Dziesięć lat temu opublikowaliśmy nasze podsumowania lat 1997, 1998 i 1999, świętując 20-lecia płyt, które według nas zmieniały historię elektroniki. Tym razem zaglądamy do roku 1996. Pojawiło się wówczas mnóstwo rzeczy, które właśnie świętują 30-lecie. Dobrej zabawy!
- Nasze podsumowanie roku 1997 – czytaj tutaj
- Nasze podsumowanie roku 1998 – czytaj tutaj
- Nasze podsumowanie roku 1999 – czytaj tutaj
Poniżej nasze ulubione płyty roku 1996 wraz z playlistą Spotify.
Kruder & Dorfmeister – „DJ-Kicks”
Jedna z najbardziej kultowych części serii „DJ-Kicks”, sygnowana przez austriacki duet Peter Kruder i Richard Dorfmeister. Składanka w formule DJ-setu prezentuje mieszankę słonecznego downtempo, trip hopu i dubowych inspiracji. To perfekcyjnie skomponowany mix znanych graczy takich jak Herbaliser czy Thievery Corporation z bardziej niszowymi artystami. (Mateusz Piżyński)
Dj Shadow – „Endtroducing…”
Do dziś trudno znaleźć album, który w równie naturalny sposób łączyłby hip-hop, funk, jazz, ambient, psychodelię i muzykę filmową. Shadow nie cytuje cudzych nagrań dla samej przyjemności rozpoznawania sampli. Wszystkie zapożyczone dźwięki zostają wchłonięte przez nową całość. Słuchając jej nie myślimy o ich źródłach. Myślimy o emocjach, które w nas wywołują.
Może właśnie dlatego ta płyta nie potrafi się zestarzeć i pomimo upływu 30 lat wciąż brzmi świeżo. Wracam do niej regularnie i za każdym razem potrafię w jej brzmieniach odkryć coś nowego. (Paulina Bijoch)
Sneaker Pimps – „Becoming X”
Debiutancki album brytyjskiego zespołu z Hartlepool. W roli wokalistki pojawiła się Kelli Dayton, którą na kolejnym wydawnictwie zastąpił Chris Corner. Płyta była płodna w single, do których należą „Tesko Suicide”, „6 Underground”, „Spin Spin Sugar”, „Roll On” oraz „Post-Modern Sleaze”. Całość jest osadzona między trip-hopowym vibem a alternatywnym popem. Płyta doczekała się choćby dwóch okładek. (Mateusz Piżyński)
Nearly God – „Nearly God”
To nieoficjalny, drugi album Tricky’ego, wydany pod pseudonimem, tylko po to by ominąć zapisy umowy z wydawcą. Sam twórca określa go jako „zbiór genialnych, niekompletnych dem”, stworzonych w 3 tygodnie i faktycznie w porównaniu z „Pre-Millenium Tension”, które ukazało się 9 miesięcy później sprawia wrażenie niedopracowanego. Z drugiej strony nie można mu odmówić większego ciężaru i mroku, choćby w porównaniu z debiutem. Dziesięć kompozycji zaszczycili swoimi wokalami Bjork, Alison Moyet, Cath Coffey, Martina Topley Bird, Neneh Cherry, czy Terry Hall. (Bartek Woynicz)
Boards of Canada – „Hi Scores”
Najpierw rozdawali kasety wśród znajomych, potem wypuścili własnym sumptem 100 kopii epki „Twoism”, wreszcie, w omawianym przez nas roku przyszedł czas na oficjalny debiut. „Hi Scores” przynosi 30 minut muzyki, która dziś ma status „początku legendy”. Materiał jest dość niespójny – mamy tu jeszcze wypady w rejony, które okazały się mylnym tropem („June 9th”, „Seeya Later”), mamy również klasyczne już dziś „Turquoise Hexagon Sun” czy „Everything You Do Is A Balloon”. Dla fanów epka kultowa, dla reszty – niezła zapowiedź tego, co miało się wydarzyć dwa lata później na debiutanckim LP. (Krzysiek Stęplowski)
Aphex Twin – „Richard D. James”
Jak głosi legenda (a tych akurat wokół artysty naprodukowano więcej niż fabryka dała), jest to pierwszy album Ryśka skręcony w całości na laptopie. Przesiadka z manualnie modyfikowanych maszynek na typowo DAW-owskie środowisko pracy poskutkowała tym, iż brytyjski Midas elektroniki – zupełnie przypadkiem – potknął się o drill’n’bass.
