„Sun Ra. Wizja staje się dźwiękiem” – Artysta nie z tej ziemi | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2026

filmawka.pl 2 dni temu

Muzyka zawsze przyciągała ludzi, którzy nie pasowali do świata i nie akceptowali go takim, jakim był. David Bowie stworzył między innymi Ziggy’ego Stardusta, a Klaus Nomi ubierał się, jak postać z ekspresjonistycznego science fiction i śpiewał operowo o końcu świata. Wielu artystów w performerskich maskach tworzy imponujące dzieła, ale żaden z nich nie zaszedł tak daleko w swoją postać, jak Herman Poole Blount. Według niego, został on porwany w latach 50. przez kosmitów z Saturna i pod wpływem swoich przeżyć przemianował się na Sun Ra.

Herman Blount zaczynał jako zwykły pianista w big-bandach, który grywał koncerty swingowe w Alabamie. Z czasem jednak coś w nim pękło – zaczął budować Arkestrę, czyli wspólnotę muzyków, którzy nie tylko grali razem, ale żyli razem i nosili stroje inspirowane jednocześnie sci-fi jak i starożytnym Egiptem. Z czasem zespół zmieniał swoją formę i stał się zakonem z własnymi rytuałami i hierarchią. W tym samym czasie Sun Ra eksperymentował z syntezatorami i free jazzem, ale przede wszystkim budował swój mit. Według niego pochodził z Saturna, a muzyka tworzona przez zespół miała na celu transformację świadomości ludzkiej na wyższe frekwencje. Muzycy w Arkestrze mówili o nim, jak o kimś z innej planety, a po świecie powoli rozniosła się wieść o muzyku, którego koncerty wyglądają, jak otwierające trzecie oko msze. Ra głosił, iż czarnoskórzy Amerykanie stracili swoją mitologię i bez niej nie mają wolności. Drogą do ich wyzwolenia miała być muzyka, a źródłem prawdziwej kultury – starożytny Egipt. „Możliwego już próbowano i zawiodło, teraz czas spróbować niemożliwego” – to zdanie jest (oryginalnym) tytułem filmu i całym programem ideologicznym tej postaci.

fot. „Sun Ra. Wizja staje się dźwiękiem” / materiały prasowe Millennium Docs Against Gravity

Sun Ra. Wizja staje się dźwiękiem prowadzi przez tę całą drogę chronologicznie, ale robi to z wyczuciem – nie dokumentuje tylko faktów, ale stara się zrozumieć mechanizm transformacji. Pokazuje, jak koncerty zamieniły się w rytuały z egipsko-kosmicznymi strojami, jak muzyka przestała być rozrywką i stała się wehikułem do innego świata. Reżyserka wyciągnęła niesamowite archiwalia: Arkestrę pod piramidami w Gizie, solowe recitale fortepianowe z lat 70., fragmenty filmu sci-fi Space is the Place napisanego przez Sun Ra. Zebrała ona również znakomitą obsadę komentatorów – specjalistów i intelektualistów kultury czarnoskórych, którzy rozumieją, iż Ra był budowniczym całego systemu filozoficznego. Pojawiają się członkowie Arkestry, ze stuletnim Marshallem Allenem na czele, który wciąż prowadzi zespół. Mówią o Ra jak o kimś obecnym. Knoell Scott, saksofonista, wspomina: „Kochał nas, jak matka, nie jak ojciec – miłość ojca jest osądzająca – on miał bezwarunkową miłość matki.” W takich momentach film zyskuje na sile – przestaje być suchą relacją „gadających głów”, a zyskuje dość nieoczywistą emocjonalną głębię.

Muzyka Ra w filmie jest pokazana jako genialna mieszanka wszystkich gatunków, którymi się interesował. Reżyserka nie boi się dać przestrzeni dźwiękowi – są fragmenty, gdzie Arkestra gra długie, improwizowane pasaże, które bardziej przypominają noise niż jazz. Czasem stawała się bardziej dźwiękiem niż tym, co niektórzy uznaliby za muzykę, ale zawsze była w tym metoda. Ra wydawał się trochę szalony, ale nigdy przestawał być genialny – twórczyni dokumentu to rozumie i nie próbuje tłumaczyć za bardzo dzieł artysty, a zaledwie pozwala nam ich doświadczyć.

Poza tymi momentami muzycznymi autorka nie próbuje wymyślać formy dokumentu na nowo i otrzymujemy klasyczny format gadających głów przecinanych zdjęciami archiwalnymi. Przy postaci tak radykalnej aż się prosiło o jakieś formalne szaleństwo – może o montaż, który oddawałby strukturę muzyki Ra, może o eksperymenty z obrazem. Zamiast tego dostajemy solidny, grzeczny dokument, który działa głównie dzięki sile materiału i mądrości komentatorów. Materiał jest na tyle bogaty, a tempo na tyle dobre, iż format się nie wyczerpuje. To uczciwe i solidne wprowadzenie do jednej z najbardziej ekstremalnych postaci amerykańskiej kontrkultury. prawdopodobnie nie będzie to dla nikogo najbardziej przełomowy dokument w historii, ale warto go obejrzeć ze względu na genialną postać, którą porusza – niekoniecznie dla formy.

korekta: Daniel Łojko


Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Festiwalem Filmowym Millennium Docs Against Gravity.

Idź do oryginalnego materiału