13 czerwca 2024
Dziś rano, kiedy wstałem, zauważyłem, iż zegar przy wejściu w naszej kamiennej klatce przestał tykać. wskazówki utknęły na pięć po piętnastej. Potrząsnąłem go, przyłożyłem ucho cisza. „Może bateria?” pomyślałem. Albo znak. Znak, iż wszystko, co już się wydarzyło, już się stało. Dzieci dorosły i wyleciały z gniazda. Mąż, dzięki Bogu, wciąż żywy i zdrowy, od pięciu dni przebywa u starego znajomego na wsi pod Krakowem. Samotność, do której przywykłem, w tych porannych chwilach wydała się szczególnie głośna i namacalna.
Zaparzyłem kawę i mój wzrok spadł na pudełko ze starymi pocztówkami, które wczoraj wyciągnąłem z poddasza, chcąc wprowadzić porządek. Sięgnąłem po przypadkowy, żółknący kopertę. To nie była pocztówka, ale list napisany drobnym, niemal dziecięcym pismem. Droga Jadwiga! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i życzę dalej szablonowe życzenia, a serce zadrżało, gdy zobaczyłem podpis: Twój na zawsze, Sergiusz.
Sergiusz Sergiusz Kaczmarek. Moja pierwsza miłość z lat studenckich, człowiek, przy którym byłem gotów wziąć ślub, ale los potoczył się inaczej. Wyjechał do Gdańska, by opiekować się chorą babcią. Nasze listy stawały się coraz rzadsze, a potem zupełnie zniknęły. Po trzech dekadach spotkałem innego, poślubiłem, miałem dzieci. O Sergiuszu nie myślałem prawie trzydzieści lat. Stał się jak cień z innego życia, nijaki i nieistotny.
Teraz, trzymając w ręku ten list, poczułem nagłe, ostre ubolewanie. Nie za to, iż nie zrealizowaliśmy wspólnej przyszłości życie kochałem. Za to, iż jakaś ważna nić zerwała się wtedy i zawisła w powietrzu, nierozwiązana. Czy on żyje? Czy wciąż walczy o coś, co kiedyś kochał?
Myśl wydawała się głupia, wywołana poranną ciszą i zatrzymanym zegarem. Odłożyłem list, wypiłem kawę i zabrałem się do sprzątania. ale obraz Sergiusza nie zniknął. Przypomniałem sobie, jak spacerowaliśmy po jesiennym parku, jak recytował mi wiersze Krzysztofa Kamila, których nie rozumiałem, ale udawałem, iż rozumiem, by słuchać jego głosu.
Cały dzień minął w niejasnym, medytacyjnym stanie. Porządkowałem szafy, przeglądałem stare zdjęcia, listy, drobiazgi. Zegar przy drzwiach milcząco obserwował mnie.
Następnego dnia kupiłem nową baterię i włożyłem ją do zegara. Wskazówki drgnęły i ruszyły. Klik. Znany, rytmiczny tyk rozbrzmiał w klatce. W tym samym momencie zadzwonił telefon.
Jadwiga? usłyszałem znajomy głos, aż załamująco bliski. Głos, którego słyszałem jedynie w nocnych snach. To Sergiusz. Przepraszam, iż dzwonię, ale wczoraj cały dzień miałem cię w myślach, jakby to była jakaś natrętna myśl. Znalazłem twój numer przez wspólnych znajomych Pewnie zupełnie mnie zapomniałaś.
Patrzyłem na zegar, który odliczał czas pewnie i spokojnie. Nie zapomniałem. Po prostu schowałem to gdzieś głęboko, tak jak ukrywa się najcenniejszy, niepotrzebny skarb. A teraz wróciło. Nie po to, by wszystko odwrócić, ale by postawić kropkę. Albo wielokropek.
Pamiętam cię, Sergiuszu szepnąłem. Wczoraj właśnie czytałem twój list.
Po drugiej stronie linii zawisła zdumiona cisza.