Wieść gminna niesie, iż partie smyczkowe Rysio ogarnął zupełnie sam, opanowując grę na instrumentach w tempie godnym swoich najszybszych BPM-ów. Mimo bębniarskich łamańców i rytmicznego ADHD, to płyta zaskakująco cieplutka, dziecięca, a momentami wręcz uroczo naiwna. Aphex Twin zapoczątkował nią modę na przemycanie infantylnych motywów do IDM-owych salonów, co zresztą błyskawicznie podchwycili jego koledzy z wytwórni. (Michał Wiśniewski)
SpaceWays – „Trad”
Jedną z ciekawszych wytwórni z Bristolu lat 90 była Cup of Tea. Dzięki działalności polskiego dystrybutora Sonic płyty z Cup of Tea trafiały na nasz rynek w postaci kaset (w wielu przypadkach nigdzie indziej nie były wydawane na tym nośniku). W ten sposób muzyka Cup of Tea trafiała w moje ręce, i choć za najważniejszą płytę w katalogu wytwórni uważam „Disparation” Invisible Pair of Hands, wielką słabość mam również do Spaceways.
W zasadzie trudno tę muzykę jednoznacznie opisać – niby jest to mieszanka trip-hopu i jazzu, a jednak pojawiają się tutaj również fragmenty taneczne, klasyczne breaki czy głębokie soniczne eksperymenty. Projekt frapujący i niesłusznie zapomniany. Posłuchajcie choćby „Pink Panza” – trudno za tym kawałkiem nadążyć. (Krzysiek Stęplowski)
Thievery Corporation – „Sounds From The Thievery Hi-Fi”
Niepodrabiany klimat tego waszyngtońskiego duetu to głównie słoneczne, egzotyczne echa dubu, bossa novy, reggae, a choćby samby osadzone na niespiesznym, leniwym bicie. Takim jest również ich debiut z 1996, który miał kilka różnych wydań różniących się liczbą utworów, jak i wersjami niektórych z nich. To bardzo spójny, głównie instrumentalny album, wzbogacony o wokalne momenty z udziałem jazzowej artystki Pam Bricker. (Mateusz Piżyński)
Fatboy Slim – „Better Living Through Chemistry”
Debiut niekwestionowanego króla big beatu. Album ma raczej charakter eklektycznej składanki, niż spójnej wypowiedzi, ale finalnie można wręcz uznać to za walor, a surowa, kwaśna, energetyczna i nader eklektyczna mieszanka techno, hip-hopu, acid house’u, jazzu/funku, czy wkońcu silnie zabarwiającego wszystko rock’n’rolla oparta na kreatywnym wykorzystywaniu sampli, świetnie broni się po trzech dekadach. Znajdziemy tu też pierwszy hit Normana Cooka, czyli składające hołd Rolandowi 303 „Everybody Needs a 303”. (Bartek Woynicz)
Orbital – „In Sides”
Świetnie przyjęty, czwarty longplay w dyskografii duetu braci Hartnoll. Mieszanka topornych raverskich bitów i skomplikowanych syntezatorowych plątanin uzupełnia tu w kilku numerach sama Alison Goldfrapp. Album promował rozbudowany singiel „The Box”, który raczej nie wytrzymał próby czasu .Cały album odnosił się do spraw ekologicznych, m.in. do katastrofy ekologicznej spowodowanej wyciekiem ropy u wybrzeży Walii, a jeden numer został choćby nagrany w całości na zasilaniu pochodzącym z farmy solarnej Greenpeace’u. Na końcu tracklisty mamy tu też reinterpretację motywu z filmu „Saint” przygotowanej pod wersję z Valem Kilmerem. (Bartek Woynicz)
Cujo – „Adventures in Foam”
W tym roku 30-lecie swojego debiutu świętuje również Amon Tobin. Pod koniec 1996, nakładem niewielkiego londyńskiego labelu Ninebar pojawił się krążek sygnowany jeszcze jako Cujo. Niedługo potem Tobin podpisał umowę z Ninja Tune i zaczął wydawać pod własnym nazwiskiem. „Adventures in Foam” brzmi trochę jak rozgrzewka przed tym, co miało nas czekać w kolejnych latach. Nie można jednak temu materiałowi odmówić błyskotliwości. Artysta zapuszcza się tu w różne rejony – od skocznego „Cat People” po abstrakcję w „Cruzer” czy zabawy z jazzem na „Traffic”. Długa płyta wypełniona mnóstwem pomysłów. Nic dziwnego, iż dla wielu hard fanów jest to jedna z ulubionych płyt Tobima. (Krzysiek Stęplowski)
Tricky – „Pre-Millennium Tension”
Piszę o tej płycie z perspektywy „ostudzonego” fana – a wszystko przez późniejsze, niezbyt udane występy koncertowe Adriana Thawsa. Gdy jednak cofniemy się do roku 1996, zastaniemy Tricky’ego świeżo po wydaniu przełomowego „Maxinquaye.” Brytyjska prasa, niczym spuszczone ze smyczy ogary, wytyka mu błędy wychowawcze i zaniedbywanie córki, a on sam walczy z postępującą paranoją – podsycaną potężnymi ilościami marihuany lub, jak sam podejrzewał, infekcją Candida. Jego eksplodujący z dnia na dzień status „supergwiazdy” staje się dla niego tyleż ciężarem, co paliwem do pisania dusznych protest songów (jak choćby „Tricky Kid”). Związek z Martiną Topley-Bird jest już dawno pogrzebany, a romans z poszukującą siebie Björk powoli dogasa, ustępując miejsca relacji ze złotozębym królem jungle – Goldiem.
