fot. Bartłomiej Stefański (Fenestra)Tryb samolotowy i widok, który wygląda jak tapeta w telefonie – tak zaczyna się przygoda na Islandii. To właśnie tam czas zwalnia, a codzienne problemy gwałtownie tracą na znaczeniu. Położona na środku Atlantyku, wulkaniczna wyspa oferuje krajobrazy, których trudno szukać gdziekolwiek indziej.
Byłem tam wczesną wiosną, gdy nie zobaczy się ani zorzy polarnej, ani maskonurów – najbardziej charakterystycznych ptaków wyspy. A jednak niczego nie brakowało. To miejsce nie potrzebuje „głównych atrakcji”, żeby robić wrażenie. Pogoda zmienia się tu szybciej niż plany – deszcz i wiatr potrafią w kilka godzin ustąpić miejsca słońcu i bezchmurnemu niebu, dlatego dobre ubranie to podstawa, a nie dodatek. Z każdym kilometrem zmienia się też krajobraz: wodospady, klify, bezkresny ocean i pola lawowe tworzą surową, ale hipnotyzującą całość. Przy drogach często można spotkać stada koni, spokojnych i przyzwyczajonych do ludzi, które chętnie dają się pogłaskać. To jeden z tych prostych momentów, które zapamiętuje się równie dobrze jak największe widoki. A te potrafią zrobić wrażenie, szczególnie wodospady – można podejść pod samą spadającą wodę, a czasem choćby wejść za jej kurtynę.
Islandia daje jednak coś więcej niż krajobrazy. Pozwala pojechać samochodem bez planu i zatrzymać się tam, gdzie ma się na to ochotę. Czasem wystarczy ławka, cisza i kilka beztroskich chwil, żeby przypomnieć sobie, co naprawdę ma znaczenie.
Bartłomiej STEFAŃSKI





