Nie może być wyszeptał. Wiesz, wczoraj znalazłem nasze wspólne zdjęcie nad Wisłą. Tam my
Rozmawialiśmy ponad godzinę. Okazało się, iż mieszka trzy godziny jazdy od mnie, w Łodzi. Ma dorosłą córkę i małego wnuka. Żona zmarła pięć lat temu.
Umówiliśmy się na spotkanie po prostu wypić kawę i pogadać.
Po rozłączeniu podszedłem do okna. Padał deszcz, stukający w parapet i zmywający kurz. Nie wiedziałem, co dalej. Nic się nie rozwiązywało, nic się nie łamało. Po prostu zatrzymany zegar znów ruszył. A w moim uporządkowanym, przewidywalnym życiu pojawiło się delikatne, ledwie słyszalne tykanie nowego czasu.
Nie planowałem nic więcej. Nie wyobrażałem sobie spotkania bałem się przyciągnąć pecha, bałem się, iż moje własne oczekiwania mnie oszukają. Żyłem więc te kilka dni w dziwnym, chwiejnym stanie, jakbym chodził po cienkim wiosennym lodzie, czując, jak pod stopami się ugina, obiecując zaraz pęknięcie.
Mąż wrócił z wyjazdu opalony, pachnący słońcem i kiełbasą. Opowiadał o wędkowaniu, o naprawie sauny z przyjacielem. Kiwałem, uśmiechałem się, stawiałem na stół barszcz, a w sobie łapałem się na to, iż patrzę na niego z boku na jego przyjazną twarz, na ręce, które tak pewnie trzymają młotek lub widelec. Myślałem: oto mój mąż. Człowiek, z którym dzieli się życie. A za progiem istnieje inna, nieprzeżyta, eteryczna rzeczywistość, w postaci starszego mężczyzny z głosem z przeszłości.
W dniu spotkania założyłem proste beżowe ubranko, to samo, w którym mąż zawsze twierdził, iż dobrze wyglądam. Nie malowałem się mocno tylko lekko podkreśliłem rzęsy. Po co? pytałem siebie. By udowodnić mu, iż czas mnie oszczędził? Czy po to, by udowodnić to sobie?
Wybrał małą kawiarnię na uboczu, przytulną, z małymi stolikami i zapachem świeżego wypieku. Weszłam i od razu go zobaczyłem. Siedział przy oknie, nerwowo gnijąc serwetkę, patrząc w swoją filiżankę. W tym momencie rozpoznałem go. Nie młodego chłopaka z gitarą, a właśnie tego człowieka dzisiejszego. W kącikach oczu promienie zmarszczek, ręce na stole już nie chłopięce, ale życiowo naznaczone. Spojrzał na mnie, wstał, a na jego twarzy odbiło się to samo nie zachwyt, a ciche, niemal przerażone: To naprawdę ty?.
Jadwiga powiedział, a głos mu zadrżał.
Sergiusz odparłem, siadając naprzeciw, bo nogi nie wytrzymałyby dłużej.
Pierwsze minuty upłynęły na banalnych rozmowach: pogoda, droga, jak zmieniło się miasto. Przyznał, iż jechał tu jak na egzamin i trzy razy zmieniał koszulę. Roześmiałem się, a lód zaczął topnieć.
Potem przyszły wspomnienia. Najpierw ostrożne, jakby próbowały wody. Potem śmielsze. Śmialiśmy się z kuriozalnych sytuacji studenckich, które kiedyś wydawały się tragediami, a teraz były zabawne. Przypomnieliśmy sobie starego wykładowcę wytrzymałości materiałów, którego wszyscy się bali. Wspominaliśmy wspólne nocne spacery po Warszawie.
Wreszcie, kiedy kawa została dopita, a na stole stały nowe filiżanki, nadszedł moment ciszy ta, w której powinno paść najważniejsze.
Tęskniłem za tobą długo rzekł, nie patrząc na mnie, obracając talerzyk. Żałuję, iż nie zabrałem cię ze sobą. Myślałem, iż postępuję słusznie, dając nam czas. A czas nie był po naszej stronie.