„Pre-Millennium Tension” nagrywane było głównie na Jamajce i to słychać – dym z jointów wręcz ulatnia się z głośników. Towarzyszy on nie tylko surowym melodeklamacjom nawijaczy („Ghetto Youth”), ale też mrocznym szeptom Martiny („Makes Me Wanna Die”). Kumpel, który odziedziczył po mnie kasetę z demobilu i namiętnie katował ją w swoim Seicento podczas podróży po świecie, stwierdził kiedyś, iż ten album położył solidne podwaliny pod grime, dubstep i bass music. I tu adekwatnie można postawić kropkę, pamiętając, iż w tym samym roku artysta wypuścił przecież równie genialny projekt Nearly God. Mnie zaś pozostaje jedynie powtarzać za Świetlickim: nigdy nie będzie takiego Tricky’ego… (Michał Wiśniewski)
Bowery Electric – „Beat”
W naszym zestawieniu musiał się pojawić reprezentant chicagowskiej wytwórni Kranky, bardzo ważnej dla całej dekady lat 90. Takie projekty jak Stars of The Lid, Labradford czy właśnie Bowery Electric eksperymentowały z gitarową psychodelią i ambientem – efektem jest katalog wypełniony doskonałymi albumami. Jednym z nich jest właśnie „Beat”, na którym słychać silny wpływ święcącego wówczas tryumfy trip-hopu. Momentami mam wrażenie, iż gdyby Boards of Canada sięgali po gitary od samego początku, efekt mógłby być taki jak na poniższym video. (Krzysiek Stęplowski)
Archive – „Londinium”
Debiutanckie Archive nie było jeszcze tak pompatyczne i pretensjonalne jak to bywało później. „Londinium” to po prostu radosna mieszanka downtempo, trip- oraz hip-hopu, nie ma tutaj kilkunatominutowych progresywnych „suit”, jest za to spora ilość bangerów, produkcyjnie już nieco trącących myszką, ale wciąż cieszących ucho. Słychać, iż panowie inspirowali się wówczas bardziej Massive Attack niż (jak później) Pink Floyd. Słychać tu echa „Protection”, choć mamy również sporo autorskich, charakterystycznych dla Archive rozwiązań brzmieniowych. Fajny, orzeźwiający debiut. (Krzysiek Stęplowski)
Hooverphonic – „New Stereophonic Sound Spectacular”
Tytuł tej płyty jest chyba najlepszym opisem tego jak te piosenki brzmią. Z jednej strony – klasyczny trip-hop, z drugiej – jednak trochę więcej. Krystaliczna, szeroka, detaliczna produkcja sprawia, iż debiutancki krążek zespołu – w odróżnieniu od wielu trip-hopowych wydawnictw z tamtego okresu – skutecznie oparł się upływowi czasu. „Inhaler”, „Plus Profound”, „Barabas” brzmią świetnie choćby po 30 latach a ja mam wrażenie, iż zespołowi nie udało się już nigdy potem powtórzyć tej jakości. Spróbujcie posłuchać tej płyty na dobrym soundsystemie – przez cały czas jest spektakularnie. (Krzysiek Stęplowski)
Everything But The Girl – „Walking Wounded”
Dziewiąty album duetu Tracey Thorn i Ben Watt, wydany w dwa lata po pomnikowym „Amplified Heart”, na którym znalazł się wiecznie żywy singiel „Missing”, który pewnie po dziś dzień zasila rotacje RMF FM. Zespół najpewniej zachęcony sukcesem wspomnianego singla, a może choćby bardziej, jego parkietowym remixem autorstwa Todda Terry’ego na kolejnym krążku wyraźniej skręcił w klubową stylistykę, odważniej nadając swoim smutnawym piosenkom fundamenty z drum’n’bassu czy house’u. (Bartek Woynicz)
