Lato w tym roku kapryśne: jak leje, to na potęgę, jak świeci słońce, to trawę wypala… A ja – jak zawsze – właśnie na ten czas odkładam książki, które wymagają szczególnego skupienia, oderwania od codziennych obowiązków. Kiedy wreszcie nadchodzi ten moment („niech się wszyscy odczepią”), sięgam po któreś, cierpliwie czekające na swoją kolej, tomiszcze. zwykle odwołujące się do autentycznych zdarzeń lub miejsc. Takie książki lubię najbardziej. choćby jeżeli ma to być kryminał, to najlepiej by akcja związana była z jakimś dziełem sztuki, rzeczywiście istniejącym, albo by w głównej roli występował lekarz medycyny sądowej i w swoim śledztwie odwoływał się do sprawdzalnych faktów – powiedzmy – związku między upływającym czasem a stanem kości. Tym razem jednak padło na albumową „Historię obrazów”, opowiedzianą i spisaną przez Davida Hockney’a i Martina Gayforda, do tego bogato opatrzoną adekwatnymi ilustracjami (310!). Grube to i ciężkie, nieporęczne w czytaniu. Ale… wciągające.
Tak się złożyło, iż rok temu zdawałam tu relację z największej jak dotąd prezentacji prac Hockney’a; z całego świata ludzie tłumnie ściągali, by móc się przyjrzeć z bliska nie tylko jego cyklom „basenowym”, „nocnym”, drzewom czy kwiatom, ale także animowanym scenografiom do baletów i oper. I dokumentalnym zapisom jego działań. Fundacja Louisa Vuittona w Paryżu wykonała ogromną robotę, pokazując ponad czterysta obiektów, od pierwszych obrazów (1955) po ostatnie, które Hockney malował tuż przed wernisażem. A rok później, nagle, umarł. 11 czerwca 2026 roku. W wieku 88 lat.
Lubiłam to, co robił. Kontakt z jego pracami zawsze wzbudzał u mnie uśmiech. Zatapiałam się w jego radosnym podejściu do świata, w kolorach, jakie nadawał rzeczywistości. Odpowiadało mi też jego poczucie humoru. Podziwiałam erudycję. Był zanurzony w świecie sztuki, czerpał z niego inspirację, ale i – bywało – polemizował z przeszłością. Niektórzy uznawali go za nudnego malarza – uważali, iż ciekawszy z niego rozmówca niż kreator, doceniali intelektualizm wypowiedzi. Przyznawali, iż błyskotliwe analizy, chociażby fotografii, czyniły zeń wnikliwego krytyka sztuki. Zatem „Historia obrazów” (Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2025), na którą dał się namówić bezsprzecznie wybitnemu znawcy sztuki, Martinowi Gayfordowi, powinna wielu zadowolić. Mnie zadowala. Zdecydowanie. Mimo, iż trudno ją zaliczyć do książek „rewolucyjnych” czy odkrywających jakieś „nowe lądy”. Raczej jest pozycją „rymującą się” z własnymi przeczuciami, intuicją czy niezbyt śmiało werbalizowanymi przemyśleniami, iż historia obrazów nie musi być tożsama z historią sztuki, bo przygląda się im inaczej, z innej perspektywy: szerzej i głębiej.
W tej książce znaleźć można różne rozważania – banalne, typu: „malarze się rozwijają, bo życie się rozwija, ale sztuka nie i dlatego ciągle podziwiamy dawnych mistrzów” czy ciekawsze dywagacje, chociażby o miejscu fotografii w historii sztuki, ale obok nich także przemyślenia na przykład o kresce jako takiej, o ruchu w niej zamkniętym, o dokonaniach mistrzów chińskich, sztuce Muncha i rysunkach Rembrandta – tych najbardziej oszczędnych, sprowadzonych do zaledwie kilku muśnięć piórkiem, lub Picassa, w którego „całej twórczości chodzi o stawianie kresek, a on nie umiał wykonać nieinteresującej kreski”.

fot. A. Kochnowicz-Kann
Także o światłocieniu, czasie i przestrzeni, perspektywie, lustrach i odbiciach… Nie, nie będę wymieniać wszystkiego. Nie o to zresztą chodzi. Najcenniejsze tu jest samo rozmawianie – to, iż obaj panowie wiedzą, o czym dyskutują; nie toczą sporu, tylko wzajemnie się uzupełniają, jedna myśl staje się zaczynem drugiej, są siebie ciekawi. A całość ilustrują reprodukcje właśnie tych obrazów, o których akurat jest mowa.
