Teraz jest najlepiej

filmweb.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: plakat


Polskie kino, zwłaszcza fabularne, w swoich licznych odsłonach przyzwyczaiło nas do dość szczególnego obrazu relacji międzyludzkich, opartych przede wszystkim na dynamice konfliktu, a jego epicentrum niemal zawsze wyznacza posiłek przy rodzinnym stole. Nokautowani bezustannie i bezlitośnie seriami wzajemnych pretensji, przygnieceni słownymi potyczkami i podskórnymi napięciami chyba wszyscy łakniemy przestawienia afektywnej zwrotnicy w kierunku dialogu, łagodności, czułości, troski. Potrzebujemy narracyjnej zmiany, która pozwoli nie tylko złapać oddech, ale także nasycić się powietrzem.

"Teraz jest najlepiej", mówi jeden z bohaterów najnowszego filmu Macieja Cuske, przyglądając się księżycowi. I rzeczywiście, jest najlepiej, gdyż w końcu dostaliśmy kino uwolnione od dydaktycznej, społecznej misji. Pozwalające zachwycać się rzeczami prostymi i dostępnymi. A wszystko zaczęło się od miłości do… kina. Oto reżyser przez siedemnaście lat organizował tygodniowe wyjazdy dla swojego syna, Staśka, oraz jego dwóch przyjaciół, Rafała i Adriana. Nie były to jednak tradycyjne wakacje. Czteroosobowa ekipa, zasilana wsparciem uroczej suczki Fruni, realizowała osobisty projekt: cykl niskobudżetowych horrorów pod tytułem "Kandydaci śmierci". Pod troskliwym i wrażliwym okiem dorosłego opiekuna rozwijały się pasje, talenty, budowały i umacniały relacje. Nie była to czasoprzestrzeń ociekająca wyłącznie mlekiem i miodem – wspólne przeżycia i rozmowy prowokowały do refleksji na temat życia, dorastania, obaw związanych ze zbliżającą się wielkimi krokami dorosłością. Dziecięce marzenia o współpracy ze Stevenem Spielbergiem mieszały się z tymi dojrzalszymi, dotyczącymi pragnienia szczęścia i spełnienia, a także budowania własnych rodzin.


Z backstage’u owych amatorskich planów filmowych powstała swoista kapsuła czasu – z jednej strony osobista pamiątka dla uczestników wypraw (w tym dla reżysera-ojca), z drugiej uniwersalny obraz dla widowni. Obok "Nurtu" Rafała Skalskiego oraz ubiegłorocznych "Listów z Wilczej" Arjuna Talwara, dokument ten wpisuje się w definicję feel good movie, kina nieco lżejszego, pozytywnego, dającego wytchnienie, ale niepozbawionego elementów refleksyjnych oraz drugiego dna. Pełna pysznego humoru oraz dystansu do siebie mozaika skrywa bowiem pod powierzchnią soczyste warstwy. Między innymi stanowi hołd złożony kinematografii i potędze wyobraźni. Garażowe efekty specjalne, krew z ketchupu, własnoręcznie przygotowywane kostiumy i charakteryzacje, lawina dubli mająca wydobyć to jedno, najlepsze ujęcie – takich dziecięcych i nastoletnich przygód pozazdrościłby bohaterom niejeden kinofil. Szczególnie iż najważniejszym ich elementem nie była nauka dyscypliny i branżowego perfekcjonizmu, ale euforia z procesu tworzenia, o której tak często zapominają dziś filmowcy.

"Kandydaci śmierci" są jednak przede wszystkim opowieścią o sztuce budowania relacji. Film kruszy mit patriarchalnej męskości opartej na potrzebie władzy i kontroli, podszytych z kolei kompleksami i lękiem. Zamiast manifestacji siły, mamy manifestację wrażliwości, uważności, obserwowania, dociekania. Zamiast rywalizacji – współpracę, rozwiązywanie problemów, okazywanie sobie szacunku i uczuć. Dostajemy osobiste wyznania dorastających chłopców, którzy nie wstydzą się swoich potrzeb emocjonalnych oraz trudnych tematów. W tych obnażeniach, przyzwoleniu sobie na wrażliwość i bezbronność, tkwi niezwykła siła. Maciej Cuske wyrasta zaś na niedyplomowanego pedagoga, dającego nam piękną, a jednocześnie jakże prostą, organiczną, wyzbytą pretensjonalnych tonów lekcję miłości.


"Kandydaci śmierci" to także przykład spełnionego pod każdym względem rzemiosła filmowego, trzymającego uwagę od pierwszej do ostatniej sceny, perfekcyjnie wyważającego elementy humorystyczne i nostalgiczne, łączącego niewidzialną montażową nicią beztroskę dzieciństwa z powagą dorosłości. To pozycja, której w polskim kinie bardzo brakowało. Świadomość, iż nie jest ona wykreowaną rzeczywistością, ale zapisem autentycznych zdarzeń, przeżyć, wrażeń, daje prawdziwą otuchę i nadzieję. To rzecz prosto z serca, szczera, a zatem na wagę złota, nie do podrobienia, ale do bezustannych zachwytów nad pięknem życia, ojcostwa, przyjaźni, procesu twórczego. Teraz rzeczywiście jest najlepiej – kiedy mamy takie kino.
Idź do oryginalnego materiału