"Strzępy" są jak "Riverdale" i "American Psycho" w jednym. Sprawdzamy, czy warto oglądać – recenzja

serialowa.pl 1 godzina temu

Ryan Murphy, twórca „Potwora”, bierze na tapet kolejny dreszczowiec o zabójcy – tym razem we współpracy z autorem „American Psycho”. Czy warto oglądać „Strzępy”? Recenzujemy serial, którego dwa odcinki są już Disney+.

Mówi się, iż morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni, ale nie ma w tym pewnie zbyt wiele prawdy. Stwierdzenie, iż kochają wracać tam niektórzy filmowcy jest już jednak całkiem proste do udowodnienia. Ryan Murphy robi to nieustannie. Trudno też wyobrazić sobie projekt lepiej dostosowany do jego kreatywnych obsesji niż „Strzępy„, nasycony seksem, narkotykami i zbrodnią, połyskliwy jak lustrzana kula dramat o dojrzewaniu wśród kalifornijskich elit lat 80. Widziałem już dziewięć z 10 odcinków i przekonałem się, czy warto i tym razem dać się złapać na jego autorską wizję.

Strzępy – o czym jest serial Ryana Murphy’ego?

Przewodnikiem po hedonistycznym, a przy tym drapieżnym i pełnym pozorów świecie, do którego Murphy zabiera tym razem, jest w „Strzępach” nastoletni Bret (Igby Rigney, „Zagłada domu Usherów”), aspirujący pisarz i uczeń ekskluzywnej prywatnej szkoły w Los Angeles. W monologu, który będzie towarzyszył nam przez cały serial, bohater wprowadza w środowisko uprzywilejowanych licealistów, odsłaniając napięcia pulsujące na podszewce wizerunku i statusu.

„Strzępy” (Fot. FX)

Szybko upewniamy się, iż aby przetrwać w ostatniej klasie Buckley School, trzeba otulić się luksusem i wieczną beztroską. W przypadku Breta: skryć też własną orientację seksualną i ignorować cienie pogłębiające się z każdym raportem o grasującym w okolicy Trawlerem, seryjnym mordercą polującym na nastolatków. Wszystko zmienia się z przybyciem do szkoły nowego ucznia, zabójczo przystojnego Roberta Mallory’ego (Homer Gere, „Euforia”), którego Bret natychmiast zaczyna podejrzewać o makabryczny sekret.

Strzępy – mroczny thriller o utracie niewinności

Znamiennym jest, iż nasz bohater jest imiennikiem samego Breta Eastona Ellisa, autora książki, którą serial adaptuje. Pisarz (i obok Murphy’ego współtwórca ekranizacji) wykorzystał w niej elementy z własnej biografii – oczywiście gęsto zaprawione gatunkową fikcją. (Zmyślonym) wątkiem zabójcy i nawiązaniami do okultystycznych mordów Ellis odniósł się przede wszystkim do nastroju epoki.

W jego wspomnieniach Los Angeles początku lat 80. nie do końca otrząsnęło się ze zbrodni Rodziny Mansona, tymczasem teleodbiorniki grzmiały o kolejnych makabrach, dodatkowo podsyconych atmosferą przejmującej dopiero Amerykę satanistycznej paniki. Dla Ellisa był to też czas utraty niewinności. Wchodzenia w dorosłość z przeświadczeniem – jak sam opisywał – złowieszczej siły czyhającej tuż pod powierzchnią. To uczucie Murphy sprawnie przekazuje już w otwarciu serialu, gdy błyszczący kabriolet Breta pędzi po serpentynach San Fernando Valley, a kamera podąża za nim zupełnie jak za rodziną Torrence’ów w „Lśnieniu” (bohater udaje się właśnie na premierę filmu Kubricka).

„Strzępy” (Fot. FX)

„Strzępom”, śladem powieści, nie sposób odmówić tematycznej rozpiętości. Biorąc na siebie rozwiązanie zbrodni Trawlera, Bret staje się tutejszym odpowiednikiem detektywa z książek Raymonda Chandlera z obserwatorską wrażliwością Joan Didion (a raczej: starannie się na taką postać kreuje). Wraz z nim trafiamy m.in. do światka cynicznych producentów Hollywood i odkrywamy perwersyjne sekrety elit Miasta Aniołów. Igby Rigney znakomicie sprawdza się w kreacji czujnego 18-latka, który i widzów, i samego siebie przekonuje, iż jest najwłaściwszą osobą do rozplątania tajemnicy seryjnego zabójcy.