Morcheeba – „Who Can You Trust”
Ilekroć sięgam pamięcią do dźwięków z debiutu Morcheeby, z gęstego, triphopowego „bagna” natychmiast wynurza się aksamitny głos Skye Edwards – tylko po to, by za chwilę zostać brutalnie ściętym przez głęboki baryton Pawła Kostrzewy, zapowiadającego Babybirda na antenie radiowej Trójki. Sam album jest dość monochromatyczny, wręcz monotonny pod względem piosenkowej „melodyjności”. Nie sposób jednak odmówić mu bezwstydnego epatowania urokiem. Za moment zespół wypuści „Big Calm” – ale to już zupełnie inna historia. (Michał Wiśniewski)
Lamb – „Lamb”
Lato 1999 roku. Wakacje w mieście upływają na szwędaniu się nad okolicznym jeziorem i regularnych powrotach do „bazy”, by katować demo „Carmageddon 2” przy dźwiękach „Fear of Fours” huczących prosto z napędu CD-ROM. Cudownie schizofreniczny kontrast: zbieranie punktów za potrącenia w rytm wyrafinowanej elektroniki.
Lokalny sklep muzyczny oczywiście nie miał na stanie ich debiutanckiego krążka, ale mniejsza o to. Pierwszy album Brytyjczyków to przede wszystkim potężny, soniczny taran: bezwzględnie połamane bity Andy’ego Barlowa zderzone z niebiańskim, otulającym głosem Lou Rhodes. W porównaniu z bardziej poukładaną „dwójką”, debiut z 1996 roku jest surowy, głęboko basowy i chropowaty, z rzadka tylko rozświetlany mieniącymi się plamami synthów lub monumentalnymi, emocjonalnymi balladami pokroju zjawiskowego „Gorecki”.
Z czasem ta formuła musiała się wyczerpać – trip-hopowa rewolucja ostatecznie zjadła własny ogon, a duet stracił gdzieś ten pierwotny pazur. Ale wspomnienia tamtych wakacji (i ubytek słuchu) pozostaną na zawsze. (Michał Wiśniewski)
DJ Kicks: Carl Craig, Stacey Pullen, Claude Young
Wytwórnia !K7 w latach 90. trzymała didżejów naprawdę krótko. Nie dość, iż musieli dostarczyć bezbłędny miks, to jeszcze producencki, ekskluzywny track złożony ze skrawków dźwięków wykorzystanych w secie (taki był zresztą oryginalny koncept serii DJ-Kicks). Ponoć Carl Craig manualnie ciął i sklejał taśmę z nagraniami, co tylko dodaje niesamowitego, wręcz fizycznego uroku wyobrażeniu o wczesnym samplingu i sztuce edycji.
Mimo iż ogólny vibe trzech wspomnianych wydań krąży konserwatywnie wokół brzmienia z Detroit, same miksy są diametralnie różne. Pokrótce: Carl Craig postawił na surową zabawę technologicznie raczkującymi odtwarzaczami CD. Utwory nie są tu zmiksowane sensu stricte – rolę fadera nierzadko przejmuje przycisk „Next”, wciśnięty w bezwzględnie kluczowym momencie styku nagrań. Czasem to działa, czasem potrafi zgrzytnąć, ale ma potężny, industrialny urok. Stacey Pullen poszedł w gładkość i absolutną płynność, gęsto doprawiając set trikami w stylu dynamicznych backspinów i efektów z miksera.
