Święta wojna punków i skinów. „Kseruj i rozdawaj! Ziny i prasa niezależna w Polsce w dobie transformacji” w Muzeum Karykatury w Warszawie

magazynszum.pl 2 dni temu

„Patrzaj! Ziny z lat 80. i 90.! Ale jaja! Czarno-białe!” – mówi do kolegi punk przyszłości w jednoplanszowym komiksie Hardcore 2010 Krzysztofa „Prosiaka” Owedyka, opublikowanym w zinowym obiegu w 1991 roku. Ów rysunek znalazł się wśród setek wyimków (papierowych i zdigitalizowanych) z prasy alternatywnej czasów przełomu prezentowanych na wystawie w warszawskim Muzeum Karykatury. Przywołuję go jako przykład, iż już w trakcie kserokopiarkowego karnawału transformacji wśród undergroundowych twórców pojawiało się przeczucie (choć tu oczywiście pokazane w ujęciu satyrycznym), iż po latach ich ziny mogą nie tylko wzbudzać nostalgię, ale też poczucie obcowania z nieco kuriozalnymi artefaktami z ciekawych, acz siermiężnych czasów. A także – iż technologia zmieni krajobraz niezależnego obiegu wydawniczego, skoro rysunkowy adwersarz odpowiada mu, iż „woli ziny na kasetach i dyskietkach”.

Dziś, gdy ziny czasów transformacji wkroczyły w wiek muzealny, doczekały się bodaj pierwszej przekrojowej wystawy, która nie jest wydarzeniem organizowanym przez środowisko ich twórczyń i twórców.

Również wtedy wśród twórców zinów pojawiła się potrzeba tworzenia zbiorów, katalogowania i archiwizowania tych rozproszonych wydawnictw o niskich nakładach. W 1989 roku w Łodzi środowisko zinowe prezentowało swoje prace na I Wystawie Prasy Zajebistej, a w pierwszej połowie lat 90. odbywały się imprezy, takie jak Art Zine Gallery w Zielonej Górze i Art Zine Show w Warszawie, którym towarzyszyły katalogi i antologie z przedrukami tekstów, wierszy, grafik i komiksów z prasy alternatywnej. W udostępnionym na wystawie numerze zina „ART-Kontakt” z 1990 roku znalazła się prośba o nadsyłanie „starych zinów” (czyli wówczas góra kilkuletnich) dla powstającej oddolnie czytelni wydawnictw trzeciego obiegu. W ostatnich latach również ukazało się kilka antologii zinów, między innymi wywodzących się z kręgu muzycznej alternatywy „Anteny Krzyku” (numery z lat 1986–1990) i „Korka”. Dziś, gdy ziny czasów transformacji wkroczyły w wiek muzealny, doczekały się bodaj pierwszej przekrojowej wystawy, która nie jest wydarzeniem organizowanym przez środowisko ich twórczyń i twórców.

Widok wystawy „Kseruj i rozdawaj! Ziny i prasa niezależna w Polsce w dobie transformacji”, fot. Julia Pietrzak-Szczudło/Muzeum Karykatury
Widok wystawy „Kseruj i rozdawaj! Ziny i prasa niezależna w Polsce w dobie transformacji”, fot. Julia Pietrzak-Szczudło/Muzeum Karykatury
Zestawienie obok siebie pism różnych nurtów radykalnej lewicy z pełnymi nienawistnych treści zinami skrajnej prawicy może wiązać się z ryzykiem rojeń spod znaku „teorii podkowy” i założenia, iż istnieje pomiędzy nimi symetria.

Na doborze prac prezentowanych na Kseruj i rozdawaj! wyraźnie odcisnęły się obszary zainteresowań dwóch odpowiedzialnych za nią instytucji (Muzeum Karykatury zorganizowało ją we współpracy z Instytutem Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza). Na dwa wiodące wątki wystawy wybiły się więc ziny zaangażowane politycznie i komiksowy underground. Narracja zaczyna się jednak zgodnie z kanonem – od uznawanego za pierwszy polski artzin „Notatnika Robotnika Sztuki”, pisma wydawanego przez artystów związanych z elbląską Galerią EL, którego pięć numerów ukazało się w latach 1972–1973. Następnie mamy trochę solidarnościowego samizdatu, między innymi pierwszy polski komiks wydany poza oficjalnym obiegiem, czyli Solidarność – 500 pierwszych dni według scenariusza Jana Marka Owsińskiego z rysunkami Jacka Fedorowicza (1984).