Milczałem. Co mogłem powiedzieć? Czyżbym przyznał się do żalu? To byłoby nieprawdą. Bo z tamtej rozdroży wyrosło moje życie z mężem, dziećmi, radościami i smutkami. Żal wobec tego oznaczałby zdradę wszystkiego.
Nie żałuj, Sergiuszu wyszeptałem. Wszystko było tak, jak powinno. Byliśmy młodzi i głupi. Gdybyś wtedy naciskał, a ja pojechała prawdopodobnie po miesiącu bylibyśmy pośród prochu. Stałbyś się dla mnie człowiekiem, który ukradł moje życie w Warszawie, a ja dla ciebie obciążeniem przy babci.
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem i smutną jasnością.
Tak myślisz?
Jestem tego pewna. Idealizowaliśmy przeszłość, Sergiuszu. Zakochaliśmy się nie w sobie, a w naszych wspomnieniach. W tych dwóch ludziach, których już nie ma.
Oparł się na krześle i westchnął. Westchnienie było dziwne jednocześnie ulgą i rozczarowaniem.
Zawsze byłaś mądrzejsza niż ja. Przyszedłem tutaj nie wiem po co. Z nadzieją na cud, może. Żeby zobaczyć się nawzajem i czas się cofnął.
Czas nie cofa się uśmiechnąłem się łagodnie. Po prostu istnieje. Mieliśmy go razem. I to piękne. Teraz jest inny.
Wyszliśmy razem z kawiarni. Odprowadził mnie do samochodu.
Dziękuję rzekł. Za przyjście i za prawdę.
Dziękuję tobie odparłem. Za to, iż odnalazłeś. To było dla mnie ważne.
Skinął głową, po chwili niepewnie wyciągnął rękę. Położyłem na niej swoją ciepłą, twardą, realną. Potem ją puściłem.
Jechałem do domu, patrząc na ulice, po których biegłem kiedyś młody i beztroski. Nic się nie zmieniło, a wszystko się zmieniło. Nie czułem smutku ani pustki. Była w sobie jakaś jasna, czysta cisza, jak po długiej rozmowie, kiedy wszystko zostało powiedziane i dusza odetchnęła.
W domu mąż oglądał mecz. Gdy się odezwałem, wyciszył dźwięk.
No i? zapytał po prostu, nie gdzie byłeś? i nie z kim?. Wiedział. Powiedziałam mu dzień wcześniej, iż spotkałam się ze współlokatorem z uczelni sprzed stu lat.
Nic nie szkodzi odpowiedziałam. Porozmawialiśmy.
Czy był dobry? zapytał, a w jego oczach nie było zazdrości, ani podejrzeń, jedynie zainteresowanie.
Dobry przytaknąłem. Ale zupełnie obcy.
Poszedłem na kuchnię postawić czajnik. Moje spojrzenie spadło na wazon z fiołkami, które mąż rano zerwał z ogródka przy podwórku. Fioletowe, pachnące kiście. Dotknąłem chłodnych, wilgotnych płatków.
Mąż wszedł, objął mnie z tyłu i położył podbródek na mojej głowie.
Kocham cię powiedział po prostu, tak jakby informował, iż jutro będzie deszcz.
Wiem odpowiedziałem, zamykając oczy. I ja ciebie.
Zrozumiałem, iż zatrzymany zegar nie miał przywrócić przeszłość. Miał jedynie utrwalić mnie w teraźniejszości. Pokazać, iż wszystko, co było, było niezbędne. A to, co jest, to jedyne słuszne miejsce w całym wszechświecie.
Lekcja, którą wyniosłem, jest prosta: nie warto gonić za zgubionym czasem, ale przyjmować każdy jego krok jako część drogi, którą już przeszliśmy. Życie nie kręci się wokół cofania się w przeszłość, ale wokół przyjmowania tego, co mamy teraz, i wdzięczności za każdy tyk, który wciąż słychać.