Claude Young to z kolei czysty pokaz agresywnego miksowania i technicznego rzemiosła (momentami żonglował dwoma kopiami tej samej płyty naraz, wyciskając z nich hipnotyzujący efekt flangera). Dociekliwym polecam uważne przestudiowanie tracklist, bo – jak już doskonale wiemy – jeden wyjątkowy utwór sprytnie połączył dwa z tych trzech legendarnych miksów. (Michał Wiśniewski)
The Future Sound of London – „Dead Cities”
W połowie lat 90 Garry Cobain i Brian Dougans na swoim koncie mieli już kilka wybitnych wydawnictw, wspominając choćby cudowny „Lifeforms” czy eksperymentalny „ISDN”. „Dead Cities” zamyka najbardziej twórczy okres w karierze duetu, to również najlepiej przemyślane dzieło FSOL i w moim odczuciu – ich najwybitniejszy krążek.
Genialna wizytówka elektroniki lat 90: mistrzowski sampling, niezwykła różnorodność brzmieniowa, trochę big beatu, ambientu, new age czy eksperymentu. Fantastyczny, post-apokaliptyczny koncept album, który wówczas – wraz ze swoją oprawą graficzną – robił kolosane wrażenie. A dziś przez cały czas brzmi jak muzyka przyszłości. (Krzysiek Stęplowski)
Underworld – „Second Toughest in the Infants”
Początek 1996 dla Underworld okazał się niezwykle mocny. Najpierw w lutym pojawiła się ścieżka dźwiękowa kultowego dziś „Trainspotting”, na której znalazł się chyba największy hit zespołu – „”Born Slippy .NUXX”. Tuż potem, w marcu, panowie wypuścili „Second Toughest in the Infants” – oficjalnie czwarty album w dyskografii, drugi nagrany w klasycznym składzie.
Dziś ten ponad 70-minutowy krążek uważany jest nie tylko za najlepszy w dyskografii zespołu, ale również za jeden z kamieni milowych jeżeli chodzi o progresywną / alternatywną taneczną elektronikę. Już pierwszy na trackliście „Juanita: Kiteless: To Dream of Love” przygniata mnogością pomysłów – a to przecież dopiero pierwsze 16 minut z przepastnej całości. Fantastycznie to brzmi choćby po 30 latach. Jedna z najważniejszych płyt w całym zestawieniu. (Krzysiek Stęplowski)
Faithless – „Reverence”
W kwietniu 1996 ukazał się debiutancki album Faithless, których twórczość na stałe wpisała się w historię elektroniki i jej boomu z lat 90. Na „Reverence” trafiło dziesięć utworów, w tym jedne z największych hitów genialnego brytyjskiego tria – „Salva Mea” i „Insomnia”, które po dziś dzień wybrzmiewają w klubowych setach, czy „Don’t Leave” i „If Lovin’ You is Wrong”. Wsparcie wokalne na płycie zapewnili Ci, którzy w dalszej karierze kapeli okazali się jej stałymi współpracownikami – m. in. Pauline Taylor, Jamie Catto oraz Dido, prywatnie siostra członka Faithless – Rollo Armstronga (na „Reverence” Dido zaśpiewała w utworze „Flowerstand Man”).
Album spotkał się z doskonałym przyjęciem krytyków, a jego sprzedaż okazała się wielkim sukcesem komercyjnym. W wielu krajach europejskich „Reverence” zyskała status złotej płyty (np. Niemcy, Holandia, Szwajcaria), zaś bezpośrednio na Wyspach Brytyjskich pokryła się platyną docierając przy tym na 26. miejsce listy UK Albums Chart. Po 30 latach „Reverence” nie straciła nic a nic ze swojego uroku – ten kapitalny album przez cały czas brzmi świeżo i jest dawką niesamowitej energii – tanecznej jak i bardziej stonowanej, a jednak wciąż podnoszącej na duchu i budującej optymistyczną perspektywę. Fantastyczna płyta, do której nie sposób nie wracać i która stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych pomników najntisowej elektroniki. (Ania Pietrzak)
LFO – „Advance”
Mark Bell, pytany niegdyś o słynny „syndrom drugiej płyty”, odrzekł bez ogródek, iż najgorszym możliwym grzechem artysty jest powtarzanie samego siebie. Album „Advance” udowodnił, iż LFO nie zamierza dreptać we własnych śladach, choć płyta okazała się też zwieńczeniem współpracy w oryginalnym składzie. Niedługo po premierze Gez Varley spakował manatki i skupił się na solowej karierze pod szyldem G-Man.
