Zielona tablica na środku tylnej ściany sceny zamienia się co jakiś czas w ekran. Niekiedy się rozsuwa, a wtedy przenosimy się na salę sądową. Toczy się tam proces młodego mężczyzny, Zachariasza (Bartosz Gelner), oskarżonego o zabójstwo swojej dziewczyny i kanibalizm. Zeznaje jego matka, Wediaa (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), powtarza, iż kocha syna, iż nie rozumie tego, co zrobił, z każdym powrotem na rozprawę, obwinia siebie coraz bardziej.

Plakat do spektaklu „Europa”, proj. G. Laszuk
„Europa” Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie – jedna z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu – od 7 stycznia gromadzi nadkomplety na widowni. Pewnie znajdzie się wśród najważniejszych spektakli tego roku…
Zaczyna się od projekcji filmowej. Na ekranie pojawia się młoda kobieta – specjalna wysłanniczka ONZ (Magdalena Cielecka). Opowiada o swojej wizycie na Grenlandii, gdzie wzięła udział w uroczystości nazywanej „Ostatnim Dniem Słońca”. Obchodzi się ją tuż przed nastaniem nocy polarnej. Wysłanniczka pyta organizatorów, po co w tym pożegnaniu uczestniczą małe dzieci – przecież słońce zniknie na kilka miesięcy, a one gwałtownie zapomną o nim. Słyszy, iż dorośli je właśnie dlatego zabierają ze sobą – żeby nie zapomniały; potem im nieustannie o nim opowiadają – by mieć pewność, iż kiedy znowu pojawi się na niebie, będą umiały je rozpoznać i nazwać; to element nadziei, a ona pozwala przetrwać czas mroku…
Opowieść o słońcu to – według mnie – klucz do tej teatralnej „Europy”.
Kiedyś historie opowiadano, by nie zapomnieć, dziś ich się nie opowiada, bo nie chce się pamiętać. Uważa się, iż niepamięć jest lepsza. Nienazwane nie istnieje. Nieprzywoływane umiera. Straciła swój sens sentencja Cycerona historia magistra vitae est; nie można uczyć się na błędach, jeżeli nic o nich się nie wie.
Niepamięć to jedno, ale co zrobić z traumami, które przechodzą z pokolenia na pokolenie? Jak długo trwa odpowiedzialność (o ile trwa) za czyny przodków? Jak zadośćuczynić dawnej krzywdzie, zwłaszcza tej nie przez nas wyrządzonej? Psychoterapia, poszukując praprzyczyny duchowych bolączek, dowodzi, iż przeszłość ma znaczenie, bo wszystko się w nas odkłada, nawarstwia, a zło nieprzepracowane uwalnia się w najmniej oczekiwanych momentach, wybucha jak granat. I rani. Trauma zatem jako dziedzictwo niezbywalne? Jak duch, który nie chce odejść? Kiedyś nazywano to fatum, kiedyś bywało pochodną klątwy. Nie o słowa tu jednak chodzi, a o los. O „trupy w szafach”. Jak często je znajdujemy? Jest skala mikro i skala makro. Mikro to rodzinne tajemnice, sekrety, wstydliwe milczenie, wypierane złe wspomnienia z dzieciństwa, krzywda codzienna w różnym wymiarze. „Bił, bo był bity”, „przemoc rodzi przemoc” i tak dalej. Makro to Holocaust, Wołyń, Kryształowa Noc, Afganistan, Irak, Iran, Bałkany, Rwanda, Bucza, Izrael, Gaza… Zbrodnie powtarzające się od zarania świata we wszystkich jego zakątkach.
Wajdi Mouawad, autor „Przysięgi Europy”, z której się zrodziła „Europa” Warlikowskiego, twierdzi, iż dawne tragedie zastąpiły dramaty. W sensie także literackim. Może. Nie wiem, czego dzisiejszej literaturze brakuje, by mieć wymiar antyczny, wydaje mi się, iż uniwersalizm – taki, który w rozważaniach wymaga domyślenia, zauważenia niezmienności mechanizmów rządzących życiem społecznym czy politycznym – ten warunek spełnia. Ale może to za mało. Może chodzi o koniec niczego niekończący, zawsze zły dla którejś strony, o brak wyboru, o przymus uczestnictwa… Na pewno w wymiarze psychologicznym „Europa” w Nowym Teatrze osiąga ponadczasowość – mówi przecież o zakłamywaniu historii przez wyparcie, przez milczenie, przez pomijanie. Kiedy więc mamy sytuację, w której ktoś chce ujawnić dawną zbrodnię, a może to zrobić tylko poprzez wydobycie zeznań od naocznego świadka, bezwględnie drąży; wie, iż to ważne nie tylko z punktu widzenia dziejów społeczności, w obrębie której ta zbrodnia się zdarzyła; wie, iż brzemię tamtych zdarzeń dźwiga także ten, kto nie brał bezpośrednio w nich udziału, a choćby ten, kto urodził się później, czyli został pozbawiony pamięci historii. Zdobyta wiedza kilka zmieni, wypełni jedynie białe plamy, ale… może też tłumaczyć zachowania (i zdarzenia) dotąd niezrozumiałe. Nie prowadzi do ozdrowienia. Do niczego nie prowadzi. Trzeba iść dalej ze swoim ciężarem na plecach, ze swoim powiększonym „garbem”, z tym swoim „wiem”. Jak w napisach zamykających spektakl, wyjaśniających, iż nie będzie żadnego zakończenia i choćby nie pojawi się deus ex machina jak w tragedii antycznej, nie będzie żadnej interwencji boskiej, życie potoczy się dalej. I powtarzać będzie swoje zbrodnie, swoje krzywdy i przewiny.

