„Ted Lasso” był zaplanowany na trzy sezony, a teraz dostaniemy… jeszcze trzy? Wszystko na to wskazuje. Serialowa widziała już połowę sezonu 4, a oto jak wypadają nowe odcinki. Czy warto oglądać „kobiecy reboot”?
„Ted Lasso” miał wyraźnie nakreślony plan na trzy sezony, w trakcie których tytułowy trener (Jason Sudeikis), z absurdalnym wręcz optymizmem pokonując tysiąc przeszkód, miał wyprowadzić fikcyjną londyńską drużynę AFC Richmond z kryzysu i wrócić do Ameryki. I tak się stało. A potem Apple TV uznało, iż flagowy serial, który jako jeden z niewielu przynosi platformie masową oglądalność i rozgłos, na jaki zasługują jej produkcje, musi wrócić. Wydawało się, iż sezon 4, będący swego rodzaju rebootem, nie może się udać, zwłaszcza jeżeli mamy w pamięci, jak wymęczony był sezon 3. No to sprawdźmy. Serialowa widziała już pięć odcinków (z dziesięciu), a oto i nasza ocena.
Ted Lasso sezon 4 – kto jest kim w nowych odcinkach?
Zacznijmy jednak od ustalenia, co adekwatnie zmieniło się w „Tedzie Lasso” i na ile serial o kobiecej drużynie Richmond jest tym samym serialem, który pokochaliśmy, a na ile to coś nowego. Uczciwa odpowiedź brzmi: pół na pół. Apple bardzo starało się, żeby większość z naszych ulubieńców wróciła, i jeżeli pominąć członków męskiej drużyny, bohaterowie stawiają się niemal w komplecie. Do swoich ról wracają więc Hannah Waddingham jako Rebecca, Brendan Hunt jako trener Beard, Brett Goldstein jako Roy, Jeremy Swift jako Leslie Higgins i jeszcze kilkoro starych znajomych.
Choć upłynęło kilka lat, w trakcie których Ted zadomowił się w Kansas City i znalazł zupełnie nową pracę, idąc w ślady ojca, zmieniło się zaskakująco niewiele. Stare relacje i stare problemy są na swoim miejscu, do tego stopnia wręcz, iż czasem chciałoby się, aby niektórzy ruszyli do przodu. No, może nie Beard, który pokazuje kolejne swoje nieoczywiste twarze i wnosi do serialu porządną dawkę surrealizmu. Niektóre dawne romanse chciałoby się jednak zostawić już w przeszłości – podczas gdy przyjaźnie jak działały, tak działają magicznie i kojąco. I pozostały na szczęście nienaruszone.
„Ted Lasso” (Fot. Apple TV)No dobrze, to kto jest nowy? Przede wszystkim Tanya Reynolds („Sex Education”) jako Alice Chilton, druga trenerka dobrana do Teda Lasso jak w najlepszym serialu policyjnym – czyli na zasadzie kompletnego przeciwieństwa. Oschła, niezbyt miła, przesadnie szczera, odporna na optymizm swojego szefa i najprawdopodobniej po prostu w jakiś sposób atypowa perfekcjonistka to niesamowicie udany dodatek do ekipy trenerskiej w serialu, a Reynolds – która w każdej swojej roli jest zupełnie inna – wnosi bardzo wiele do „Teda Lasso”. Niekoniecznie dobrze wspominając 3. sezon, ten kupiłam bardzo gwałtownie w dużym stopniu właśnie dzięki tej nieoczywistej, na pierwszy rzut oka niepasującej tu postaci, która jest jak cudowny powiew świeżego powietrza.
Ale nowa energia – jak już opuścimy Kansas/Missouri, które na szczęście występuje tylko w 1. odcinku, bo większej dawki chyba nikt by nie zniósł – to także zasługa nowej drużyny, znów, zupełnie innej od poprzedniej. I bardzo różnorodnej, bo mamy tu aspirującą prawniczkę, samotną matkę, obłędną goalkeeperkę, siostry bliźniaczki czy parę, która nie ukrywa się przed światem, wręcz przeciwnie. Faye Marsay („Gra o tron”), Jude Mack („Znowu w akcji”), Aisling Sharkey („Jurassic World: Dominion”), Abbie Hern („Peaky Blinders”) i Rex Hayes wnoszą do obsady nie tylko każda co innego, ale też kompletnie odmienny vibe jako drużyna. Aż przypomina się pewna piosenka pewnego nieistniejącego zespołu. O ile przed premierą miałam spore wątpliwości, czy kobieca piłka nożna to dobry pomysł, pięć odcinków z nową drużyną mi wystarczyło.
Ted Lasso sezon 4 – kobieca drużyna i nowa energia
Wszystko dlatego, iż kobieca piłka nożna to i wiele nowych tematów, i żartów, których jeszcze nie słyszeliśmy, i do pewnego stopnia po prostu totalnie inny serial. Serial, w którym stawki wydają się, co ciekawe, o wiele wyższe niż w oryginalnej serii, postacie muszą bardziej walczyć, a niektóre sytuacje są tak skomplikowane, iż choćby taka Rebecca, stając oko w oko z nową rzeczywistością, zastanawia się, czy aby na pewno jest wystarczająco po stronie feminizmu. I choćby jeżeli niektóre konfrontacje damsko-męskie w 4. sezonie „Teda Lasso” bywają przyciężkawe, nie da się odmówić twórcom pewnej racji co do tego, jak stereotypowo traktowany jest kobiecy futbol. Wąsaty wujek z Kansas City na czele feministycznej rewolucji w środku Londynu? Niech będzie i tak.
