Szokujące kulisy castingu do "Sherlocka". Uważano, iż jest "za brzydki"

swiatseriali.interia.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes to dziś oczywistość. Trudno uwierzyć, iż ktokolwiek mógł mieć wątpliwości, czy ten aktor nadaje się na najsłynniejszego detektywa świata. A jednak za kulisami krążyła opinia, iż jest za brzydki na Sherlocka. Brzmi jak okrutny komentarz z internetu, ale świetnie pokazuje, jak absurdalnie potrafią działać wyobrażenia o ekranowym, idealnym bohaterze. I jak gwałtownie rozpadają się, gdy na scenę wchodzi charyzma, głos i spojrzenie, które potrafi skraść całą scenę.



Benedict Cumberbatch "za brzydki" na Sherlocka?


"Za brzydki" w tym kontekście wcale nie musi znaczyć, iż ktoś uznał go za nieatrakcyjnego. Bardziej chodziło o to, iż Cumberbatch nie pasował do klasycznego, gładkiego kanonu telewizyjnego amanta. Ma ostre rysy, specyficzną twarz i urodę, która działa szczególnie wtedy, gdy zaczyna mówić i grać.
I dokładnie dlatego w "Sherlocku" zagrało to perfekcyjnie. Holmes w tej wersji nie miał być ładny. Miał być magnetyczny, trochę niepokojący, szybki jak procesor i momentami wręcz drażniący. Benedict Cumberbatch wygląda jak człowiek, który nie śpi, bo rozwiązuje zagadki w głowie. Czyli dokładnie tak, jak powinien wyglądać. Reklama



"Sherlock", BBC i casting, który mógł wyglądać zupełnie inaczej


Wybór Cumberbatcha okazał się jednym z tych castingów, które zmieniają wszystko: serial, postać, a choćby kulturę internetu. Sherlock nie tylko wrócił na salony - on zyskał nową grupę fanów i stał się fenomenem. To była mieszanka kryminału, komedii, akcji i współczesnego Londynu, w którym detektyw zamiast lupy ma telefon, a zamiast listów - SMS-y.


Aktor wszedł w to jak w garnitur szyty na miarę. Jego Sherlock jest szybki, czasem okrutny, często śmieszny i zawsze o krok przed innymi. I co ważne, on nie prosi widza o sympatię. On narzuca swój rytm. Najlepsze w tej historii jest to, iż serial udowodnił, iż widzowie nie potrzebują idealnej urody, tylko idealnej roli. Twarz Cumberbatcha jest charakterystyczna, taka, której nie zapomnisz. A w świecie, gdzie co sezon pojawia się wiele nowych bohaterów, bycie nie do pomylenia jest luksusem. Do tego dochodzi głos - niski, precyzyjny, szybki, z którego bije pewność siebie. Cumberbatch potrafi powiedzieć zdanie w taki sposób, iż brzmi jak diagnoza i obelga jednocześnie.
Oczywiście Cumberbatch nie odniósłby tego sukcesu sam. Chemia z Martinem Freemanem (Watson) była kluczowa. Sherlock mógłby być nie do zniesienia, gdyby nie miał obok człowieka, który go uziemia. Watson jest tu pomostem; widz patrzy na szaleństwo Sherlocka oczami kogoś normalnego, kto jednocześnie jest nim zafascynowany. Duet działał jak klasyczna para, jeden jest błyskotliwym chaosem, drugi rozsądnym hamulcem. A kiedy ta dynamika się udaje, serial robi się uzależniający.

Fenomen Benedicta Cumberbatcha


Cumberbatch trafił idealnie w moment, kiedy seriale zaczęły żyć w sieci pełną parą. "Sherlock" był wypełniony komicznymi sytuacjami; cytaty, reakcje, sceny aż prosiły się o przeróbki. Widzowie nie tylko oglądali serial, ale żyli nim między odcinkami. Analizowali spojrzenia, dopisywali teorie, cytowali najlepsze fragmenty. A Cumberbatch był twarzą tego świata. I to jest największy dowód, iż “za brzydki" było kompletnie nietrafione: w popkulturze nie wygrywa idealna buzia, tylko osobowość.
Ta castingowa anegdota jest dziś zabawna, bo działa jak dowód, iż telewizyjne standardy urody potrafią być zupełnie oderwane od rzeczywistości. Sherlock wykreowany przez Cumberbatcha zadziałał właśnie dlatego, iż był unikatowy. Zamiast gładkiego detektywa dostaliśmy człowieka z hipnotyzującą energią, od którego trudno oderwać wzrok.
Zobacz też:
Surrealistyczny kryminał osadzony w świecie sztuki. Zaskakuje z każdą minutą
Idź do oryginalnego materiału