Dziś wieczorem siedzę sam w moim mieszkaniu w Krakowie, zastanawiając się nad tym, co spotkało mnie ostatnio. Mam 37 lat, od dziesięciu lat jestem po rozwodzie. Do dziś pamiętam tamten moment, gdy dowiedziałem się o zdradzie ze strony mojej żony. Nie potrafiłem jej tego wybaczyć i nasze drogi ostatecznie się rozeszły. Teraz ona mieszka z tym nowym mężczyzną, z którym ma syna Stasia.
Po tym, co się wydarzyło, utrzymywałem z nimi całkowity dystans. Nigdy nie chciałem mieć kontaktu z tą rodziną. Nie wiedziałem nawet, co u nich słychać. Skupiłem się na sobie, pracy, swoim życiu tutaj w Krakowie. Na szczęście mam dobrze płatną posadę, a niedawno jeszcze sprzedałem mieszkanie po babci, więc oszczędności mam naprawdę spore, dokładnie 230 tys. złotych. Planowałem za nie kupić sobie porządny samochód, i może wybrać się na kurs jazdy, bo dotąd wszystko załatwiałem pieszo albo komunikacją miejską.
Tydzień temu wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Zadzwonił do mnie mój były teść ojciec mojej byłej żony, Zbigniew. Powiedział, iż Staś, syn mojej byłej żony z drugim małżeństwa, jest ciężko chory. Wykryto u niego nowotwór, leczenie wymaga dużych pieniędzy, których oni nie mają. I bez ogródek poprosił, żebym rozważył wsparcie finansowe. Byłem zszokowany przecież od lat nie miałem z nimi żadnego kontaktu. Zbigniew wiedział o mojej sprzedaży mieszkania i uznał, iż jestem jedynym, kto może ich ratować.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, iż przyjdzie do mnie z taką prośbą. Pamiętam, jak podczas rozwodu moja żona próbowała ze mną negocjować podział majątku. choćby żądała, bym dopłacił jej za mieszkanie, które kupiłem przed ślubem. Dzięki Bogu, udało mi się je zatrzymać i tym samym zabezpieczyć swoje finanse. To było dla mnie wybawieniem.
Zbigniew rzuca mi w twarz, jak bardzo są zdesperowani. Że Staś potrzebuje drogich leków, iż rehabilitacja będzie kosztować jeszcze więcej. Proponuje, iż dostarczy mi wszelkie dokumenty, bym uwierzył w sytuację. Przysięga nawet, iż oddadzą mi wszystko co do grosza. A ja siedzę i myślę: czy on, gdyby sytuacja się odwróciła, też wyciągnąłby do mnie pomocną dłoń? Nie wierzę.
Czemu nie pójdzie do banku po kredyt, skoro taka pilna potrzeba? Zadałem mu to pytanie wprost nie zamierzałem okazywać litości. Zbigniew zaczął niemal prosić na kolanach, ale nie chciałem oglądać tego upokorzenia. Po prostu nie mam ochoty go znać, widzieć ani mieć cokolwiek wspólnego z ludźmi, dla których kiedyś byłem zwykłą wymianą. Zdradzili mnie, wykorzystali, a teraz przychodzą po pieniądze.
Powiedział, iż wróci, jak ochłonę, iż jeszcze się nad tym zastanowię. Ale ja jestem zdecydowany tu nie ma się nad czym zastanawiać.
Może wielu uzna mnie za bezdusznego. Ale ja chcę sam decydować o własnych pieniądzach i nikt poza mną nie powinien mieć do nich dostępu. Po tej rozmowie czułem się nieswojo, jakby ktoś chciał we mnie wzbudzić poczucie winy. Ale wiem już jedno: granice muszą być jasno określone. Pieniądze są moją sprawą, a obcy nie mogą liczyć na moją pomoc tylko dlatego, iż kiedyś byli rodziną. Nauczyłem się, iż najważniejsze to być wiernym sobie i nie pozwolić, by ktoś wykorzystywał nasze dobre serce dla własnych korzyści.