Zanim jednak krążek ujrzał światło dzienne, w ręce Björk trafiła kaseta z surowymi demówkami LFO i uroczą adnotacją od Bella: „częstuj się, czym chcesz”. Islandzka artystka nie dała się dwa razy zapraszać. Bez pamięci zakochała się w jednym z podkładów, co zaowocowało utworem „I Go Humble” (który trafił na B-side singla „Isobel”). Bell odzyskał potem ten instrumental, wypolerował go i wrzucił na „Advance” pod genialnie niedorzecznym tytułem „Shove Piggy Shove”.
Całkowite przejęcie sterów projektu przez nieodżałowanego Bella popchnęło LFO na znacznie bardziej eksperymentalne, IDM-owe tory. (Michał Wiśniewski)
Biosphere & Higher Intelligence Agency – „Polar Sequences”
Pozostaje żałować, iż nas tam nie było: wyobraźcie sobie bowiem koncert na szczycie jednej z gór okalających norweskie Tromsø. Publiczność, dowożona kolejką linową, mogła posłuchać efektów współpracy Geira Jenssena (Biosphere) oraz Bobby Birda (The Higher Intelligence Agency). Obaj, zaproszeni przez organizatorów Polar Music Festival, zaprezentowali sety łączące polarny ambient z nagraniami terenowymi. Koncerty były łącznie trzy, płyta zawiera sześć fragmentów nagranych podczas tych występów. Abstrakcyjny, mroczny ambient przywołujący echa wydanego rok wcześniej, klasycznnego już dziś „Stalkera” Roberta Richa i Lustmorda. Jeden z ciekawszych side projektów będącego wówczas w peaku Jenssena, który swój najważniejszy album – „Substratę” – miał wydać już rok później. (Krzysiek Stęplowski)
Oval – „94diskont”
Ostatnia płyta niemieckiego projektu nagrana w trzyosobowym składzie to definitywnie rzecz przełomowa. Zamiast dążyć do perfekcji kompozycji i syntezatorowego brzmienia, znaleźli sposób na odczarowanie człowieka w błędzie (glitchu) maszyny. Tym samym zapoczątkowali szaloną modę na clicks’n’cuts.
Metoda produkcyjna polegała na samplowaniu dźwięków wydawanych przez odtwarzacze CD, gdy lądowały w nich skatowane i pocięte cedeki. Jak wspomniałem, trio się rozpadło, a Markus Popp na rzeczonych patentach produkcyjnych będzie lecieć przez kolejne trzy dekady. I wcale nie jest to komentarz kąśliwy, gdyż uważam jego album z Eriko Toyodą (projekt „SO”) za absolutny majstersztyk. (Michał Wiśniewski)
Stereolab – „Emperor Tomato Ketchup”
Od pierwszych dźwięków uderza ten trip hopowy, acid jazzowy groove. Słowa zdają się być pozornie jedynie brzmieniem nałożonym na wokal, bez większego znaczenia, ale to złudzenie. Płyta wymaga dwujęzyczności, gdyż poza angielskim śpiewana jest po francusku, języku ojczystym dla wokalistki Laetitii Sadler.
Delikatny, oniryczny głos Laetiti kontrastuje z gęstą perkusją i organami. Choć nie brakuje na niej instrumentów i przez grupę Stereolab przewinęła się masa muzyków, to ETK jest zatopione w elektronice. Wokale ozdobione reverbem, perkusja zwalniająca i przyspieszająca, riffy pojawiające się, a potem znikające.
Ten album to nie tylko zgrabne melodie, ciasno upakowane w meandrujące wokale Laetiti, ale też manifest społeczeństwa, gdzie wspólny taniec i eksplorowanie przyjemności staje się buntem wobec porządku świata. (Kai Boryszewski)
To Rococo Rot – „To Rococo Rot”
Zjawisko nowego niemieckiego post-rocka było o tyle fascynujące, iż jego przedstawiciele dość często przyjeżdżali w Polski na występy. Wszystko za sprawą rozpoczynającego wówczas swoją dystrybucyjną działalność Janusza „Gusstaffa” Muchy – człowieka, którego dorobek trudno dziś przecenić. Pierwsze polskie trasy berlińskich składów były sporymi wydarzeniami – ta muzyka była wówczas cudownym powiewem świeżości. To Rococo Rot to jeden flagowych reprezentantów nurtu. Pierwsza płyta, jeszcze nieco surowa, przyniosła eksperymenty nawiązuzjące do dorobku niemieckiej awangardy lat 70, tym razem jednak z nowym, świeżym pulsem. Nagrane z Radia Wrocław „Testfield” (tak, kiedyś takie rzeczy szły w regionalnej rozgłośni) katowałem na kasecie miesiącami. (Krzysiek Stęplowski)
Outkast – „ATLiens”
Drugi album cudownych dzieciaków hip-hopu. 21-letni wówczas Andre i Big Boi wracają i wchodzą głębiej do wnętrza życia w Atlancie. Rapowa wizytówka stolicy Georgii, ale bez blichtru i przewózki (to pojawi się później, u Migosów np.) tu jest brud i szara codzienność. Członkowie rodziny w więzieniu, obowiązki ojcowskie. Trudniejsze tematy otaczają clubowe bangery jak chociażby tytułowy singiel.