Tu nasuwa się pytanie, czy wydawnictwa drugiego obiegu rzeczywiście pasują do tej opowieści. Opozycyjna bibuła funkcjonowała poza państwową kontrolą, miała własne kanały dystrybucji, a jej twórcy mieli ograniczony dostęp do technologii – i to ją łączy z kontrkulturowymi zinami, które wypełniły pozostałą część wystawy. Od wydawnictw oficjalnych różniła się przekazem, ale już nie formą – jej twórcy chcieli, żeby trafiła do jak najszerszej grupy odbiorców, musiała być więc czytelna i zrozumiała. Tymczasem w pismach trzeciego obiegu, których wysyp przypadł na drugą połowę lat 80., kontestacja przejawiała się na wielu płaszczyznach – w języku, estetyce, podważaniu norm społecznych czy lekceważeniu zastanych reguł sztuki drukarskiej – a nie wyłącznie w oporze wobec opresyjnej władzy; a choćby więcej: ziny trzeciego obiegu często waliły w Kościół i Solidarność z pozycji anarchistycznych. Wiele kontrkulturowych artzinów (tym terminem określano zbiorczo niezależne pisma skupiające się zarówno na twórczości literackiej, jak i wizualnej) czuło z pewnością bliższe powinowactwo z jednodniówkami futurystów niż ze współczesnymi im broszurami solidarnościowego podziemia. W tym kontekście szkoda, iż zostały tu pominięte jaskółki artzinów lat 80., takie jak „Tango” (1983–1986, wydawane przez łódzkie środowisko Kultury Zrzuty) czy odbijane na szablonach pisma Grupy Luxus – szczególnie, iż również w drugiej połowie dekady ziny były przybudówkami artystycznych kolektywów, po tę formę sięgał między innymi trójmiejski Totart czy łódzka Wspólnota Leeeżeć.

1
Krytyka 24.04.2026

Sztuka przełomu i gnijące trupy ideologii. Dwugłos o książce Daniela Muzyczuka „Zmierzch magów”

Mateusz Górniak Rafał Księżyk

Odnotowano natomiast prawdopodobnie silniejszy impuls zinotwórczy, jakim było pojawienie się punkowych fanzinów – ich poczet otwiera „Szmata” (1979) powstała w środowisku związanym z zespołem Kryzys. Dalej dostajemy (prawie) wszystkiego po trochu: obok zinów anarchistów sprzeciwiających się obowiązkowej służbie wojskowej czy podejmujących tematy antyklerykalne – kibicowskie pisemka komentujące „wydarzenia pozaboiskowe”. Ekologiczne „Zielone Brygady”, feministyczne „Emancypunx”, grafficiarskie „Nie Daj Się Złapać”, rowerowe „Szprychą w Oko”, skłoterskie „Czekając na Eksmisję”. Duchowe poszukiwania lat 90. reprezentowane przez ziny neopogan i buddystów. Podzwonne artystycznych manifestów brzmiące jak pastisze dorobku starych awangard i broszurę Kto się boi psychodelików? autorstwa Dariusza Misiuny, późniejszego założyciela Wydawnictwa Okultura. Krawędziowy humorek, typograficzne ekscesy, balansowanie na krawędzi czytelności. Nowe wspaniałe światy zbudowane z kleju i papieru – i wsobne mikrokosmosy, których świetną ilustracją są rubryki z recenzjami innych zinów. A także niemałe grono tytułów skrajnej prawicy, których tytuły mówią same za siebie: „Biały Grom”, „Skinhead Sarmata”, „Słowiański Wojownik”.

Widok wystawy „Kseruj i rozdawaj! Ziny i prasa niezależna w Polsce w dobie transformacji”, fot. Julia Pietrzak-Szczudło/Muzeum Karykatury

Stan psychiczny, w jaki wprowadził mnie ten kołowrotek idei, dobrze określa tytuł jednego z punkowych zinów prezentowanych na wystawie (ukazującego się do dziś) – „Chaos w mojej głowie”. Szczególną rolę odegrały w tym ostatnie z wyżej wymienionych – ziny neonazistów, rasistów, negacjonistów Zagłady. Nie podejrzewam kuratorów o takie intencje i rozumiem pokusę pokazania całego spektrum ideologicznego fermentu czasów przełomu, ale zestawienie obok siebie pism różnych nurtów radykalnej lewicy z pełnymi nienawistnych treści zinami skrajnej prawicy może wiązać się z ryzykiem rojeń spod znaku „teorii podkowy” i założenia, iż istnieje pomiędzy nimi symetria. Poza tym, takie ujęcie zaburza perspektywę – przecież całe konstelacje zinów nie chciały za niczym agitować, powstawały z potrzeby swobodnej ekspresji, chciały łączyć ludzi o podobnych zainteresowaniach czy wrażliwości, dzielić się informacjami „od fanów dla fanów”. Takie oczywiście też się tu pojawiają, ale akcenty zostały rozłożone tak, iż wydają się być one tłem dla świętej wojny punków i skinów.

