„Supergirl” – Space operetta [RECENZJA]

filmawka.pl 3 dni temu

Nawet jeżeli nie wszyscy upatrywali w kinowej premierze Supermana nadejścia nowej ery filmów superhero, ciężko zaprzeczyć, iż DCU zbudowało sobie solidne podstawy. Angażujący serial animowany o grupie dziwaków, przedstawienie nowej inkarnacji Człowieka ze stali i otwarcie na nowe gatunki w ramach łączonego uniwersum zapowiadały się obiecująco. Nie dziwi zatem, iż w drugim pełnym metrażu od Warner Bros pokładano ogromne nadzieje. Supergirl, która pojawiła się gościnnie w filmie o przygodach swojego kuzyna, zdobyła serca wielu fanów jedną krótką sceną, a ci, dodatkowo zachęceni świetnym materiałem źródłowym, zaczęli odliczać dni do premiery. Tylko po to, żeby ledwo zauważyć, iż ta premiera już nadeszła.

Kara Zor-El (Milly Alcock) właśnie świętuje swoje 23. urodziny, zalewając się w kryptońskiego trupa, w podrzędnych spelunach pod światłem czerwonego słońca. Zbieg okoliczności stawia na jej drodzę młodą Ruthye (Eve Ridley) szukającą zemsty za zabicie jej rodziny z rąk Krema z Żółtych Wzgórz (Matthias Schoenaerts). Supergirl średnio przejmuje się sprawą, dopóki ten właśnie niegodziwiec nie postanawia otruć jej ukochanego psa, co motywuje dziewczynę do wyruszenia w podróż śladem złoczyńcy. Rozpoczyna się międzyplanetarna eskapada, w czasie której Kara i Ruthye skonfrontują ze sobą swoje postawy życiowe, nastukaja kilku typów, zwiedzą przeróżne kosmiczne peryferia i pokażą siłę kobiecej solidarności. Niestety nie wszystkie składowe przedstawiają tak samo wysoki poziom. Bez wątpienia najpowszechniej chwalonym elementem filmu jest kosmiczna przygoda. Protagonistki ścierają się z najdziwniejszymi obcymi, w najróżniejszych lokacjach, z najbardziej upierdliwych powodów. jeżeli ktoś tęsknił za bezpretensjonalnym eksplorowaniem planet i przestrzeni między nimi, podczas których możemy wpatrywać się w piękną charakteryzację, animatronkę i rekwizyty rodem ze Starej Trylogii, będzie zachwycony. Uwielbiam spelunairski klimat Supergirl, a kontrast między domniemaną personifikacją nadziei (w kontekście ogólnego mitu bohaterki) a najgorszymi mętami w kosmosie prezentuje się świetnie.

fot. „Supergirl” / materiały prasowe Warner Bros.

Tym bardziej, iż osoba, która prowadzi nas przez ten świat jest świetnym punktem odniesienia. Świadoma swoich wad i wyjałowiona emocjonalnie Kara oczywiście musi odnaleźć w trakcie wszystkich trzech aktów motywację do działania, uwierzyć w swoją sprawczość i pokazać publice, iż bicie po mordzie to nie zawsze najlepsze rozwiązanie. Chociaż kiedy trzeba, robi to z niemałą gracją i skutecznością. Postać grubiej ciosana od swojego kuzyna z farmy Kentów to przyjemny, niemal westernowy archetyp, odegrany ze sporą dawka luzu i wiarygodności. I na papierze wszystko się zgadza. Dzieciak łaknący zemsty u boku twardziela ubranego w skórę, jednolicie zepsuty czarny charakter, wielka pustynia i litry alkoholu. Nie bez powodu autor oryginalnego komiksu przytaczał Prawdziwe męstwo jako jedną z inspiracji. Jednak poza tym, nie znajdziecie tam nic więcej. Ruthye jest nieznośna, Krem niegodny zapamiętania, fabuła przewidywalna, lekcja oczywista, film przeciętny. Kuriozalne jest jednak, iż najbardziej wybijającym się ponad resztę elementem jest Jason Momoa jako Lobo, czyli stereotypowo, ordynarnie wręcz męski łowca nagród. W filmie, gdzie pierwsze skrzypce mają grać dwie kobiety rujnujące siatkę handlu ludźmi, prowadzoną przez najobrzydliwszego typa w tej części galaktyki. Nie jest też tak, iż Jason Momoa wspina się na wyżyny aktorstwa, bo zakładam, iż w czasie wolnym robi dokładnie to, co Lobo na ekranie. Śmieje się do rozpuku, pali cygara, jeździ hałaśliwym motocyklem i nie przejmuje bajzlem wokół niego. Możliwe, iż choćby nie wiedział, iż jest filmowany. No ale hej, pewnie za kilka tygodni zapowiedzią solowy film o Lobo, a publika zapomni gdzie zadebiutował.

Nie ufam już Jamesowi Gunnowi tak, jak kiedyś. Nie jako dyrygentowi orkiestry zwanej DCU czy reżyserowi, ale jako facetowi, który poleca mi scenariusze. Nie rozumiałem jego ekscytacji wobec Flasha i nie potrafię pojąć, jakim cudem to był „niesamowity scenariusz”, który koniecznie musiał stać się drugim filmem w kanonie nowego uniwersum. Ana Nogueira jest nie tylko debiutantką, ale też pewnie bliską współpracowniczką samego Szatana, bowiem nie widzę innych okoliczności, w których tak bezpieczny i wtórny scenariusz został zrealizowany jako wysokobudżetowy film współinicjujący nowe uniwersum filmowe. Jednak tam, gdzie historia Supergirl nie napełnia optymizmem czy nadzieją, historia Any już owszem. Bo może choćby z moim talentem scenariopisarskim i brakiem rozpoznawalności, będę kiedyś pracował dla Jamesa Gunna i napiszę coś w ramach DCU. A zaręczam, iż mój pomysł na film o Deadmanie jest super. Supergirl nie stoi na fundamencie dialogów, worldbuildingu, intrygi, rozwoju postaci czy choćby pokrzepiającego eskapizmu. Jedyne czym stoi, to ostatkiem sił.

fot. „Supergirl” / materiały prasowe Warner Bros.

Pomimo obecności na pokazie prasowym już 23 czerwca (za co wbrew pozorom serdecznie dziękuję), tekst schodzi z taśmy taśmy drukarskiej dopiero teraz, bo tak jak Supergirl, nie miałem nic interesującego do powiedzenia. To kolejny bezpieczny i pozbawiony charakteru film, który nie zmieni waszego życia, ale też skutecznie go nie zatruje. jeżeli w waszym lokalnym kinie sale są dobrze klimatyzowane, ukryjcie się tam i popatrzcie przez chwilę jak Kara Zor-El ratuje lokalną społeczność. A jeżeli chcecie wyciągnąć z tego seansu jeszcze więcej, to weźcie ze sobą oryginalną Kobietę jutra Toma Kinga i przeczytajcie na sali. Możecie sobie poświecić latarką w telefonie, bo nie będziecie przecież nikomu przeszkadzać na sali, skoro nikogo na niej ma.

Korekta: Monika Konkol

Idź do oryginalnego materiału