Nie ma odsyłaczy do aneksów, dodatków czy czego tam jeszcze. Nie! Ilustracje są umieszczone tam, gdzie powinny – by na bieżąco dopełniać słowa… Ogromna robota redakcyjna. Chapeau bas!
Nawet jeżeli uznamy, iż ta książka adekwatnie powtarza prawdy dobrze znane i tylko potrząsa naszą pamięcią, jej ogromną zaletą jest fakt, iż to rezonowanie odświeża spojrzenie na sztukę, prowokuje bardziej uważne czytanie, nakłania do dłuższego namysłu nad jakimś drobiazgiem, który w innym przypadku – może – ledwo byśmy omietli wzrokiem. Sztuka wymaga zwolnienia tempa, zatrzymania się w codziennym biegu, o ile spotkanie z nią ma mieć jakąkolwiek wartość czy rangę. Zadania pytań i poszukania odpowiedzi. W przeciwnym razie staje się wyłącznie „odhaczaniem” zdarzeń lub rzeczy, jak w przysłowiowej „japońskiej wycieczce”. To trochę bez sensu. Tak mi się wydaje. Dobrze więc, iż ktoś nam o tym przypomniał.
Autorzy „Historii” pod koniec swojej rozmowy wybiegają w przyszłość, zastanawiając się, co po nas zostanie, jak dzisiejszą twórczość będzie się czytało za dwa stulecia. Internet, świat wirtualny stwarza możliwości, których dziś pewnie choćby przeczuć do końca nie potrafimy. Co więc przetrwa, wydaje się ważnym pytaniem, a co zniknie – jeszcze istotniejszym. Oni twierdzą, iż sztuka jako taka oprze się „burzom i naporom”, ale jej forma i znaczenie mogą się zmienić. Są przekonani, iż świat obrazów przetrwa, bo tak naprawdę wszystko nim się karmi. Hockney prorokuje, iż zagłady uniknie przede wszystkim rysunek. A to dlatego, iż przez cały czas bywa medium pełniejszym niż później od niego wynaleziona fotografia, która choć miała odzwierciedlać rzeczywistość, to jednak to jej się nie udało. „W obecnej chwili – mówi Hockney – [fotografia] znajduje się w kryzysie. Za sprawą Photoshopa i obróbki cyfrowej stało się oczywiste, iż nie ma powodu bardziej wierzyć fotografii niż malarstwu. W zasadzie bardziej można wierzyć obrazom.” Przekonująco udowadnia tę tezę. Umie dobierać argumenty. Umie wyciągać wnioski. Bez wątpienia. A na koniec wyznaje: „Lubię przyglądać się światu: zawsze ciekawiło mnie, jak patrzymy i co widzimy. Świat jest fascynujący, w przeciwieństwie do większości obrazów. I właśnie teraz przeżywamy porywający moment w historii obrazów. Czy sztuka podlega rozwojowi? Niezbyt wiele osób tak uważa, jak sądzę. I dlaczego sztuka musi dokądś zmierzać? Sztuka nie ma końca, tak samo jak historia obrazów. Od czasu do czasu ludzie dochodzą do wniosku, iż wszystko zmierza ku końcowi. Wcale się nie zmieniamy: wszystko ciągnie się dalej”.

fot. A. Kochnowicz-Kann
Powiedział to w 2014 roku. Faktycznie przyglądał się światu z zaciekawieniem i szukał nowych sposobów opowiadania o nim, wykorzystując do tego zmieniające się techniki. Ostatnie prace powstawały na iPadzie. jeżeli wziąć pod uwagę jego wiek wtedy, to imponujące.
Zamiast pointy, przytoczę jeszcze jedną jego refleksję z „Historii obrazów”: „Co decyduje, iż obraz jest dziełem sztuki? Nie wiem. Mnóstwo ludzi mówi, iż uprawia sztukę. Niektórzy pewnie tak, ale nie jestem pewien, czy można to powiedzieć o wszystkich. […] Nie użyłbym wobec siebie takiego wyrażenia. Wolałbym powiedzieć, iż tworzę obrazy-przedstawienia. Mamy wiele rodzajów historii sztuki, za to teraz potrzebujemy historii obrazów”. Ta książka jest pierwszą próbą jej opowiedzenia. I zaproszeniem, by patrzeć na świat inaczej.