fot. M. Hueckel
Więc po co to?
Bo jednak zawsze jest nadzieja. Że coś nas ocali. Szukamy sposobów. Łagodzimy traumy. Albo… przyjmujemy wyroki losu – iż tak już jest i być musi. I przynajmniej rozumiemy.
Magdalena Cielecka, Assia w „Europie” (wysłanniczka ONZ), w wywiadzie udzielonym jeszcze przed premierą Janowi Niebudkowi w Radiu 357, mówiła, iż ten tekst mógłby wyjść spod ręki Warlikowskiego, gdyby zechciał pisać, bo „jest w nim wszystko, co od lat go interesuje: antyk, wykluczenie, polityka, rodzina, matka, trauma, wina, odpowiedzialność. Przygląda się skali mikro, by mówić o makro”. Parabola.
A zatem: rodzina zebrana w starej szkole, bo taki był warunek starej Europy (Andrzej Chyra), jedynej świadkini masakry sprzed 75 lat w dolinie Askaï-Jali-Handan w Hafeztanie, iż opowie o niej tylko w obecności porzuconych ongiś córek. Z trudem przypomina sobie tamte wydarzenia, choć obiecała bratu właśnie wtedy, iż kiedyś o nich opowie. Widziała masowy mord, sama (świadomie lub nieświadomie) ujawniła kryjówkę osiemnaściorga swoich koleżanek i kolegów, wszyscy zginęli. Sama potem zabiła kilkoro własnych dzieci. Te, którym żyć pozwoliła, wychowały się z dala od niej, nieświadome własnej historii, nieświadome jej istnienia. Aż do teraz. Ale teraz nie chcą zaakceptować prawdy, a zwłaszcza tej jej części, która dotyczy matczynych przewin – tych w skali makro i mikro, powoli jednak dociera do nich, iż to, co je dotąd spotykało, jakoś jest powiązane z historią właśnie usłyszaną. Zbrodnie zostały nazwane. Nie da się ich już zapomnieć. A ich własny los jakby poświadczał przenoszenie traumy: każda z córek doznała krzywdy, której nie umiała zrozumieć. Europa staje się figurą Antygony i Medei jednocześnie. Mała rodzina zostaje postawiona wobec problemu odpowiedzialności. Skrajne przypadki. Zbrodnie najcięższe.