Strzępy – Riverdale w wydaniu Ryana Murphy’ego

Jako narrator całej historii Bret od początku wydaje się natomiast mocno niewiarygodny, a jego flegmatyczne monologi, pełne erudycyjnych popisów, deformują wyjściową intrygę „Strzępów”. Tropy urywają się bez wyjaśnienia, narracja chętniej kieruje uwagę ku innym bohaterom. Większą rolę przejmuje dynamika najbliższych przyjaciół Breta – Susan (Kaia Gerber, „Palm Royale”), Debbie (Hayes Warner, „American Horror Story”) i Thom (Graham Campbell, „Późna sława”) – pełna sekretów, zazdrości i rywalizacji. Za jej sprawą „Strzępy” często ogląda się niczym mroczniejszą wersję „Riverdale” – i jeszcze mocniej od tamtego serialu wystylizowaną, acz niestety niespecjalnie głębszą.

„Strzępy” (Fot. FX)

Estetyka jest tu zresztą nie tyle elementem formy, ale i jednym z tematów przewodnich. Raz, iż poruszamy się po orbicie Ryana Murphy’ego, którego styl opowiadania często, zwłaszcza w ostatnich latach, góruje nad treścią. Dwa – zachęca do tego sama powieść Ellisa, obfita w niezwykle precyzyjne opisy: od najważniejszych atrybutów życia głównych bohaterów po dobór ejtistowych hitów, które będą towarzyszyć tej czy innej scenie (muzyczna oprawa jest tu nawiasem mówiąc znakomita – i nie mam wątpliwości, iż playlista z serialu prędko zagości na waszych telefonach).

W zmysłowej, ale boleśnie już ogranej optyce Murphy’ego estetyka właśnie znów urasta do rangi fetyszu: kamera non stop zatrzymuje się na drogocennych przedmiotach, przygląda starannie układanym fryzurom, przypatruje idealnym sylwetkom i fakturom kosztownych tkanin. W nieznacznym stopniu wytyka fasadowość – woli eksponować ją z nieskrywanym zachwytem i pietyzmem.

Co rusz twórca przykłada też nowe „stroje” do samej narracji. Raz „Strzępy” są psychologicznym thrillerem, raz czymś na wzór dreszczowców giallo, raz mroczną satyrą w klimatach „American Psycho”, innego dzieła Ellisa (znalazła się tu choćby scena, która wprost naśladuje poranną rutynę filmowego Patricka Batemana). Kiedy indziej bliżej serialowi do kiczowatej melodramy, a choćby tandetnej inscenizacji szekspirowskiej tragedii.

Strzępy – czy warto oglądać serial Disney+?

Tak rozległa zabawa z konwencjami byłaby może i na miejscu – już od pierwszego odcinka serial zapowiada raczej igranie z formułami dramatów kryminalnych – gdyby „Strzępy” przepuszczały przez wyrafinowaną teksturę nieco więcej emocji. Tymczasem, zwłaszcza w drugiej połowie serialu, przejaskrawienia stają się zwyczajnie nużące. Problematyczny robi się wtedy i scenariusz, który nieustannie mnoży te same sceny, rozciągając nastoletnie dramy do granic możliwości, acz nie odszukując w nich ani dodatkowego wymiaru, ani już tak gorączkowego pulsu. Wszystko co ma tu być wyraziste i pomóc w opowiedzeniu historii – przemoc, perwersja, rozpacz, tęsknota, miłość – zbija się w jedną, ociężałą strukturę.

„Strzępy” (Fot. FX)

Nakreślona w książce, ostra jak brzytwa krytyka opresyjnego środowiska, którego chłód i wyrachowanie odbijają jak w krzywym zwierciadle mroczne poczynania kalifornijskich zabójców, gdzieś się wówczas rozmywa. Zostajemy z całkiem „zwyczajnym” pod względem treści thrillerem w ekscentrycznej glazurze Murphy’ego. Nie mam jednak większych wątpliwości, iż do czasu aż znudzą na zabój, „Strzępy” i tak parokrotnie was uwiodą – czy to kunsztownym warsztatem, czy atmosferą lat 80. i modną kryminalną ramą. Być może sięgniecie też po powieść, która pomimo znajomości serialu wciąga bez reszty.

Strzępy – kolejne odcinki w czwartki na Disney+

Idź do oryginalnego materiału