już odcinek później zostaje przywrócony do życia, a widz dowiaduje się, iż tak naprawdę nie był odpowiedzialny za większość złych rzeczy. Winna okazuje się jego „zła część”, którą wcześniej sam pochłonął z powodu zazdrości. To rozwiązanie wydaje mi się bardzo wygodne i odbiera ciężar wcześniejszym wydarzeniom. Trudno traktować śmierć bohatera poważnie, gdy niemal natychmiast zostaje cofnięta bez większych konsekwencji.

fot. Miniaturka odcinka

Sam finał jest teoretycznie szczęśliwy. Bohaterowie otrzymują zakończenie, które można uznać za pozytywne, jednak według mnie nie jest ono w pełni zasłużone. Wiele konfliktów zostaje rozwiązanych zbyt łatwo i pobieżnie, a niektóre wątki nie dostają rozwinięcia wcale. Przez większość serialu historia buduje poczucie tajemnicy i obiecuje wielkie odpowiedzi. ale gdy przychodzi moment kulminacyjny, wszystko kończy się szybciej i prościej, niż powinno. Fani nie mogą narzekać za to na niedostatek fan service, który pojawił się w ogromnych ilościach w finałowym odcinku. Nie jestem przeciwnikiem takich scen, ale poświęcanie i tak już zbyt krótkiego czasu ekranowego ważnych wątków na coś takiego wydaje się po prostu próbą maskowania braku pomysłu na finał.

Zobacz również: Devil May Cry – recenzja 2. sezonu. Efekciarstwo serialu nie zrobi

Mimo tych wad nie mogę powiedzieć, iż The Amazing Digital Circus to zły serial. Wręcz przeciwnie – to bardzo kreatywna produkcja z fantastyczną animacją, świetną muzyką i wieloma naprawdę dobrymi pomysłami. Problem polega na tym, iż potencjał był ogromny, a końcowy efekt sprawia wrażenie nieco bezpieczniejszego i mniej ambitnego, niż zapowiadały wcześniejsze odcinki. To serial, który bardzo mi się podobał podczas oglądania, ale po zakończeniu pozostawił uczucie, iż mógł być czymś znacznie większym.

Całość możecie obejrzeć za darmo na kanale Glitch, poza finałowym odcinkiem, który na ten moment leci jedynie w kinach, a na YouTube pojawi się dopiero 19 czerwca.


Fot. główna: Glitch

Idź do oryginalnego materiału