Kasia, sałatkę kroiłaś własnoręcznie czy to znowu te gotowce, którymi karmisz mojego syna? pani Grażyna wzięła do ręki widelczyk i z widoczną niechęcią skubnęła tartaletkę z łososiem i serkiem.
Katarzyna wzięła głęboki oddech i poprawiła plisę sukienki. Dziś skończyła trzydzieści pięć lat. Urodziny. Ten dzień miał być jej świętem czasem serdecznych życzeń, euforii i poczucia bycia ważną. Zamiast tego stała w salonie, dokładając przekąski na stół, i czuła się jak uczennica, która zaraz dostanie uwagę w dzienniczku.
Pani Grażyno, to danie z restauracji zapewniła, wciąż z uśmiechem. Tam gotuje szef kuchni z Włoch. Składniki są najlepszej jakości. Pracuję do wieczora, nie mam możliwości gotować dla piętnastu osób.
No jasne, praca westchnęła teściowa, patrząc wymownie na zdjęcie Artura na ścianie, jakby czekała, iż syn ją poprze. Za moich czasów też się harowało. Na kolei, w pegieerze, dzieci się wychowywało. A żeby mąż jadł gotowce ze sklepu na święto… To się w głowie nie mieści. Artur bidulek, nic tylko gaśnie w oczach. Widzisz, jakie sine pod nimi ma worki?
Artur bidulek po czterdziestce z policzkami jak u prosiaczka właśnie wszedł do pokoju, zacierając ręce.
Mama! Kasiu! Ale tu pięknie! Ależ zapachy! Kasiu, to te bakłażanowe roladki? Rewelacyjne!
Pani Grażyna spojrzała na syna z dramatycznym zawodem, ale nic nie powiedziała. Goście zaraz mieli się zjawić. Katarzyna pognała do kuchni po kolejne dania, czując, jak rodzi się w niej narastająca frustracja. Teściowa regularnie toczyła batalię o żołądek syna. Co tydzień podrzucała słoiki z kotletami, galaretkami i ciastami, jakby podkreślając: Żeby w końcu zjadł coś normalnego, Kasia nie ma czasu, ona taka karierowiczka. Katarzyna znosiła to cierpliwie. Była kierowniczką działu logistyki w dużej firmie zarabiała lepiej od Artura i uważała, iż wykupienie sprzątania czy zamawianie jedzenia to inwestycja w czas, który można poświęcić na sport czy rozmowę z mężem.
A pani Grażyna widziała to zupełnie inaczej. W jej świecie kobieta, która nie robi pierogów od podstaw to żona wybrakowana.
Dzwonek do drzwi zapowiedział początek imprezy. Mieszkanie wypełniło się dźwiękami, śmiechami, zapachem kwiatów; przybyli przyjaciele, znajomi z pracy, rodzice Katarzyny. Mnóstwo życzeń i kopert z pieniędzmi, bony na masaż, dużo serdeczności. Wreszcie mogła odetchnąć, niemal zapominając o krzywych minach teściowej.
Przy deserze pani Grażyna, cała wieczór siedząca obrażona, nagle się podniosła. Zastukała widelczykiem o kieliszek, prosząc o ciszę.
Kochani, ja też chciałabym złożyć życzenia naszej solenizantce. Trzydzieści pięć lat wiek, w którym kobieta powinna mieć już odrobinę rozsądku i wiedzieć, jak trzymać dom.
Przerwała na chwilę teatralnym gestem, sięgając do dużej, błyszczącej torby.
Pieniądze to rzecz ulotna rzekła, wyciągając ciężko oprawioną księgę. Dziś są, jutro ich nie ma. Uroda także przemija. A umiejętności i dbanie o męża to kapitał na całe życie. Długo myślałam, co ci podarować, Kasiu. W końcu zdecydowałam się dać ci to, czego ci brakuje wiedzę.
Z hukiem postawiła prezent na stole przed synową. Zapadła cisza. Wszyscy popatrzyli po sobie, Artur odchrząknął nerwowo.
Katarzyna, starając się, by ręce się nie trzęsły, rozpakowała papier. Oczom ukazała się wielka książka: Wielka Encyklopedia Prowadzenia Domu i Kuchni. Złota Kolekcja. Uśmiechnięta pani na okładce prezentowała parujący garnek.
To nie jest zwykła książka słodko dodała Grażyna. To prawdziwa rodzinna perełka. Zanim ci ją dałam, uzupełniłam ją własnymi notatkami i zakładkami. Co Arturek lubi, jak barszcz ugotować, żeby był czerwony, a nie błotnisty jak u niektórych. Jak prasować koszule, żeby mąż wyglądał jak dyrektor, a nie jak dziad. Korzystaj, ucz się. Nigdy nie jest za późno, by być dobrą żoną.