fot. M. Hueckel
W sumie temat nieustannie powracający w teatrze. I nigdy nie przynoszący jednoznacznej odpowiedzi, choć wymagający zajęcia jakiejś postawy… Odpowiedzi być nie może. Bo jaka by miała być?
Wyjątkowość tego spektaklu to nie treść jednak (choć podana tak, iż wstrząsa, a jego mroczna część zaciera to, co pozwala wcześniej na śmiech czy uśmiech), a forma. Wielu dostrzeże tu elementy znane z innych spektakli Warlikowskiego – ot, chociażby figura lalki, unieważnienie płci, sama przestrzeń sceniczna, pewne rozwiązania sceniczne i narracyjne – i będzie im to przeszkadzać. Ja uważam, iż to po prostu „język” reżysera – znaki, które są na tyle pojemne, iż dają się za każdym razem nacechować odmiennie. jeżeli „trafione”, nie ma powodu na nie się zżymać. Tak myślę. Lalka z pustymi oczami? Była już we wcześniejszych przedstawieniach, ale grała inaczej. Tu wielką rolę stworzył, Claude Bardouil – choreograficzną, przejmującą ruchową artykulacją, kiedy jest małą Europą widzącą zbrodnię, zabijaną dziewczyną lub personifikacją wspomnień, które domagają się ujawnienia.

fot. M. Hueckel
Trudno też czynić zarzut z faktu, iż Warlikowski do współpracy zaprosił tych, co zwykle, czyli Małgorzatę Szcześniak (scenografia), Pawła Mykietyna (muzyka), Felice Ross (reżyseria światła), Kamila Polaka (wideo), iż pracował z tym samym zespołem aktorskim, co zawsze: Magdaleną Cielecką (Assia), Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik (Wediaa), Mają Ostaszewską (Jovette), Magdaleną Popławską (Mégara), Bartoszem Gelnerem (Zachariasz), Claudem Bardouilem (Mała Europa) i Andrzejem Chyrą (Europa), bo dzięki temu łatwiej mu było osiągnąć to, co zamierzał.
Nie będę o tym się rozpisywać, bo to nie recenzja, tylko kilka myśli sprowokowanych przez spektakl, ale według mnie wszystko tu się „zgodziło” i stworzyło jakość wybitną, artystycznie unoszącą. Trzy role uważam za absolutnie wyjątkowe: Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik (Wediaa), Andrzeja Chyry (Europa) i wspomnianego Claude’a Bardouila (Mała Europa). Warto dodać jeszcze, iż to pierwszy po dwudziestu latach spektakl Warlikowskiego oparty na jednym tekście – nie kolaż, jak poprzednio. Ale podobno – znowu przywołując Magdalenę Cielecką z radiowego wywiadu – dawno już żaden dramat tak go nie poruszył, jak ten właśnie. I zdaje się razem z Mouawadą wierzyć (a ja także w to wierzę), iż tylko pamięć wyzwala mechanizmy obronne. Historie trzeba opowiadać. Wciąż i wciąż od nowa. Żeby rozpoznać zło, gdy się pojawi, bo ono nie spada z nieba jak bomba, tylko zaczyna się od na pozór niewinnego znaku, gestu. jeżeli nic o nim nie wiemy, możemy zlekceważyć. Niepamięć to przyzwolenie na kolejną krzywdę. Mówmy, nie zakrywajmy niczego milczeniem. Artyści odczuwają świat wrażliwiej – wierzmy w ich intuicję. jeżeli dziś mówią o niebezpieczeństwie nieuważności, to wnikliwiej przyglądajmy się światu i nie bądźmy obojętni.
Wajdi Mouawad podczas wykładu inauguracyjnego w Collège de France (2025) mówił:

fot. M. Hueckel
„Kiedy jedna po drugiej upadają zasady humanitaryzmu, a kryzys klimatyczny tylko narasta, daremna wydaje się wszelka twórczość i refleksja nad 33 tysiącami lat, które dzielą nas od malowideł naskalnych w jaskini Chauvet. My z kolei zapisujemy masakry bezimiennych ofiar w jaskiniach naszych czasów, w książkach, mediach społecznościowych, na ekranach, żeby powiedzieć, iż pośród brutalności byli ludzie, którym opowieść dawała nadzieję. (…) W gęstej historii należy pamiętać, iż nigdy nie wiemy, kogo ratujemy, pisząc, tak jak nie wiemy, kto nas uratował swoimi tekstami”.
Czy ten tekst o Europie, ta opowieść, ratuje? Mam nadzieję, iż chociaż daje wskazówki, jak to czynić.