Płytę okrasza świetna produkcją, scratche i beaty. Poetyka dnia codziennego chłopaków z Outkast wręcz tonie w reverbie. To płyta pełna zmiennego napięcia i rozwiązania — Andre i Big Boi podchodzą do materiału na tej płycie z zupełnie różnych miejsc w życiu, co podkreśla już mocno zaznaczone ich różnice w stylach rapowych i inspiracjach muzycznych.
Otrzymujemy perełkę, która hipnotyzuje, a głębokie beaty drążą dziurę w serduchu i sprawiają, iż single jak Elevators, Jazzy Belle czy ATLiens zostają na długo w uszach słuchacza. (Kai Boryszewski)
Nicolette – „Let No One Live Rent Free in Your Head”
W dzisiejszych czasach tytuł drugiego albumu pani Suwoton brzmi jak frenetyczny manifest chciwych psycho-rentierów. Jednak w połowie lat 90. chodziło o zupełnie inne rewiry. Zdawkowe pojawienie się jej wokaliz na „Protection” kolektywu Massive Attack, a także świetna zawartość debiutanckiego krążka współtworzonego z formacją Shut Up and Dance („Now is Early” z 1992 roku), doprowadziły do ponownej ofensywy wydawniczej.
Wśród producentów pojawiły się takie nazwiska jak Dego z 4Hero, Alec Empire czy Plaid. Ta niecodzienna mieszanka gości w połączeniu z dźwiękowym obyciem artystki dała początek dziełu po prostu wybitnemu. Z jednej strony otrzymujemy wyluzowane, eklektyczne brejki z Londynu („Europe”, „You Are Heaven Sent”), z drugiej – cyfrowe koszmary generowane przez Aleca Empire („Nightmare”). Największym zaskoczeniem jest tu jednak duet Plaid, który porzucił estetykę „IDM-owego karaoke” na rzecz mroczniejszych i znacznie bardziej rozbudowanych brzmień. (Michał Wiśniewski)
Gescom – „Key Nell”
Nigdy nie byłem fanbojem Autechre. Przez większość ich dyskografii przebrnąłem dość pobieżnie. Wstyd się przyznać, ale przez wilczą część dorosłego życia uważałem „Envane” i „Chiastic Slide” za ich najbardziej przystępne, a zarazem „topowe” osiągnięcia. Z czasem się to zmieniło (but still…). Skok między mrokiem „Tri Repetae” a arktycznym urokiem dwóch wspomnianych płyt jest odczuwalny niczym wejście z rozgrzanego dubajskiego powietrza do klimatyzowanej, fińskiej piwnicy.