Ktoś nerwowo zachichotał. Mama Katarzyny aż się zarumieniła, ale Kasia ścisnęła jej rękę pod stołem. Teraz nie czas na awantury. Zwłaszcza na własnych urodzinach.
Dziękuję, pani Grażyno. Bardzo… wymowny prezent. Na pewno się zapoznam.
Katarzyna odsunęła książkę na bok i gwałtownie zaproponowała gościom tort. O reszcie wieczoru pamiętała jak przez mgłę śmiertelna urażona, choć uśmiechnięta i żartująca mechanicznie. Czuła się upokorzona. To nie był prezent to publiczny policzek.
Gdy ostatni gość wyszedł, a zmywarka zaczęła buczeć, Katarzyna usiadła na kanapie, ściskając książkę. Artur, który wcześniej milczał, usiadł obok i objął ją ramieniem.
Kaśka, nie przejmuj się. Mama ma swoje lata, chciała dobrze Może trochę przesadziła, ale jej naprawdę zależy.
Przesadziła? Katarzyna otworzyła książkę. Spójrz, Artur.
Barwne zakładki i ślady czerwonego długopisu były na każdej stronie. Na wyklejce gruby napis: *Kochanej synowej w nadziei, iż mój syn przestanie się żywić byle czym i przypomni sobie smak domowej kuchni*.
Na przepisie na kotlety: *Mięso tylko samodzielnie mielić! Sklepowe dobre dla leniwych i niezdarnych*.
W dziale o sprzątaniu: *Kurz pod łóżkiem wstyd dla gospodyni. U was można by ziemniaki sadzić*.
Przy prasowaniu: *Kant w spodniach powinien ciąć papier. W czym Artur chodzi, wstyd*.
To nie było kompendium kulinarne, tylko katalog pretensji i złośliwości, przebrany za troskę. Pani Grażyna poświęciła mnóstwo energii na wynotowanie wszystkich swoich żalów.
No trochę Mama Jednak przesadziła przyznał cicho Artur, czytając na głos. Zrobiło mu się wstyd, policzki poczerwieniały. Może schowam tę książkę na pawlaczu i będzie po sprawie?
Nie Katarzyna zatrzasnęła głośno książkę. Prezentów się nie chowa. Trzeba z nimi zrobić to, na co zasługują.
Kolejne dni chodziła zamyślona nie kłóciła się z mężem, nie odgrywała scen, czego Artur się obawiał. Po pracy zamawiała obiady, czasem wieczorem przekładała strony tej nieszczęsnej książki i robiła notatki.
Nadeszła sobota dzień rodzinnych obiadów u teściowej. Tym razem jednak Katarzyna sama zaczęła szykować się do wyjścia.
Jedziemy do Mamy? Artur był wyraźnie zaskoczony.
A jak. Głupio nie odwiedzić po tak suto uczczonych urodzinach. Zwłaszcza, iż też mam dla niej prezent. Takie rewanżowe dziękuję.
Artur westchnął ciężko.
Kasia, tylko nie zaczynaj wojny. Ona już swoje lata ma
Nie zamierzam się kłócić. Zamierzam zakończyć temat.
U pani Grażyny jak zawsze czysto, aż błyszczy. Czuć smażoną cebulkę, wszędzie sterylne ściereczki i żaden pyłek nie odważyłby się zalecieć. Teściowa uśmiechnięta od ucha do ucha była przekonana, iż książka odniosła zamierzony efekt, a Kasia przyjechała prosić o instrukcje albo przepraszać.
Siadajcie! Pierożki z kapustą, barszczyk wszystko jak Artur lubi. Pewnie głodni? Znam ja wasze jedzenie
Przy stole Katarzyna grzecznie rozpływała się nad potrawami, dopytywała o zdrowie teściowa rozanielona straciła czujność. Przy herbacie Kasia sięgnęła do torebki i wyjęła encyklopedię. Grażyna rozpromieniła się jeszcze bardziej.
No i co, są pytania? Chętnie wyjaśnię wszystkie zawiłości ucieszyła się.
Pani Grażyno, przeczytałam książkę dokładnie, każdą notatkę.
Grażyna skinęła dumnie głową.
I zrozumiałam jedno ta książka jest kwintesencją pani życia i pani światopoglądu.
Właśnie! ucieszyła się Grażyna.
Dlatego nie mam prawa zatrzymać jej dla siebie.
Uśmiech teściowej zgasł.
Jak to? Oddajesz prezent? To niegrzeczne!
Proszę posłuchać Katarzyna powstrzymała ją gestem. Tu jest ideał kobiety, która wstaje o piątej rano, żeby wałkować ciasto. Która przeżywa pyłek pod łóżkiem jak katastrofę. Która żyje po to, by obsługiwać mężczyznę. To pani. Jest pani w tym doskonała.
Katarzyna spojrzała jej prosto w oczy.