„Ted Lasso” (Fot. Apple TV)Na przestrzeni pięciu odcinków, które widziałam, nie brak całkiem poważnych diagnoz, czasem rzucanych mimochodem (jak króciutka rozmowa o związkach jednopłciowych wśród piłkarzy, kiedy to uwaga Chilton sprawia, iż Ted łapie w ułamku sekundy, jak to wygląda i iż chlapnął coś głupiego), a czasem wyłożonych tak, abyśmy wszyscy zrozumieli. Ale najbardziej uroczą formę wojenki damsko-męskie przybierają w odcinku 4, kiedy to nasza drużyna udaje się do pubu i na wypiciu paru piw się nie kończy, a serial łapie wiatr w żagle. choćby jeżeli poprzednie trzy odcinki uznacie za takie sobie, ten powinien was przekonać, iż na powrót „Teda Lasso” warto było czekać.
4. sezon pod płaszczykiem delikatnego reboota skrywa bowiem więcej tego samego i to często w najlepszym wydaniu. Jason Sudeikis wciąż rozbraja jak w czasach najwyższej formy serialu (poczekajcie tylko, co Ted odpowie, kiedy wejdzie do pokoju akurat w momencie, gdy ktoś nieświadomie oznajmi: „Ted F*cking Lasso”), Hannah Waddingham i Juno Temple wymiatają zwłaszcza we dwójkę, Brendan Hunt wnosi swoją dawkę obłędu, a nowe bohaterki, niby nie pasując do starego składu, tak naprawdę świetnie go uzupełniają. Hit Apple TV wciąż ma to samo ciepło co kiedyś i to samo wielkie serce. A i szczerze rozśmieszyć dalej potrafi. Wzruszyć zresztą też.
Ted Lasso sezon 4 – tak, wciąż warto oglądać serial
Czy w jakimś stopniu euforia z 4. sezonu „Teda Lasso” sprowadza się do: miło was wszystkich widzieć z powrotem? Tak. Oczywiście. Nowe odcinki bywają nierówne, niektórych wątków mam dość (Roy i Keeley, ale Rebecca i jej życie uczuciowe też mają szansę dołączyć do listy), a zaczynanie sezonu jednoodcinkową premierą w całości osadzoną w Kansas, a może Missouri (swoją drogą, spędziłam tam kiedyś trochę czasu i mogę potwierdzić, iż „Ted Lasso” przerażająco trafnie oddaje klimat tego miejsca – miejsca, którego w większej dawce byśmy nie znieśli, choć jego najsympatyczniejszego mieszkańca jakoś kochamy) wydaje mi się niepotrzebnym ryzykiem. Bo „właściwy” sezon zaczyna się tak naprawdę w 2. odcinku, a i tak wszystko do odcinka 3 włącznie sprawia wrażenie nieco za długiej introdukcji. Nie jest idealnie. I na swój sposób jest.
„Ted Lasso” (Fot. Apple TV)Jako comfort watch „Ted Lasso” był przez trzy sezony niezastąpiony (no dobrze, z trzecim bywało różnie) i do tego w jakimś stopniu sprowadza się jego fenomen. Tak, zgadzam się, iż to inteligentna, świetnie napisana komedia, która zasłużenie zgarnęła wszystkie nagrody, jakie zgarnęła, i uczyniła swoją obsadę wielkimi gwiazdami oraz sprawiła, iż spokojne, oddzielone od reszty Londynu najwolniejszym pociągiem, jakim kiedykolwiek jechałam, Richmond zaczęli zadeptywać turyści. To wszystko prawda, to wszystko zasłużone sukcesy. Ale to też produkcja oglądana, tak jak kiedyś „Parks and Recreation”, z powodu wylewającego się z ekranu optymizmu – tu zestawionego z brytyjskim sarkazmem. To jeden z tych seriali, które otulają widza jak miły kocyk, i tego elementu również nie da się przecenić. Biorąc pod uwagę, w jakim kierunku zmierza świat, wydaje się, iż dobrze zrobionej rozrywki w tym stylu bardzo teraz potrzebujemy.
W tym kontekście nie ma więc aż takiego znaczenia, czy będzie to najlepszy sezon „Teda Lasso” w historii (pewnie nie, ale najsłabszy też raczej nie) czy po prostu miły powrót znajomych, za którymi tęskniliśmy i którzy nic nie muszą, wystarczy, iż z nami są przez 45 minut w tygodniu. Z tego punktu widzenia wypada cieszyć się z tego, co powiedział Sudeikis zapytany, ile jeszcze będzie sezonów serialu „Ted Lasso”. Myślę, iż plan na kolejne trzy sezony (razem z tym) faktycznie zostanie wypełniony, bo choćby jeżeli część widzów zareaguje na kobiecą drużynę tak, jak reagują na nią w serialu, nie wyobrażam sobie, żeby urok trenerki Chilton w końcu was nie zdołał przekonać.
Wszystko wskazuje na to, iż „Ted Lasso” zmierza w kierunku kolejnego wielkiego zwycięstwa – choćby jeżeli odzyskanie najlepszej formy zajmie mu dłużej niż pięć minut.