W tym zagęszczeniu ideologicznych zinów przepadła gdzieś rozległa gałąź rodzimego zinotwórstwa, jaką były pisma metalowców (też dzielące się na rozmaite frakcje estetyczne i światopoglądowe), a inne – jak ziny fandomu science fiction – są ledwie widoczne. Twórcom wystawy udało się za to uchwycić charakterystyczną dla zinów efemeryczność – ich cykl życia zwykle kończył się na kilku numerach, nieliczne tytuły ukazywały się przez lata (częściej udawało się to tym, które z czasem się sprofesjonalizowały). W Muzeum Karykatury obok zasłużonych tytułów, które pojawiłyby się w każdej encyklopedii pod hasłem „zin polski”, znalazły się też wydawnictwa mniej znane, reprezentujące któryś z istotnych dla czasów transformacji nurtów ideowych czy subkulturowych.

Widok wystawy „Kseruj i rozdawaj! Ziny i prasa niezależna w Polsce w dobie transformacji”, fot. Julia Pietrzak-Szczudło/Muzeum Karykatury
Widok wystawy „Kseruj i rozdawaj! Ziny i prasa niezależna w Polsce w dobie transformacji”, fot. Julia Pietrzak-Szczudło/Muzeum Karykatury
Z dzisiejszej perspektywy to właśnie wspólnototwórczy aspekt zinosfery czasów transformacji wydaje się być jedną z najcenniejszych lekcji – budowania sieci osób skupionych wokół wspólnej zajawki i tworzenia „obiegu pozarynkowego na zasadach dobrowolnej odpłatności”.

Zdecydowanie bardziej spójna – choć w niewielkiej przestrzeni Muzeum zepchnięta na ubocze – jest druga część wystawy, gdzie zaprezentowano chronologiczny przekrój komiksowego undergroundu po 1989 roku. Rozpoczynają ją punkowe komiksy Dariusza „Pały” Palinowskiego czy wspomnianego wcześniej Krzysztofa „Prosiaka” Owedyka. Dalej narracja prowadzi przez lata 90. (między innymi magazyn „AQQ”) – dekadę nazywaną przez komiksiarzy „wielką smutą”, w których obieg zinowy stał się koniecznością wobec zapaści krajowego rynku i zalewu amerykańskich trykociarzy – aż po współczesne ziny Anny Krztoń czy Ilde B. Wystawa wyjeżdża więc daleko poza zasygnalizowaną w tytule cezurę, ale nic w tym złego, bo przypomina o roli, jaką ziny mogą odgrywać współcześnie: nie archaicznego medium, dzięki którego komunikowały się wymarłe subkultury, ale świadomego wyboru twórczyń i twórców, którzy sięgają po tę analogową metodę motywowani sprzeciwem wobec cyfrowego nadmiaru czy rynkowej logiki. Bywają one przestrzenią dla eksperymentów uwalniającą od obawy o odrzucenie przez wydawcę czy kuratora.

Z dzisiejszej perspektywy to właśnie wspólnototwórczy aspekt zinosfery czasów transformacji wydaje się być jedną z najcenniejszych lekcji – budowania sieci osób skupionych wokół wspólnej zajawki i tworzenia „obiegu pozarynkowego na zasadach dobrowolnej odpłatności”[ref]Z adnotacji w broszurze Kto się boi psychodelików? Dariusza Misiuny, Oficyna Nagi Król, Warszawa 1992.[/ref]. W tamtych czasach przykłady organizowania się takich społeczności bywały spektakularne. W pierwszym numerze „Iskry Bożej” (kwiecień 1989 roku), sygnowanej przez Zjednoczone Oficyny Odlotystów, czytamy: „Na razie jesteśmy towarzystwem wzajemnej adoracji, ale liczymy na Was – piszcie! […] I jeszcze jedno – jeżeli macie dostęp do podobnych gazetek – pomóżcie nam nawiązać kontakt, dajcie namiary, może przyślijcie. Piszcie!”. Jak pamiętamy, z tego „towarzystwa wzajemnej adoracji” wyrosło z czasem wydawnictwo odpowiedzialne za gros głośnych debiutów czasów milenijnych, a potem także równie istotny kulturotwórczo miesięcznik „Lampa”. Dziś nie liczyłbym na wiele, ale każda minuta uwagi wyrwana cyfrowym gigantom też ma znaczenie.

Idź do oryginalnego materiału