Ja jestem inna. Pracuję głową, nie rękami. Godzina mojej pracy jest warta tyle, co zakupy na cały tydzień. Gdybym codziennie lepiła pierogi przez trzy godziny, nasza rodzina straciłaby w budżecie równowartość dobrych wakacji. Przeliczyliśmy to z Arturem to się nie opłaca.
Artur kaszlnął cicho, ale nie przerywał.
Najważniejsze teściowa napisała do mnie o niezdarze, leniwej, wstydzie. Zrozumiałam: ta książka nie jest dowodem miłości, ale… żalu. Szczęśliwy człowiek nie pisze na marginesach prezentu takich rzeczy.
Grażyna poczerwieniała.
Jak możesz! Ja życie oddałam
Właśnie. Pani poświęciła życie domowi. Ja chciałabym przeżyć życie. Z pani synem. Kochać go, rozmawiać, chodzić na spacery, podróżować, a nie stać do niego tyłem przy kuchence.
Katarzyna wyjęła z torebki kopertę.
Oddaję książkę, nie jest dla mnie. Ale nie chcę pozostać dłużna. Pani podarowała mi podręcznik jak być gosposią. A ja podaruję pani coś, co pomoże na nowo poczuć się kobietą.
Na książce położyła kopertę.
Tu jest karnet na kurs tańca w najlepszym studiu w Poznaniu. Taniec towarzyski, świetna grupa w pani wieku. I karnet do masażysty widziałam, iż bolą panią plecy.
Zapadła krępująca cisza. Grażyna patrzyła na książkę, kopertę, synową. Otwierała i zamykała usta jak karp. Jej pewność siebie zniknęła.
Taniec? W moim wieku?
Najlepszy! uśmiechnęła się Kasia. To nowi znajomi, nowe pasje. Może pani odkryje, iż świat to coś więcej niż podłogi do szorowania.
Dziękujemy za pierogi, pyszne były Katarzyna wstała. Artur, idziemy? Do kina jeszcze zdążymy.
Artur, przez chwilę skulony, nagle się wyprostował. Spojrzał na mamę, na żonę, po czym podszedł do Kasi.
Mama, obiad pierwsza klasa! Ale Kaśka ma rację. Ja ją kocham z jej podejściem i sposobem życia. Lubię to zamawianie codziennie coś innego. Nie obrażaj się.
Ucałował zaskoczoną mamę w policzek, objął żonę i wyszli.
W samochodzie Artur odetchnął.
Ale jej powiedziałaś! Myślałem, iż będą fajerwerki! A tu tak mądrze ekonomicznie nieopłacalne! Dobre!
Powiedziałam po prostu prawdę Kasia spojrzała w lusterko. Twoja mama jest w porządku, tylko utknęła w swoich przekonaniach. Uważa, iż skoro poświęciła życie domowi, to ja też powinnam. A ja nie chcę tak żyć.
Myślisz, iż pójdzie na te tańce? zaśmiał się Artur.
Nie wiem. Może wyrzuci karnet, może spróbuje. W każdym razie: książki już mi nie wciśnie.
Minął tydzień Grażyna zadzwoniła raz, krótka, rzeczowa rozmowa. O książce ani słowa.
Po miesiącu, w sobotę, gdy wyjątkowo wylegiwaliśmy się do południa, zadzwonił telefon Artura.
Tak, mamo? mruknął zaspany. Nie, nie przyjedziemy? Ty nie możesz? Czemu?
Słuchał coraz szerzej otwierał oczy. Włączył głośnik.
Zaraz, bo mam próby codziennie, koncert za dwa tygodnie! głos pani Grażyny aż dźwięczał z ekscytacji. Partner, pan Ryszard, wytrawny tancerz, cudownie prowadzi. Przepraszam dzieci, dzisiaj bez pierogów. Ogarnijcie coś sami, zamówcie pizzę albo sushi. Lecę, jeszcze muszę nowe buty rozchodzić!
Rozłączyła się. Spojrzeliśmy na siebie i parsknęliśmy śmiechem.
Zadziałało! rzuciłem, przewracając się na drugą stronę.
Pan Ryszard No, to teraz będzie uczyła kantów na spodniach zupełnie nowego tancerza śmiała się Kasia.
Ale odpuściła nam wreszcie wzruszył ramionami Artur. Zamawiamy sushi?
Największy zestaw!
Patrzyłem w sufit, czując niesamowitą ulgę. Okazało się, iż nie trzeba walczyć ze stereotypami wykrzykiem ani się poddawać. Wystarczy oddać cudze oczekiwania właścicielowi i zaproponować coś, co może odmienić jego życie na lepsze. Książka kucharska z jadem została u Grażyny, a w moim domu była wolność, wolna sobota i żona, którą kocham nie za pierogi, tylko za to, iż jest po prostu sobą.
Tego nie nauczą w żadnej encyklopedii. I to jest właśnie mój przepis na szczęście.