EP-ka „Key Nell” jest właśnie takim pomostem – to wydawnictwo wypuszczone przez oscylujący wokół wytwórni Skam kolektyw producencko-didżejski (znany jako Gescom), składający się z (circa) 20 osób. Wliczając w to panów Bootha i Browna, a także ich kolegę po fachu wydającego jako Bola (ach, cóż to za cudowny, ikoniczny album „Soup”!). Surowe opakowanie wersji winylowej oraz mariaż lodowatego IDM-u z kruszącymi się i topniejącymi bitami – tak w uproszczeniu prezentuje się zawartość tego krążka. (Michał Wiśniewski)
Plug – „Drum’n’bass for Papa”
Oto doskonały przykład na to, iż gdy robi się coś dla przysłowiowej beki, efektem potrafi być dzieło absolutnie wybitne. Po latach Luke Vibert – ukrywający się tu pod kultowym szyldem Plug – rozbrajająco przyznał, iż w tamtym czasie nie do końca opanował był jeszcze sztuki klejenia dramenbejsowych łamańców, przez co (w jego własnych uszach) album brzmi uroczo koślawo. Archiwalna errata wydawnicza z 2011 roku (w postaci krążka „Back in the Doghouse”) uraczyła nas odrzutami z taśm, które zdaniem autora idealnie pasowałyby do oryginalnego materiału. Ach, to klasycznie aphexowe generowanie legend o zaginionych archiwach DAT…
A z czym w ogóle mamy tu do czynienia? Okładka kultowego „Drum 'n’ Bass for Papa” wygląda jak pijany mistrz po charakteryzacji z Twoja Twarz Brzmi Znajomo, a w środku dostajemy pionierskie, bezkompromisowe cięcie „Amen breaków” pożenione z samplami totalnie od czapy. Pamiętajmy, iż ten album uderzył w sklepy w czasach absolutnego bumu na jungle i d’n’b, kiedy tuzy z wytwórni Metalheadz pozowały na mrocznych badassów rodem z gangsta rapu. Tymczasem Vibert wszedł w ten rygorystyczny, zapięty pod szyję świat z ironicznym uśmieszkiem i potężnym, funkowym groovem. Ten luzacki vibe podchwycił zresztą sam Grooverider, który dwa lata później wypuścił swoje opus magnum „Mysteries of Funk”, podszyte dokładnie tym samym, bujającym funky flow. (Michał Wiśniewski)
Nosowska – „puk.puk”
Katarzyna Nosowska poszła na swoje i od razu zaczęła z przytupem. „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć” jest utworem o sile gotowej kruszyć mur. Fani gitarowych brzmień musieli być zdziwieni elektroniką wypełniającą cały album. No i te teksty, już dojrzalsze, odważniejsze. Samoświadomość aż wykipiała, co Nosowskiej zostało po dziś dzień. (Jarek Szczęsny)
Porter Ricks – „Biokinetics”
Ten album po prostu musiał się tu znaleźć. Pierwsze duże, oficjalne wydawnictwo berlińskiego labelu Chain Reaction, którego wpływ na rozwój dub techno i ambient techno trudno dziś przecenić. „Biokinetics” to początek fascynującego zjawiska łączącego taneczny parkiet ze śmiałymi eksperymentami w zakresie sound designu. Ruch ten tworzony był głównie przez nową falę niezwykle uzdolnionych berlińskich producentów, z których wielu dziś ma już status legendy. Thomas Köner, Robert Henke, Andy Mellwig czy Wolfgang Voigt tworzyli muzykę, która choćby dziś brzmi jak echo dalekiej przyszłości. (Krzysiek Stęplowski)
Axiom Dub – „Mysteries of Creation”
Ta składanka jest równie różnorodna co dyskografia Billa Laswella, który w samych latach 90 wydał około miliona płyt, licząc lekko. Lasswell był jednym z założycieli labelu Axiom – odpowiedzialnego za pojawienie się „Mysteries of Creation”. Pamiętam, gdy w okolicach 1997 słuchałem tej płyty w jednej z wrocławskich „księgarni muzycznych” (pamiętacie jeszcze takie miejsca?). Miałem jakieś 16 lat i nie wiedziałem co się tutaj dzieje: dub, trip-hop, „illbient”, orient, wszystko to trochę przerażało, częściej pociągało, niczym jakaś zakazana substancja.
Zamykający całość „Anansi Abstract” DJ Spookiego był jednym z tych formatywnych muzycznych doświadczeń (sprawdźcie również wydany w tym samym roku solowy album tego producenta). Wrażenie potęgował fakt, iż oczywiście nie było mnie od razu stać na zakup tego krążka – sprzedawałem więc czereśnie licząc na to, iż nikt mi tej składanki w międzyczasie nie wykupi. Takie to były zabawne czasy. (Krzysiek Stęplowski)
GAS – „GAS”
Kiedy w 1996 roku Wolfgang Voigt opublikował debiutancki album swego projektu Gas, była to prawdziwa sensacja. Niemiecki producent dokonał na krążku wydanym przez Mille Plateaux syntezy swej dotychczasowej fascynacji tworzeniem muzyki dzięki zaloopowanych sampli. O ile jednak pod szyldem Love Inc. przekładał tę pasję na tworzenie techno, tak jako Gas śmiało wkroczył na teren ambientu. Do dziś „Gas” pozostaje wyjątkowym dziełem w twórczości artysty – dosyć różnym od całej późniejszej serii płyt firmowanych tym pseudonimem. (Paweł Gzyl)












